9. miesiąc, czyli totalna abstrakcja

13:15 Gosia Komentarzy: 14

Niepostrzeżenie wkroczyłam w 9. miesiąc. W dalszym ciągu nie mogę wyjść z szoku, jak błyskawicznie zleciał mi ten czas. Może to kwestia tego, że ciążę przechodzę nad wyraz dobrze (tfu, tfu, odpukać). Większych sensacji nie było, więc 9 miesięcy zlewa mi się w jedną całość pod tytułem "ciąża".

Nie będę pisać, jaki to wspaniały okres w życiu kobiety. Dlaczego? Bo to jest oczywiste. Mieszanka emocji: radości, niepokoju, ekscytacji, lęku. Chciałam natomiast skupić się na uczuciu, które niezmiennie towarzyszy mi od pierwszych tygodni ciąży. O czy mowa?

O poczuciu całkowitej abstrakcji. Wydawać by się mogło, że 9 miesięcy wystarczy, aby w głowie otworzyło się jakieś pudełko z etykietką "będę matką". Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że po prostu urósł mi brzuch, a poza tym w dalszym ciągu wszystko będzie po staremu. Wielokrotnie zdarzyło mi się - i nadal zdarza - że kiedy budzi mnie w nocy ruch w brzuchu, pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, brzmi: "co ja dzisiaj jadłam, że tak mi jelita pracują?". Dopiero po chwili nadchodzi otrzeźwienie, że przecież jestem w ciąży.

Widzę na USG Lenkę. Oglądam jej zdjęcia. Czuję pod dłońmi. Ktoś może mi wtedy powiedzieć: "przecież jesteś w ciąży". Co ja bym pomyślała? "Aha, no tak, w sumie racja, fajnie". I wróciłabym do tego, co akurat robiłam. Jak w filmie: coś się dzieje, ale jakby obok mnie.

Rośnie we mnie człowiek. Taki z nogami, rękami, głową. Myślący, czujący. CZŁOWIEK.

"Eee, co ty gadasz", odpowiada mi w głowie alter ego, wciąż niedowierzające w to, co się dzieje.

Totalna abstrakcja.

G.

14 komentarze:

Pozytywnie o porodzie

16:52 Gosia Komentarzy: 15

Kilka rodzących na jednej sali. Koszula, która więcej odsłania, niż zakrywa. Brak możliwości wyboru pozycji. Trzeba leżeć i już, a najlepiej cicho. Po wszystkim szybki rzut oka na maleństwo, które właśnie przyszło na świat. Po tych kilku sekundach ukochana kruszynka znika za rogiem. Poród rodzinny? Fanaberia! Kontakt "skóra do skóry"? Bzdura! Odwiedziny najbliższych? Też niemożliwe.

Jako pierwszy urodził się mój brat. 12 godzin leżenia na korytarzu, bo akurat brakowało miejsca na sali. Ze mną podobno poszło łatwiej, a przynajmniej krócej: 3,5 godziny. I choć mama na pewno miałabym niejedną krwawą anegdotę do opowiedzenia, to nigdy takiej nie usłyszałam. Kiedy pytam o poród, napomina jedynie o przykrych warunkach na porodówce, ale zaraz przechodzi do wspomnień, jak to cudownie było nas zobaczyć i jak błyskawicznie zapomina się o wszelkich niedogodnościach.

Jestem jej wdzięczna. Właśnie za to, że stworzyła w mojej głowie taki, a nie inny obraz porodu. Jako wydarzenia bolesnego, ale przede wszystkim zwieńczonego ogromną radością. Nie jako przerażającą fizjologiczną czynność, której lepiej nie fundować sobie na własne życzenie. Uważam, że to właśnie matka w największym stopniu kształtuje nasze wyobrażenie o porodzie. Ja mam to szczęście, że moja potrafiła przedstawić go w realistycznym świetle. Niestety, niektóre z nas już z chwilą, gdy zaczynają wkraczać w świat kobiecości, muszą wysłuchiwać okrutnych historii z ust własnej rodzicielki. Efekt nierzadko bywa bardzo smutny: całkowita rezygnacja z macierzyństwa.


Dlaczego o tym piszę? Coraz bardziej zmienia się podejście do porodu, zarówno jako procesu fizjologicznego, jak i najważniejszego wydarzenia w życiu kobiety. Co rusz pojawiają się nowe inicjatywy, których celem jest odczarowanie porodu, przebicie tej utrwalonej przez lata skorupy zbudowanej ze strachu i lęków. Jedną z nich jest grupa wsparcia "Pozytywnie o porodzie", stworzona przez trzy doule. Ich celem było stworzenie miejsca wymiany myśli i odczuć, tak aby wizja porodu przestała przerażać, a cieszyć i ekscytować. Spotkania odbywają się w Warszawie (najbliższe planowane jest na 4 kwietnia, godz. 16, MaMa Cafe). Mam nadzieję, że wkrótce inicjatywa dotrze także do innych miast.

Polecam też stronę Vivat Poród. Sama od początku ciąży staram się unikać czytania mrożących krew w żyłach historii, natomiast chętnie raczę się pozytywnymi (choć oczywiście niepozbawionymi bólu) opowieściami, które zmniejszają mój lęk i utwierdzają w przekonaniu, że poród naprawdę da się przeżyć.

G.

15 komentarze:

Opadł ci już?

10:31 Gosia Komentarzy: 30

Takim pytaniem codziennie wita mnie mąż wracający z pracy, bacznie mi się przy tym przyglądając. Pyta już od jakiegoś czasu, więc odruchowo odpowiadam: "NIE!".

Do wczoraj. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, naszła mnie myśl, że może faktycznie? "Popatrz na mój brzuch. Nie opadł trochę?". Pe: "No to mówię, że opadł". Od dwóch dni zauważyłam też, że dużo lepiej mi się oddycha, a to podobno jeden z objawów opadnięcia.

Nie wiem, czy to kwestia tego, że już nie możemy się doczekać i na siłę szukamy zwiastunów porodu, czy faktycznie coś jest na rzeczy.

A to mój brzuch na - teoretycznie - miesiąc przed wielkim dniem. Zdjęcie zrobione jeszcze przed rzekomym opadnięciem.


G.

30 komentarze:

Moje ciążowe zachcianki

14:24 Gosia Komentarzy: 15

Czytając o żywieniowych zachciankach, jakie miewają niektóre przyszłe mamy, doszłam do wniosku, że byłam wyjątkowo łaskawa. Dla mojego żołądka - bo oszczędzałam mu połączeń typu śledź przegryzany czekoladą. Dla męża - bo nie zdarzyło mi się wysyłać go nagle do sklepu w środku nocy (w środku dnia też nie).

Nie oznacza to, że żadnych ciążowych zachcianek nie doświadczyłam. Nie polegały one jednak na nagłym ataku chęci na coś egzotycznego i bliżej nieokreślonego (bądź bardzo dokładnie określonego, a zwykle przeze mnie omijanego szerokim łukiem). Miały raczej charakter trwającej kilka tygodni (bądź miesięcy) obsesji na punkcie konkretnego produktu.

Pierwszy trymestr w ogóle pominę milczeniem. O jakichkolwiek spożywczych fanaberiach nie było mowy. Choć przyznać muszę, że życie uratowała mi maca i wafle ryżowe (wprawdzie nie zmniejszały mdłości, ale przynajmniej byłam w stanie je przełknąć).

Początek trymestru drugiego upłynął mi pod znakiem kiszonych ogórków. W każdej ilości. Do kanapki, do zupy czy nawet przegryzane ot tak. Chwała mojej mamie, która zaopatrywała mnie w słoiki pełne tych zielonych, chrupiących i kwaśnych pyszności. Chęć na ogórki utwierdzała mnie w - jak się okazało błędnym - przekonaniu, że będę mieć synka.

Koniec drugiego trymestru i początek trzeciego to czas dominacji mandarynek. Zawsze lubiłam mandarynki, ale to, w jakiej ilości zjadałam je w tym czasie, przechodziło ludzkie pojęcie. Na szczęście trafiłam na dobry moment: zimę i świąteczny czas, kiedy to mandarynek w sklepie nie brakuje.

Od połowy trzeciego trymestru chrapka na mandarynki przeszła mi całkowicie. Ich miejsce zajęły jabłka. Również w każdej ilości. 3-4 owoce dziennie to minimum. Może dzięki temu uniknęłam słynnych ekhm zaparć. Ostatnio też czytałam newsa o tym, że spożywanie w ciąży 4 jabłek tygodniowo zmniejsza ryzyko wystąpienia astmy u dziecka nawet o 50 proc.!

Dochodzę do wniosku, że ogólnie nie jest źle. Moje ciążowe zachcianki dotyczyły głównie owoców i warzyw. Ale... muszę wyznać, że od kilku tygodni jakaś nieziemska siła ciągnie mnie w kierunku słodyczy. Opieram się, jak mogę, ale czasem skuszę się na kilka kostek czekolady albo Kinder Bueno (ubóstwiam!).

G.

15 komentarze:

Takie coś zmajstrowałam

14:50 Gosia Komentarzy: 16

Kolejna rzecz z cyklu: "kobieta w ciąży bywa znudzona, więc chwyta się różnych zajęć". Jakiś czas temu zamarzyło mi się imię nad łóżeczko wykonane z filcowych bądź materiałowych literek. Najpierw myślałam nad kupnem, ale potem oświeciło mnie: "ej, przecież sama możesz to zrobić". Więc zrobiłam. Nie powiem, trochę czasu i wysiłku mnie to kosztowało, ale opłaciło się.

Napis wisi już dumnie nad łóżeczkiem. Jak ostatecznie okaże się, że wyjdzie Antoś, to będzie psikus.



G.

16 komentarze:

Czółko do czółka

14:15 Gosia Komentarzy: 13

Brzuch. A w tym brzuchu dziecko. Gdzieś tam, w oddali. Siedzi sobie i rośnie. Ale, zaraz, zaraz...

Wcale nie w oddali. Tu, pod ręką. W odległości zaledwie kilku centymetrów. Kilku centymetrów! Leży sobie zwinięte w kłębek tuż pod warstewką skóry, tłuszczyku, błon płodowych. Dotykasz i czujesz. Tu łokieć, tam pupa, a tu pewnie nóżka. Ono czuje twój dotyk, a ty czujesz to delikatne ciałko wstrząsane od czasu do czasu czkawką.

Czasem najtrudniej zdać sobie sprawę z najbardziej oczywistych rzeczy. Ja taki szok przeżyłam wczoraj. Przecież Lenka jest tu, tuż pod moją dłonią. Nie gdzieś tam, daleko. Tu. Mogę ją dotknąć, jeszcze zanim się urodzi.

W podobnej dziwnej nieświadomości tkwił widocznie też mój mąż. Położyłam się na wznak i powiedziałam mu, żeby przyłożył swoją głowę do mojego brzucha. "A teraz wyobraź sobie, że po drugiej stronie leży Lenka i też przykłada w tym miejscu głowę, czółko do czółka". Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był dowodem na to, że zrozumiał.

G.

13 komentarze:

Torba spakowana

18:10 Gosia Komentarzy: 24

W końcu zmobilizowałam się do spakowania rzeczy potrzebnych do szpitala. Moja rada: naprawdę, nie zostawiajcie tego na ostatnią chwilę. Wszystko miałam już przygotowane, jedyne, co miałam zrobić, to umieścić to w torbie. Proste, a przynajmniej tak mi się wydawało. Okazało się, że pierwotnie wybrana walizka jest za mała, więc musiałam znaleźć większą i wszystko przepakować. Wystarczy dodać do tego umysłowe i fizyczne opóźnienie spowodowane ciążą i otrzymujemy 1,5 godziny szamotaniny i sapania.


Co ostatecznie znalazło się w torbie?
- koszula do porodu, a właściwie tunika (o czym pisałam tu)
- 2 ręczniki kąpielowe
- klapki pod prysznic
- pantofle
- 1 para ciepłych wełnianych skarpetek i 2 pary zwykłych bawełnianych
- 3 koszule nocne (do karmienia)
- szlafrok
- 1 biustonosz do karmienia
- ręczniki papierowe (1 rolka) i chusteczki higieniczne
- podkłady na łóżko Seni (3 szt., choć zastanawiam się, czy je brać, bo jak pisze autorka bloga Retromoderna, w szpitalu, w którym zamierzam rodzić, jest ich pod dostatkiem na miejscu)
- podkłady poporodowe Bella Mamma (1 opakowanie, czyli 10 szt., potrzebnych będzie na pewno więcej, ale z tego, co wiem, w szpitalu podkłady Bella dostępne są bez ograniczeń podobnie jak podkłady na łóżko)
- kosmetyczka (kosmetyki w wersji mini kupiłam w Rossmannie) i mała suszarka do włosów
- do pielęgnacji intymnej: Tantum Rosa i płyn ginekologiczny Lactacyd
- siateczkowe majtki Hartmann (3 szt.)
- wkładki laktacyjne (10 szt.)
- kocyk dla dziecka
- rożek
- pieluszki tetrowe (6 szt.)
- paczka pieluszek Pampers 3-6 kg
- chusteczki nawilżone Pampers Sensitive i maść Bepanthen
- woda mineralna - 2 butelki z "dzióbkiem" 750 ml

Do spakowania zostało mi jeszcze:
- ubranka dla dziecka (wciąż się waham, czy brać rozmiar 56 czy 62)
- dokumenty i wyniki badań
- przekąski na odzyskanie energii po porodzie (ewentualnie - jak Pe dopadnie wilczy głód): myślałam o biszkoptach, waflach ryżowych i batonikach muesli

Mój system pakowania:
Rzeczy potrzebne do samego porodu (koszula, ręcznik, klapki, woda mineralna, skarpetki, szlafrok) umieściłam na wierzchu i w bocznej kieszeni, żeby mieć do nich łatwy dostęp. Za radą położnej ze szkoły rodzenia rzeczy do ubrania dziecka, które będzie musiał podać zdezorientowany świeżo upieczony tata, zawinęłam w rożek, czyli: pieluchę tetrową, pieluszkę jednorazową i komplet ubranek. Ubrania dla mnie i dla dziecka na wyjście ze szpitala zostawię w domu i Pe podwiezie mi je, gdy będą potrzebne.

No, to jestem gotowa do porodu (olaboga!).

G.



24 komentarze:

Metkowiec, czyli zabawka z metkami dla najmłodszych

10:06 Gosia Komentarzy: 12

Od jakiegoś czasu rekordy popularności biją zabawki z metkami. Maluchy podobno je uwielbiają. To tak jak dorośli folię bąbelkową. Niby nic, a jednak człowiek, widząc takie coś, przechodzi nagle w inny stan świadomości i bezmyślnie "pyka". Równie zaaferowane wydają się być niemowlęta, gdy podsunie im się pod nos kawałek materiału bądź przytulankę z mnóstwem kolorowych metek.

Postanowiłam więc podjąć się wyzwania, jakim jest stworzenie metkowca. Powędruje on do mojej bratanicy, więc jak tylko dostanie go w swoje łapki, napiszę, jaka była reakcja.

A mój metkowiec wygląda tak:




G.

12 komentarze:

34. tydzień ciąży

10:07 Gosia Komentarzy: 27

W ciąży doświadczyć można niezwykłego zjawiska zwanego "jak ten czas leci". Do końca pierwszego trymestru dni dłużyły mi się niemiłosiernie. Natomiast czas między, powiedzmy, 12. tygodniem a chwilą obecną zlewa mi się w jedną wielką plamę pod nazwą: ciąża. Pamiętam, jak z Pe namiętnie wypatrywaliśmy drugiej kreski na teście, a tu już niedługo ta kreseczka ujawni się w postaci różowego, wrzeszczącego bobasa.

34. tydzień skończony. Powoli zaczynam czuć na plecach powiew szpitalnego powietrza. Nastrajam się na pakowanie torby ("nastrajam" to odpowiednie słowo - przesuwam tę czynność z dnia na dzień, tkwiąc w jakimś absurdalnym przekonaniu, że jeśli dziś się spakuję, to jutro na pewno wyląduję na porodówce). Spisuję na kartce formalności, które trzeba załatwić po narodzinach dziecka. Zastanawiam się nad organizacją życia w pierwszych tygodniach po wyjściu ze szpitala (planujemy wynieść się na jakiś czas do moich rodziców, którzy mieszkają godzinę drogi od nas).

W kwestii samopoczucia psychicznego bywa różnie, choć źle nie jest. Miewam dni, kiedy myślę sobie "dam radę ze wszystkim". Ale zdarzają się też dni, kiedy dominuje przekonanie "ku**a, nie dam sobie rady". Które przeważają? Powiedziałabym, że pół na pół. Choć za sukces uznać muszę fakt, że w ciągu całej ciąży zdarzyło mi się płakać tylko dwa (!) razy.

Trochę gorzej z samopoczuciem fizycznym. Nie wiem, czy to kwestia samej ciąży, czy wybuchowej mieszanki ciąży i gwałtownych zmian pogody (meteopatia to moje drugie imię), ale od kilku dni ledwo żyję. Poranne wstawanie wygląda mniej więcej tak: otwieram oczy, "kur**a" (przepraszam za nagromadzenie przekleństw w tym poście), przetaczam się na lewy bok, jeśli akurat spałam na prawym, przy akompaniamencie odgłosów zdychającej foki siadam na łóżku, siedzę tak lekko przygarbiona przez kilka minut, starając się nawiązać kontakt ze swoim mózgiem, po czym podejmuję próbę podniesienia się, staję na nogach, w dalszym ciągu zgarbiona, i człapię w kierunku łazienki, kołysząc się na boki jak przy zaawansowanym reumatyzmie. Objawem, który wyjątkowo dokucza mi od jakiegoś czasu, jest ból w okolicach pachwin. Widocznie mięśnie i inne części składowe ciała już ledwo zipią, dźwigając brzuch.

Zauważyłam też u siebie coraz bardziej olewający stosunek do wyglądu. Oczywiście, staram się wyglądać znośnie, żeby nie straszyć męża, listonosza i samej siebie podczas patrzenia w lustro. Do tej pory jednak, nawet gdy cały dzień planowałam spędzić w domu, pamiętałam przynajmniej o korektorze pod oczy i tuszu do rzęs. Teraz myślę sobie "pierd**ę" (znów przepraszam) i jedyne, co nakładam na twarz, to krem. Nie mam po prostu siły. Mam nadzieję, że to minie po połogu.



Dane statystyczne
Waga: +9 kg
Obwód brzucha: 102 cm
Częstotliwość nocnego wstawania do toalety: 4-5 razy
Liczba przekleństw wypowiadanych w myślach w ciągu dnia: coraz większa

G.

27 komentarze:

Poznałaś swoją położną?

11:11 Gosia Komentarzy: 8

Czy wiesz, że:
- ciążę fizjologiczną (tj. przebiegającą prawidłowo) może prowadzić położna, niekoniecznie lekarz;
- jeśli to lekarz sprawuje opiekę nad kobietą w ciąży, ma obowiązek poinformować pacjentkę, że od 21. tygodnia ciąży ma ona prawo do bezpłatnych (finansowanych w ramach NFZ) spotkań edukacyjnych z położną (od 21. tygodnia odbywają się raz w tygodniu, natomiast od 32. tygodnia - dwa razy w tygodniu);
- każda kobieta ma prawo wyboru położnej, która będzie sprawować nad nią opiekę (w tym celu należy wypełnić odpowiednią deklarację), przy czym nie ma konieczności wyboru położnej z tej samej placówki, w której posiadamy lekarza pierwszego kontaktu i pielęgniarkę, a zmiany wybranej położnej można dokonać bezpłatnie dwukrotnie w ciągu roku (za trzecim razem opłata wynosi 80 zł).

Prawdopodobnie, jak niestety zdecydowana większość kobiet, nie zdawałaś sobie sprawy z tego, że takie prawa ci przysługują. Położna kojarzy nam się z obcą osobą, którą poznajemy w szpitalu tuż przed porodem. Tymczasem położna jest osobą, która może nam służyć radą i pomocą na długo przed zajściem w ciążę, a jej rola nie kończy się wraz z wyjściem ze szpitala i odbyciem ostatniej wizyty patronażowej. Tak naprawdę, położna może nam towarzyszyć przez całe nasze życie, od momentu narodzin do starości.

Zwiększenie świadomości kobiet w ciąży i planujących ją jest podstawowym celem kampanii Po prostu Położna, zorganizowanej przez portal Siostra Ania i Fundację Siostra Ania. W jej ramach w wybranych miastach odbywają się warsztaty, w czasie których przyszłe i obecne mamy mogą rozwiać swoje wątpliwości na temat ciąży, przysługujących im praw i roli, jaką w ich życiu może pełnić położna. Twarzą kampanii jest modelka, dziennikarka i mama dwójki dzieci Agnieszka Maciąg, natomiast ekspertem - Ewa Janiuk, położna z 26-letnim doświadczeniem.

Najbliższe spotkanie odbędzie się w sobotę, 22 marca, w Krakowie (rejestracji można dokonać tu; fanpage kampanii). Planowane są jeszcze warsztaty w: Łodzi, Gdańsku i Warszawie.

G.

8 komentarze:

Wyniki rozdania

11:04 Gosia Komentarzy: 7

Przypominam, że do wygrania były dwie opaski:


Komu udało się je zdobyć?



Jako pierwsza wylosowana została Ania (i będzie mogła zdecydować, którą opaskę chce otrzymać), jako druga - Kasia Janoszek. Gratuluję i proszę o zgłoszenie się na maila: matkaporazpierwszy@gmail.com

G.

7 komentarze:

Czy oni wszyscy oszaleli?

11:39 Gosia Komentarzy: 16

Dzień Kobiet. Pe dzwoni do mojej mamy, aby złożyć jej życzenia. Mama podnosi słuchawkę i drżącym głosem mówi: "tak?". Jak się później przyznała, myślała, że oto właśnie zaczęłam rodzić i Pe dzwoni, żeby przekazać tą radosną wiadomość.

Wczorajsze przedpołudnie. Dostaję smsa od Pe o treści: "co robisz??". To odpisuję zgodnie z prawdą, że siedzę i czytam książkę. Otrzymuję odpowiedź: "Aha, upewniam się, że nie rodzisz".

A tak wyglądają codzienne rozważania Pe: "Hmm to teraz jesteś w 33. tygodniu, tak? Ale licząc, że mała jest rozmiarowo tydzień do przodu, to jesteś w 34. tygodniu. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że może się urodzić wcześniej, to jesteś, powiedzmy, w 36. tygodniu. Czyli za następny tydzień będziesz w takim momencie, w jakim rodziła M. (moja bratowa - przypis G.)". I tak dodaje kolejne tygodnie, aż mu prawie wychodzi, że urodzę jutro.

Zwariować można.

Lub - jak to mówi dzisiejsza młodzież - facepalm.


G.

PS A to mój aktualny stan brzucha: 102 cm


16 komentarze:

Keglu, gdzie jesteś?

14:49 Gosia Komentarzy: 7

O ile trenowanie bicepsów to domena mężczyzn, o tyle ćwiczenie mięśni Kegla powinno stać się nawykiem każdej kobiety. No właśnie, powinno. Jak to zwykle bywa, teoria nijak ma się do praktyki. Wiele z nas nie wie o istnieniu mięśni dna miednicy, a jeszcze mniej z nas pamięta o ich regularnej gimnastyce.

www.webmd.com

Mówiąc obrazowo, mięśnie Kegla to taki hamak, którzy utrzymuje na swoim miejscu narządy wewnętrzne, m.in. macicę, pęcherz moczowy. Ich osłabienie może wiązać się z poważnymi i niezbyt przyjemnymi konsekwencjami, np. wypadaniem macicy w późniejszym wieku. Kondycja mięśni dna miednicy odgrywa niebagatelną rolę w czasie ciąży, w trakcie porodu i po nim. Podtrzymują na swoim miejscu coraz większą macicę, ułatwiają wyjście dziecka na świat, zmniejszają prawdopodobieństwo pojawienia się nietrzymania moczu, co jest po porodzie dość powszechną przypadłością. Oczywiście, nie można zapomnieć także o tym, że sprawne mięśnie Kegla to większa satysfakcja z życia seksualnego, zarówno dla kobiety, jak i partnera.

Jak zlokalizować mięśnie dna miednicy? Nic prostszego. Wystarczy podczas oddawania moczu wstrzymać na chwilę jego strumień. To, czego udało się dokonać, to właśnie zasługa mięśni Kegla. Można również po prostu umieścić w pochwie palec wskazujący i spróbować go "objąć". Także i wtedy dadzą znać o sobie odpowiednie mięśnie.

Jak i kiedy ćwiczyć? Nie ma łatwiejszych ćwiczeń niż te, które służą wzmacnianiu mięśni Kegla. Można je wykonywać zawsze i wszędzie, również w ciąży (o ile oczywiście nie ma żadnych przeciwwskazań). Wystarczy napiąć mięśnie, policzyć do pięciu i rozluźnić. I tak 10 razy. Taką serię warto powtarzać nawet kilka razy dziennie, choć - wiadomo - lepiej poćwiczyć nawet raz dziennie niż nie ćwiczyć w ogóle.

Dziewczyny, do dzieła!

G.

7 komentarze:

Ja i moja pregnezja

14:53 Gosia Komentarzy: 8

Jakiś czas temu z lekką nutką niepokoju pisałam o pewnym zubożeniu umysłowym, które zauważyłam u siebie wraz z początkiem ciąży. Nie, niestety objawy nie minęły. Utrata pełni sprawności intelektualnej ujawnia się przede wszystkim podczas prób gotowania. Nie jestem masterchefem i nigdy nie byłam, ale w kuchni radzę sobie całkiem nieźle. A raczej radziłam.

O ile do tej pory przygotowanie obiadu przebiegało dość sprawnie, o tyle teraz każdy tego typu proces wymaga ode mnie nie lada wysiłku. Co z czym i kiedy, co najpierw, co potem, jak długo. A i tak na końcu okazuje się, że zapomniałam o przynajmniej jednym składniku. To właśnie w ciąży po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się podać niedogotowany makaron, a ciasto naleśnikowe już kilkakrotnie wyszło mi zdecydowanie za grube (choć dałabym sobie rękę uciąć, że robię je dokładnie tak jak przed ciążą). Dzięki Bogu, Pe dość cierpliwie znosi moje kulinarne potyczki i nawet łamiący się podczas gryzienia makaron potrafi skwitować stwierdzeniem, że wcale nie jest tak źle. Choć w jego głosie wyczuwam nadzieję na to, że gorzej nie będzie.

Wiele brakuje mi też do przedciążowej gracji. Nagły atak drzwi czy szafy, które znienacka na mnie wpadają, to już norma. Od kilku dni zauważyłam też, że nocna wędrówka z łóżka do toalety stała się istnym torem surwiwalowym. Niby trasa prosta, wystarczy iść przed siebie, aż dotrze się do drzwi. Po drodze jednak obijam się o półkę z butami, zahaczam o rurę od centralnego ogrzewania, a już po wejściu do toalety zrzucam na siebie ręczniki. Upośledzenie koordynacji wyjaśnić można dużym brzuchem, ale jak usprawiedliwić ciągłe upuszczanie z rąk różnych przedmiotów czy niemożność chwycenia paczki chusteczek, które Pe rzuca z odległości 10 cm?

Otóż okazuje się, że ta umysłowa i sprawnościowa pierdołowatość ma swoje wytłumaczenie, a nawet nazwę. Przypadkiem natrafiłam na tekst, z którego wynika, że należę do zacnego grona kobiet, które dotknęła pregnezja, czyli amnezja ciążowa. Od razu człowiekowi lepiej, jak się dowie, że to nie jest zwykłe "zgłupienie", a mający swoje naukowe uzasadnienie syndrom. Jeśli i was dotknęła pregnezja, dodam na pocieszenie, że według autorów owego artykułu objawy ustępują... w ciągu roku od porodu.

G.

8 komentarze:

Cześć, tu Lenka

09:53 Gosia Komentarzy: 21

Piszę do ciebie z mojego mieszkanka, które teraz wygląda tak:


Jest tu całkiem fajnie. Cieplutko, mięciutko. Mama karmi mnie smakołykami, łaskocze po stópkach i opowiada, co właśnie robi. Po południu wita się ze mną mój tatuś, a wieczorem słucham sobie muzyki relaksacyjnej. W nocy staram się spać, żeby mamie nie przeszkadzać, ale zdarza się, że dostanę czkawki albo muszę zmienić pozycję, więc czasem się przebudza. Ale na szczęście nie jest na mnie zła. Głaszcze mnie i przewraca się na drugi bok.

Wczoraj mama z tatą zabrali mnie do lekarza. Zauważyłam, że lubią mnie podglądać, bo ciągle się przy tym śmieją. Ja z kolei lubię, jak są weseli, dlatego staram się zawsze ładnie wyglądać i robię różne minki. Wczoraj układałam usta w dzióbek, ssałam kciuka i mrugałam powiekami. Chyba im się spodobało! Słyszałam też, jak pani doktor mówiła, że duża ze mnie dziewczynka. Podobno ważę 2100 g i jestem tłuściutka. Może dlatego w tym mieszkanku mi coraz ciaśniej. Mama stwierdziła, że pucusie mam po niej. Tata z kolei powiedział, że po nim mam czuprynę, a drugi podbródek po... teściowej, czyli mojej babci. 



Nie mogę się doczekać, kiedy ich wszystkich zobaczę! Pani doktor powiedziała, że według badania termin wypada na 22 kwietnia. Hmm może zrobię mamie i tacie niespodziankę i przywitam się z nimi w Wielkanoc?

L.

21 komentarze:

Opaski do zdobycia

16:55 Gosia Komentarzy: 14

Wszystkie obecne i przyszłe mamy dziewczynek (lub jeśli po prostu chcecie sprawić komuś niespodziankę) zapraszam do udziału w rozdaniu. Do zdobycia te oto opaski:


Aby stać się szczęśliwą posiadaczką jednej z nich należy:
1. Polubić fanpage G. szydełkuje i Matka po raz pierwszy (jeśli ktoś nie ma konta na FB, wystarczy dodać się do obserwatorów mojego bloga).
2. Zamieścić u siebie na blogu (lub na profilu na FB, jeśli ktoś z kolei nie dysponuje blogiem) powyższe zdjęcie z linkiem do wpisu konkursowego.
3. W komentarzu pod tym postem proszę o informację, że bierzecie udział w rozdaniu i które z powyższych warunków wypełniłyście (zwłaszcza jeśli w grę wchodzi FB, proszę o informację pod jaką nazwą/nazwiskiem działa wasze konto).

I tyle.

Rozdanie trwa do 16 marca. 17 marca wylosuję zwyciężczynie. Pierwsza wylosowana osoba będzie mogła zdecydować, którą opaskę chciałaby otrzymać.

G.

14 komentarze: