Rogal do spania Ty i My

10:55 Gosia Komentarzy: 21

Poduszka-rogal to był jeden z moich pierwszych ciążowych zakupów. Jeszcze brzucha nie było widać, a już sprawiłam sobie taki gadżet. Po siedmiu miesiącach zaczynam mieć wątpliwości, czy rzeczywiście zakup ten był konieczny, i bardziej skłaniam się do odpowiedzi, że nie. Dlaczego?

Zdecydowałam się na produkt firmy Ty i My, z serii Hearts. Wygląda przyjemnie: dwukolorowy, w groszki, z wiązaniem. Poszewka jest zdejmowana, z powodzeniem można więc ją wyprać. Niby wszystko fajnie, ale... z rogalem nie przespałam ani jednej nocy. Podejść było kilka, za każdym razem jednak zirytowana rzucałam go na fotel obok, i ostatecznie zasypiałam bez niego. Skąd ta moja irytacja? Rogal niemiłosiernie szeleści. Najmniejszy ruch powoduje drażniące słuch "szur, szur, szur", co denerwowało i mnie, i męża. Winę ponosi rodzaj wypełnienia: granulat styropianowy. Po cichu liczę jeszcze na to, że być może poduszka przyda mi się do karmienia, ale podejrzewam, że wtedy wydawane przez nią odgłosy będą irytować nie dwie, ale trzy osoby: mnie, męża i dziecko.

Nie przekreślam wszystkich tego typu poduszek: być może przy innym wypełnieniu problem szeleszczenia znika. Prawda jest jednak taka, że nie odczuwam potrzeby używania takiego wynalazku. Kręgosłup mnie nie boli (odpukać), a rogala z powodzeniem zastępuje zrolowana między kolanami kołdra.

G.

21 komentarze:

Jeśli nie chcesz mojej zguby, kiełbachy daj mi luby

19:49 Gosia Komentarzy: 25

Trochę się wczoraj pofoszyliśmy, ja i Pe. No dobra, będąc dokładną - ja strzeliłam focha, bo Pe nie zareagował z entuzjazmem na mój pomysł wymiany dywanów. Wyobraźcie sobie upartą kobietę w zaawansowanej ciąży, którą ogarnął równie zaawansowany syndrom wicia gniazda. Dywany trzeba wywalić, i to już, jutro najlepiej, bo jak nie, to mnie cholera trafi.

Podczas wieczornego spoczynku zajęłam więc swoją połówkę łóżka, on swoją i ani nawet buzi na dobranoc. Jak to jednak u nas bywa, ciche dni ograniczają się zwykle do cichej nocy i cichego dnia do mniej więcej godziny 16.00, kiedy Pe wraca z pracy.

Po takim długim milczeniu zawsze mogę być pewna, że Pe wkroczy do pokoju, zdejmie plecak i z tego plecaka zacznie wyjmować skarby na zażegnanie sporu. Żadne tam banalne czekoladki czy kwiaty. Pe doskonale wie, że mnie najlepiej spacyfikować kiełbachą i chipsami. Za słodyczami nie przepadam, chipsy za to ubóstwiam. A czemu kiełbacha? Wiadomo, nic tak nie łagodzi obyczajów jak porządny kawał mięsa, przysmażony na patelni z cebulką i spożyty wspólnie w miłej atmosferze.

Już wszystko OK.

G.

25 komentarze:

Co można robić w nocy?

09:45 Gosia Komentarzy: 20

Spać? Ha! Dobre sobie.

Można:
- rozmyślać nad jutrzejszym obiadem
- zastanawiać się, co jeszcze trzeba dokupić do wyprawki i czy aby na pewno brzoskwiniowa pościel będzie pasować do koloru ścian
- szturchać chrapiącego męża
- przerzucać się z boku na bok (tak, przerzucać, nie przewracać)
- tępo wpatrywać się w sufit (o, przydałoby się malowanie)
- głaskać się po brzuchu
- układać w myślach kolejny wpis na bloga
- marzyć o tym, żeby normalnie spać, bo przecież podobno w ciąży trzeba się wyspać na zapas...

G.

20 komentarze:

"Dziecko dla odważnych" Leszek K. Talko

17:23 Gosia Komentarzy: 14

Śpi, je, wymiotuje i robi kupę. I tak w kółko. A kiedy nieco podrośnie, bałagani, manipuluje, przeklina i wymusza cukierki. Kto? Dziecko. I choć zdecydowana większość przyszłych rodziców w duchu składa sobie przyrzeczenie, że ich pociecha z pewnością będzie uosobieniem słodkości i dobrego wychowania, to zwykle rzeczywistość złośliwie weryfikuje wszelkie plany. „Dziecko dla odważnych” Leszka K. Talko to pełen autoironii opis tego, jak taki brzdąc potrafi zamienić życie w szkołę przetrwania, a mieszkanie – w pole bitwy.

Książka wpisuje się w coraz popularniejszy nurt mówienia o rodzicielstwie w sposób pozbawiony różu i lukru, czyli jednym słowem – prawdziwy. Dotychczas wypowiadały się zwykle matki, tym razem jednak swoje perypetie postanowił opisać nieco zagubiony i – przepraszam autora, jeśli natrafi na tę recenzję – ciapowaty ojciec. A opisuje je niezwykle lekko i błyskotliwie. Co jednak nie łagodzi szoku, jakiego może doznać czytelnik, który wszystko ma dopiero przed sobą. Okazuje się, że legendy o nieprzespanych nocach nie są wymysłem, lecz najprawdziwszą prawdą, że dziecko potrafi przeżyć, jedząc wyłącznie parówki i lizaki oraz że kiedy tylko nauczy się pierwszych słów, staje się mistrzem manipulacji. O ile jedynaka można jeszcze jakoś okiełznać, to surwiwal zaczyna się, gdy dołącza do niego druga istota. Do wymienionych wyżej atrakcji dodać wówczas trzeba nieustanne walki o uwagę rodziców, zabawki i słodycze. Czy więc warto sięgnąć po „Dziecko dla odważnych”, czy może lepiej darować sobie taki wstrząs?

Bez wątpienia – warto. Ale pod jednym warunkiem: zaczynając lekturę, trzeba pamiętać o dystansie i poczuciu humoru. Czytając „Dziecko dla odważnych”, można pękać ze śmiechu, o ile zawartych w nim opisów nie będziemy traktować zbyt poważnie. Co ważne, wbrew pozorom książka pokazuje coś więcej niż tylko ciemne strony ekstremalnego przeżycia, jakim jest rodzicielstwo. Uświadamia, że każde dziecko jest indywidualnością i niekoniecznie będzie pasować do wzorca, jaki kreują dostępne na rynku poradniki. To zawarte w nich wskazówki trzeba przesiewać i dobierać do dziecka, nigdy na odwrót. „Dziecko dla odważnych” pokazuje, że nie ma takiego tworu jak „idealny rodzic”, każdy popełnia błędy i nie można mieć z tego powodu poczucia winy. Rodzic powinien być przede wszystkim elastyczny. Losy bohaterów książki – autora i jego żony, Moniki – są również dowodem na to, że pojawienie się nowego członka rodziny jest często testem na prawdziwą przyjaźń, który przechodzą tylko nieliczni, zwykle ci, którzy są w podobnej sytuacji.

Polecam książkę zarówno tym, którzy dopiero zostaną rodzicami, jak i tym, którzy mają już w swoich domach jednego bądź kilku brzdąców. W pierwszym przypadku „Dziecko dla odważnych” przygotowuje na to, co może – ale nie musi! – stać się naszym udziałem. W drugim natomiast może być źródłem... pocieszenia. Być może opisy zostały przejaskrawione po to, aby umęczony rodzic po przeczytaniu ostatniej strony pomyślał z ulgą: „uff, czyli u mnie jeszcze nie jest tak najgorzej”.

Tytuł: Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania
Autor: Leszek K. Talko
Wydawnictwo i rok wydania: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków, 2014

Książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

G.

14 komentarze:

Top 3 drugiego trymestru

21:12 Gosia Komentarzy: 19

Matko z córką, dopiero widziałam dwie kreski, a tu lada dzień wkroczę w trzeci trymestr. Niby się cieszę, bo to znaczy, że już niedługo zobaczę na własne oczy, co tam faktycznie kryje się w moim brzuchu, ale z drugiej - mam świadomość, że teraz będzie ciężej, i spać, i chodzić, i panować nad swoimi nastrojami. Z żalem więc żegnam drugi trymestr, który - wbrew mojemu powątpiewaniu - rzeczywiście okazał się być "miodowy miesiącem". Oto top 3 ostatnich miesięcy.

Raz chłopiec, raz dziewczynka. Czyli pokaż kotku, co masz... między nogami. Pokazuje niechętnie, więc i prognozy niepewne. Najpierw Antoś, teraz Lenka. Choć zdawałam sobie sprawę z tego, że takie sytuacje się zdarzają, i to bardzo często, to mimo wszystko taka nagła zmiana płci wywołała u mnie ogromne emocje. Dlatego bez wątpienia moment, kiedy pani dr stwierdziła, że to chyba jednak pierożek zamiast ptaszka zapamiętam do końca życia (zakładając, że diagnoza ponownie się nie zmieni, bo wtedy po prostu oszaleję...).

I've got the power! Po wątpliwych przyjemnościach związanych z pierwszymi miesiącami ciąży drugi trymestr powitałam z otwartymi ramionami. Doskonałe samopoczucie, brak humorów, chęć urządzania gniazdka - kto by pomyślał, że ciąża potrafi dodać tyle energii? A jednak.

Kopniak z półobrotu. Początki były dość nieśmiałe. Lekkie puknięcia zamieniły się w boksowanie matki po wnętrznościach, a ledwo dostrzegalne nierówności na powierzchni skóry przybrały kształt wyraźnie widocznych wypukłości, nad którymi podskakują opierające się na brzuchu talerze. I choć kopniaki bywają bolesne, to z niecierpliwością wyczekuję każdego kolejnego.

G.



19 komentarze:

Oko w oko ze skurczybykiem

21:31 Gosia Komentarzy: 8

Złapał mnie nagle. Bez uprzedzenia i bez możliwości przygotowania się. Ale nie dałam się obezwładnić. Zaczęłam głęboko oddychać i ani się obejrzałam, wszystko wróciło do normy.

Skurcze przepowiadające, nazywane też skurczami Braxtona-Hicksa, pojawiają się zwykle po 20. tygodniu ciąży. Są sygnałem, że oto właśnie macica zaczęła trening przed tym, co czeka ją już całkiem niedługo - porodem. Mogą złapać raz na kilka dni, ale mogą również dokuczać kilka razy dziennie. Co jednak ważne, w odróżnieniu od skurczów porodowych, ich częstotliwość nie zwiększa się (jeśli jest inaczej, trzeba skonsultować się z lekarzem). Zwykle odczuwane są jako bolesne napięcie i twardnienie brzucha, trwające do dwóch minut.

Jak ujarzmić skurczybyka? Oddech jest najważniejszy i to na nim warto się skupić, nie na odczuwanym bólu. Na co dzień: zwiększyć dawkę przyjmowanego magnezu i brać No-Spę (ja otrzymałam zalecenie: 1 tabletka dziennie).

G.

8 komentarze:

Jak walczyć z burakiem?

20:58 Gosia Komentarzy: 5

Jak dla mnie, jedyny akceptowalny burak to ten na talerzu. Muszę jednak z bólem przyznać, że natura obdarzyła mnie cerą, która bardzo chętnie przyjmuje buraczkowy kolor. Wystarczy odrobina emocji, cieplejszy prysznic czy zwykłe wysuszenie włosów gorącym nawiewem, aby na moich policzkach zagościła czerwień. Szybko się pojawia, a - jak na złość - nie chce równie szybko zniknąć.

Skłonność do rumienia - raz. Dodać do tego muszę tendencję do nadprodukcji sebum w strefie T (dwa) i - co za tym idzie - ujawniające się od czasu do czasu niespodzianki (trzy). Wiem z doświadczenia, że znalezienie kosmetyków, które potrafiłyby ujarzmić tak problematyczną cerę (mieszaną, naczynkową, wrażliwą), graniczy z cudem. Jeśli więc i wy znacie ten problem z autopsji, chętnie polecę wam kilka kosmetyków, które moja cera polubiła, a przynajmniej - zaakceptowała.

Po pierwsze, oczyszczanie. Z jednej strony chciałoby się potraktować porządnym szorowaniem cerę skłonną do niedoskonałości, z drugiej jednak - o litość wołają delikatne naczynka. Jak pogodzić te dwie kwestie? Osobiście polecam: żel myjący do twarzy Physiogel (ok. 20 zł/150 ml) i płyn micelarny - fizjologiczne pH La Roche Posay (ok. 40 zł/400 ml). Mleczka się u mnie kompletnie nie sprawdzają, nie wspominając nawet o metodzie oczyszczania cery przy pomocy naturalnych olejków roślinnych.



Po drugie, ochrona przed UV i nawilżanie. Pamiętaj, droga czytelniczko, jeśli chcesz na starość chwalić się gładką cerą, nie inwestuj w kremy przeciwzmarszczkowe, lecz w kremy z filtrami i te, które skutecznie nawilżają skórę. Doskonale jednak wiem, że poszukiwanie kremu z filtrem UV może w przypadku cery problematycznej trwać latami. Dlatego z czystym sumieniem polecam: krem Avene Hydrance Optimale Legere, SPF 20 (ok. 40 zł/40 ml). Nie zapycha, nie powoduje świecenia się skóry (wręcz wchłania się do matu), a przy tym przyjemnie nawilża. Na noc polecam natomiast: krem kojący La Roche Posay Toleriane (ten w wersji lekkiej, bo istnieje również wersja bogata - Riche; ok. 55 zł/40 ml). Ceny mogą wydawać się wysokie, jednak kremy te są naprawdę bardzo wydajne.



Po trzecie, zmniejszanie rumienia i wzmacnianie naczynek. Tu polecić mogę trzy produkty: krem La Roche Posay Rosaliac AR Intense (ok. 80 zł/40 ml), krem Bioderma Sensibio AR (ok. 60 zł/40 ml) i nieco tańszy, polski produkt - skoncentrowana emulsja redukująca podrażnienia na dzień/na noc Ziaja (ok. 11 zł/30 ml). Kremy na naczynka stosuję miejscowo, na policzki.


G.

5 komentarze:

Jak Antoś okazał się Lenką

19:24 Gosia Komentarzy: 20

Ale jaja. A raczej jaj brak.

Okazało się, że jednak Antoś to nie Antoś, tylko Lenka. Siusiak (widziałam go na własne oczy!) zamienił się w - jak to pani dr określiła - "hamburgera", inaczej mówiąc - "pierożka". Nic nie wisi, nic nie dynda. Są krągłe pośladki, a między nimi dwa "skrzydełka" i "trzy białe kreseczki".

Absolutną pewność podobno będę mieć za miesiąc. Wtedy wóz albo przewóz: będą jąderka albo ich nie będzie. Choć teraz wydaje mi się, że pewna to będę mogła być dopiero po porodzie.

Żeby nie było: cieszę się tak samo jak z Antosia, ale z szoku chyba nie wyjdę przez kilka najbliższych dni.

G.

PS Wyniki testu obciążenia glukozą wzorcowe. Pani dr wręcz zrobiła wielkie oczy, że mogą być aż takie dobre. Trzymam kciuki za wasze!

20 komentarze:

Co zrobić, żeby się nie porobić?

15:16 Gosia Komentarzy: 12

Temat mało komfortowy i przemilczany. Niby drobnostka, ale jak to u kobiet bywa - to właśnie drobnostki najbardziej dręczą i spędzają sen z powiek. O czym mowa? O tym, że w czasie porodu może się to i owo wydostać. Co tam ból, co tam cud narodzin. Myśli przyszłej mamy (założę się, że każdej, a przynajmniej zdecydowanej większości) zaprząta pytanie, czy - przepraszam za dosadność - nie porobi się na szpitalne łóżko.

Przecież personel patrzy. Pal licho personel, mąż patrzy! Ani chybi, odwróci się na pięcie i z miejsca pójdzie złożyć papiery rozwodowe. Swoją drogą, jeśli głównym zmartwieniem jest trudność zapanowania nad czynnościami fizjologicznymi i reakcja małżonka na taki fakt, to warto się zastanowić, czy poród rodzinny to rzeczywiście dobra decyzja. Ktoś mądry kiedyś powiedział (nie pytajcie kto, bo nie pamiętam, zdaje się jakaś położna), że jeśli kobieta waha się, czy zdecydować się na poród rodzinny, powinna odpowiedzieć sobie na jedno proste pytanie: czy w obecności partnera - znowu przepraszam za bezpośredniość - puszcza bąki. Nie? To może wspólne witanie potomka nie jest najlepszym pomysłem.

Kupa to kupa. Niby błahostka w obliczu tego wszystkiego, czym poród jest i czym powinien być, ale jeśli przez resztę życia kobiecie ma się śnić po nocach rzeczona niezręczna sytuacja, jeśli ma się zamknąć w sobie i odrzucić jakiekolwiek przejawy życia erotycznego, bo przecież on na pewno pamięta, to może faktycznie nie warto.

Ale wracając do meritum. Na jednej z zagranicznych stron natrafiłam na krótki artykulik, który spanikowanym ciężarówkom radzi, jak zapobiec (tłumaczenie dosłowne) zrobieniu kupy na stół podczas porodu. Rady tyleż ciekawe, co nieprzydatne. Ale przytoczę wybrane, jeśli któraś z was jednak chciałaby je zastosować:

- przestań się stresować, to się zdarza (w wersji oryginalnej: shit happens)
- zrób, co masz zrobić, zanim poród się zacznie
- jeśli zbliża się termin porodu, jedz lekko i mniej, zwiększ ilość wypijanych płynów i spożycie błonnika

G.


12 komentarze:

Stało się

12:13 Gosia Komentarzy: 18

Już na początku ciąży obiecałam sobie, że - kto jak kto, ale ja na pewno - nie będę jedną z tych ciężarówek, które zamiast kupić sobie porządny ciuch, chodzą w podkoszulku męża.

O, jak bardzo się myliłam. Kiedy moje poszukiwania najzwyklejszego, luźnego damskiego podkoszulka spełzły na niczym (poważnie, spróbujcie znaleźć), z pokornie spuszczoną głową skierowałam się do szafy Pe. Życie ma to do siebie, że szybko i złośliwie weryfikuje nasze plany (jestem pewna, że gdyby Życie miało twarz, to w tym momencie gościłby na niej ironiczny uśmieszek).

Jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że mamy z Pe mniej więcej tyle samo wzrostu. Jego podkoszulki nie wyglądają więc na mnie jak powyciągany namiot, który przeżył niejeden deszczowy wypad nad morze, lecz pozostawiają wystarczająco dużo miejsca na brzuszek, równocześnie uroczo go podkreślając.

Jak to kobieta, potrzebowałam jednak potwierdzenia, że faktycznie nie prezentuję się najgorzej. Na moje pytanie skierowane do Pe, czy nie wyglądam dla niego aseksualnie, odpowiedział z figlarnym błyskiem w oku (choć nie wiem, czy słowo "figlarny" akurat pasuje do mężczyzny):

- Nie, wręcz przeciwnie.

Co tylko potwierdza teorię, że dla mężczyzny widok kobiety w jego własnej koszuli jest - z niewiadomych dla mnie powodów - wyjątkowo pociągający.

G.



Zdjęcia ze strony: http://theoatmeal.com


18 komentarze:

Test obciążenia glukozą, czyli nie taki diabeł straszny...

12:32 Gosia Komentarzy: 21

Cukrzyca ciążowa dotyka, niestety, coraz więcej przyszłych mam. Badaniem, które pozwala stwierdzić, czy cukier metabolizowany jest prawidłowo, czy raczej czeka nas przygoda z poradnią diabetologiczną, jest doustny test obciążenia glukozą. Wykonywany jest zwykle między 24. a 28. tygodniem ciąży.

Na ostatniej wizycie kontrolnej również i ja dostałam skierowanie. Nie mając właściwie zielonego pojęcia, na czym to badanie polega i co mnie czeka, postanowiłam poszperać po internecie. I to był mój błąd. Można odnieść wrażenie, że internautki urządziły sobie zawody, która gorzej zniesie badanie i która w bardziej makabryczny sposób je opisze.

Dowiedziałam się więc, że mogę: zasłabnąć, zwymiotować, dostać biegunki. Wszystko po kolei bądź równocześnie. A prawdziwą drogą przez piekło miało być samo wypicie roztworu glukozy.

Na moje nieszczęście, opinie przeczytałam mniej więcej na tydzień przed badaniem. Zafundowałam więc sobie kilka dni nerwów i nieprzespanych nocy, podczas których snułam wizje siebie romantycznie mdlejącej na leżankę i umierającej z głodu przez dwie godziny, bo test trzeba przeprowadzać na czczo i w takim stanie pozostać do jego końca.

Jak było naprawdę?

1. Wstałam, na czczo udałam się z moim małżonkiem (na wypadek, gdybym faktycznie traciła przytomność i odchodziła od zmysłów) do przychodni. Pobrano mi krew (z żyły, choć podobno czasem pobierają z palca i na miejscu mierzą poziom cukru glukometrem). Wstałam z leżanki.

2. Dostałam do wypicia roztwór 75 g glukozy (inną opcją jest 50 g). Chwyciłam kubek drżącymi rękoma, przygotowana na największy szok gastrologiczny w moim życiu. I co? Woda jak woda, tyle że bardzo słodka. Czekałam, aż coś się stanie. Cokolwiek. A tu nic. Wróciliśmy więc do domu, bo na kolejne pobranie miałam się stawić po dwóch godzinach.

3. Bałam się, że przez te dwie godziny padnę z głodu. Żeby zająć czymś mój niespokojny umysł, zaczęłam czytać książkę. Ani się obejrzałam, a trzeba było wracać do przychodni. Żadnego głodu (glukoza jednak dała energetycznego kopa), żadnych nudności, żadnego osłabienia. Pobranie krwi (też z żyły) i... finito. Pozostało tylko czekać do wtorku na wyniki.

Dziewczyny, jeśli test obciążenia glukozą dopiero przed wami, naprawdę - nie ma się czego bać. Ekstremalne reakcje, owszem, zdarzają się, ale to są wyjątki. Włóżcie między bajki opinie, które znajdziecie w internecie, no, chyba że chodzi o moją opinię.

G.


21 komentarze:

Ciążowe prawa Murphy'ego

10:46 Gosia Komentarzy: 11

Im brzuch większy i im ciężej się schylać, tym więcej przedmiotów upada ci na podłogę.

Im bardziej masz na coś ochotę, tym większe prawdopodobieństwo, że tego akurat nie ma w lodówce.

Jeśli przed ciążą nie zdarzało ci się stłuc szklanki czy talerza, możesz być pewna, że w ciąży wytłuczesz pół zastawy obiadowej.

Im bardziej chce ci się siku, tym większe prawdopodobieństwo, że w zasięgu kilku kilometrów nie ma toalety.

Jeśli upatrzyłaś sobie wymarzone ubranko dla dziecka/wanienkę/łóżeczko, to bądź pewna, że kiedy w końcu zdecydujesz się na zakup, wybranego produktu już nie będzie.

To tak z mojego doświadczenia. Dodałybyście coś?

G.

A to mój brzuszek:




11 komentarze:

Jak kupić wózek i nie zwariować?

09:30 Gosia Komentarzy: 12

Z góry ostrzegam: wybór wózka może okazać się drogą przez mękę. Dlaczego? Różnorodność modeli jest tak ogromna, że już przy pierwszym podejściu można dostać ataku paniki i zamknąć się w sobie. Wydawało mi się, że to typowo kobieca przypadłość: dezorientacja, która dopada, gdy wybór dotyczy większej liczby opcji niż dwie. Okazało się, że tak samo przytłoczony może być mężczyzna. Spróbuję oszczędzić wam nieco nerwów.

Po pierwsze, warto ustalić maksymalną kwotę, jaką chcecie przeznaczyć na zakup wózka. Jak to zrobić? To akurat jest bardzo proste. Poczynając od X zł, dodawajcie po 200 zł. Stawka, przy której do oczu napływają wam łzy, tętno przyspiesza, a wy zaczynacie się zastanawiać, czy da się przeżyć o suchej kromce i wodzie, to już ta zdecydowanie za wysoka.

Po drugie, zastanówcie się, czy chcecie kupić osobno fotelik, osobno spacerówkę i osobno wózek głęboki, czy wolicie załatwić wszystko za jednym zamachem i nabyć wózek 3w1. Jeden zakup i kilka problemów z głowy.

Po trzecie, ważne jest, gdzie mieszkacie i czy jesteście sportowymi zapaleńcami. Od tego zależy, czy lepiej zdecydować się na wózek z pompowanymi kołami i bieżnikiem niczym w samochodzie terenowym, czy może na wózek joggingowy, czy na zwykły czterokołowy pojazd, który po prostu rusza się, gdy się go popchnie.

Po czwarte, kierujcie się rozumem, nie sercem. Wózek to wózek. Jak sama nazwa wskazuje, ma przede wszystkim wozić. Powinien więc być łatwy w prowadzeniu i prosty w obsłudze.

Możliwe, że kryteriów wyboru jest o wiele więcej, ja wymieniłam akurat te, które dla nas były najważniejsze. Oczywiście, bezcenne są opinie znajomych par, które konkretne wózki już przetestowały i na własnej skórze przekonały się, co jest ważne, a na co można przymknąć oko.

Tym sposobem zdecydowaliśmy się na wózek: X-lander, model XQ, 3w1 (wersja 2011; gondola X Pram; fotelik Maxi Cosi Citi).


Dlaczego akurat ten?
- bardzo łatwy w obsłudze: jednym ruchem można zamienić spacerówkę na gondolę;
- szybko i łatwo się składa i rozkłada, założenie fotelika również nie sprawia problemów;
- konstrukcja sprawia wrażenie solidnej (co np. w przypadku modelu X-Move nie jest takie oczywiste - w internecie znaleźć można liczne opinie mówiące o tym, że stelaż się łamie, zagrażając nawet zdrowiu dziecka);
- duże, pompowane tylne koła (przednie pompowane nie są, ale umówmy się: do chadzania po chodniku raczej wystarczą, a X-lander XQ to typowo miejski wózek);
- skręcające przednie koła, ułatwiające manewrowanie (można je również zablokować i wtedy obracają się tylko w płaszczyźnie przód-tył);
- wygodny, nożny hamulec przy tylnych kołach;
- możliwość regulacji rączki;
- możliwość zamontowania spacerówki zarówno tyłem, jak i przodem do kierunku jazdy (takiej opcji, o ile się orientuję, nie ma w przypadku X-landera XA);
- możliwość obniżenia oparcia w spacerówce, jeśli dziecku znudzi się siedzenie;
- duży, wypinany kosz;
- podręczna saszetka z przodu gondoli.

W zestawie znajduje się również folia przeciwdeszczowa i moskitiera, natomiast zwykle dodatkowo płatne są: torba, parasolka i śpiworek.

Ale żeby nie było tak różowo, dostrzegam też pewne wady. Lojalnie więc o nich informuję, aby uniknąć pełnych przekleństw komentarzy, gdy za moją radą zdecydujecie się na zakup tego modelu. Gondola wydaje się być nieco mniej stabilna niż siedzisko spacerówki, kołysze się bowiem lekko w przód i w tył. Nie ma też co ukrywać: wózek jest dość ciężki (choć podobno i tak lżejszy niż inne modele 3w1). Ale, ale... przynajmniej dzięki dźwiganiu go szybciej będzie można wrócić do formy sprzed ciąży (tak, trochę się pocieszam). Co do reszty wrażeń: opiszę je dopiero po konkretnym przetestowaniu, już z małym Człowieczkiem w środku.

A teraz pytanie, które spędza sen z powiek wielu przyszłym rodzicom: używany czy nowy?

My zdecydowaliśmy się na używany. Dlaczego? Ano dlatego, że natrafiliśmy na wyjątkowo kuszącą ofertę (na-portalu-aukcyjnym-wiadomo-jakim). Wózek niby używany, ale w doskonałym stanie, wygląda, jakby dopiero co wyjechał ze sklepu. A biorąc pod uwagę fakt, że razem z gadżetami (wspomniana torba, parasolka itd.) zapłaciliśmy za niego połowę tego, ile kosztuje nowy, uważam zakup za bardzo udany. Co prowadzi nas do kolejnego tematu: jak kupować używany wózek, żeby nie dać się zrobić w bambuko?

- im więcej zdjęć wózka na aukcji, tym lepiej; jeśli wózek jest faktycznie w dobrym stanie, to sprzedający będzie chciał się tym faktem pochwalić, zamieszczając mnóstwo fotek pojazdu; jeśli natomiast oferta okraszona jest 2-3 marnymi zdjęciami, to może być sygnał, że chce coś ukryć, a to coś znajduje się zapewne z tej strony wózka, która na fotce nie jest widoczna.
- bierzcie pod uwagę oferty z waszej okolicy, tak aby przed zakupem mieć możliwość podjechania i zobaczenia na własne oczy, czy to, co was skusiło na zdjęciach, ma odniesienie do rzeczywistości.
- płatność on-line jest o wiele bezpieczniejszą opcją niż płatność gotówką przy odbiorze (wiadomo, zawsze ma się jakiś dowód, że wpłata została dokonana).
- podczas zakupów przez internet trzeba kierować się zasadą ograniczonego zaufania, co nie oznacza, że każdego sprzedającego trzeba z góry podejrzewać o niecne zamiary; naprawdę można znaleźć fajny używany wózek, trzeba mieć tylko trochę szczęścia i zdrowego rozsądku.

Uff, post trochę długi, ale mam nadzieję, że pomogłam.

G.






12 komentarze:

Syndrom wicia gniazda pełną parą

09:53 Gosia Komentarzy: 13

Takiego sprzątania jeszcze nasze mieszkanie nie widziało. Cztery 60-litrowe worki z niepotrzebnymi rzeczami powędrowały na śmietnik. Od gazet, przez stare buty, po pudła po przeróżnych sprzętach. A jakie cuda można u siebie znaleźć: trzepaczkę do dywanów, która pamięta jeszcze czasy PRL-u, boa z piór będący świadkiem mojego wieczoru panieńskiego (no, to akurat było jeszcze nie tak dawno) czy gumowy wąż, który - jak mniemam - powinien mieć zastosowanie gdzieś w łazience, ale z niewiadomych powodów znalazł się w szafie.

Po dwóch dniach intensywnego robienia porządków doszłam do wniosku, że:
- człowiek do życia i szczęścia potrzebuje mniej rzeczy, niż mu się wydaje;
- mamy wystarczająco dużo miejsca w szafach, aby ugościć nowego członka rodziny (a braku miejsca obawiałam się najbardziej);
- mężczyzna całkiem sprawnie potrafi sprzątać i to bez słowa narzekania.

Ukoronowaniem harówki był... zakup wózka. Ale o tym już w kolejnym poście.

G.

PS Mój Pe w końcu się doczekał. Czego? Kopniaczków. Od kilku dni urządzamy sobie wieczorne rodzinne seanse: Pe kładzie dłoń na moim brzuchu, a Antoś harcuje na całego. Jego ruchy można już nie tylko wyraźnie wyczuć, ale i bez większego wysiłku zobaczyć na powierzchni brzucha. Uśmiech Pe, gdy po raz pierwszy poczuł kopniaka: bezcenny widok.


13 komentarze:

(Matka) Polka potrafi, ale...

15:27 Gosia Komentarzy: 6

... nie ma odwagi, żeby zacząć działać
... boi się reakcji otoczenia
... wątpi w swoje kompetencje
... obawia się porażki
... boi się, że... odniesie sukces
... sądzi, że inni wiedzą i potrafią więcej
... tak naprawdę nie wie, o czym marzy i czego pragnie
... stawia na pierwszym miejscu potrzeby innych

Wyobraź sobie taką sytuację. Twoja przyjaciółka zwraca się do ciebie o radę. Od dawna marzy o założeniu własnej firmy, jednak wciąż tkwi w miejscu. Nie wie, czy sobie poradzi. Gubi się w gąszczu podatkowo-rachunkowym. Obawia się, że wszystko skończy się katastrofą. Co jej doradzisz? Prawdopodobnie powiesz jej, że niepotrzebnie wątpi w swoje możliwości. Że na pewno jej się uda i nie powinna odkładać tej decyzji na później. I mówiąc to, nie kłamiesz. Jesteś przekonana, że odniesie sukces.

Teraz wyobraź sobie, że to ty znajdujesz się na miejscu swojej przyjaciółki. Od kilku lat nosisz się z zamiarem rozpoczęcia działalności gospodarczej, lecz nie potrafisz podjąć decyzji o zrobieniu pierwszego kroku. Co ty sama sobie "doradzasz"? Prawdopodobnie wmawiasz sobie, że masz za mało doświadczenia i umiejętności. Wynajdujesz kolejne powody, aby pozostać w tym miejscu, w którym jesteś, choć czujesz, że ta strefa komfortu zaczyna cię uwierać. Jesteś przekonana, że sukces to jest coś, co mogą odnieść inni, nie ty. Aż w końcu zaczynasz wierzyć w to, co o sobie myślisz.

Alfred Korzybski przestrzega: "Uważaj, co do siebie mówisz, bo może okazać się, że słuchasz". Uważaj też, co o sobie myślisz, bo w końcu w to uwierzysz.

Dlaczego wierzymy w innych, a tak trudno przychodzi nam uwierzyć w siebie?
Dlaczego tak trudno zrobić nam pierwszy krok, choć wiemy, że może być on początkiem czegoś dobrego?
Dlaczego wątpimy w swoje siły i możliwości?
Dlaczego wciąż odkładamy wszystko na "później", choć wiemy, że to "później" może zamienić się kiedyś w "już za późno"?

No właśnie: DLACZEGO?

G.

PS Do powyższego wpisu zainspirowała mnie książka "Polka potrafi" Magdy Bębenek, którą polecam każdej wątpiącej w siebie kobiecie.

6 komentarze: