Lena I Delikatnopupna

11:06 Gosia Komentarzy: 19

Mamy za sobą pierwsze szczepienie. Lenka była zaskakująco wręcz spokojna. Jedynie po samym ukłuciu wystąpił epizod krótkiego, aczkolwiek intensywnego żalenia się. Szybko jednak udało się zażegnać kryzys przy pomocy smoczka. Zdecydowaliśmy się na szczepionkę 6w1 plus rotawirusy. Żadnych niepokojących objawów poszczepiennych nie zauważyłam. Do wieczora Lenka smacznie spała, budząc się tylko na karmienie. Gorączki brak. Cała ta przyjemność kosztowała 530 zł. Polityka prorodzinna pełną parą.

Podczas wizyty u pediatry skonsultowałam również kwestię krostek na twarzy oraz USG stawów biodrowych. Lekarz potwierdził to, co mówiła położna, czyli: z bioderkami wszystko w najlepszym porządku. Jeśli coś miałoby być nie tak, to ujawniłoby się już teraz, bo dysplazja jest wadą wrodzoną. Nie było więc za wcześnie, jak to sugerował ortopeda. Nie ma też konieczności wykonywania kolejnego badania.

A w sprawie krostek sytuacja dodatkowo się skomplikowała. Do dwóch teorii - trądziku niemowlęcego i skazy białkowej - dołączyła trzecia. Pediatrze wygląda to bardziej na zmiany atopowe. Zalecił kąpiele w emolientach (który polecacie?) i dał próbkę jakiegoś nowego superkremu Avene XeraCalm AD. Więc generalnie wiem mniej, niż wiedziałam przed konsultacjami ze specjalistami. Na uczulenie na białko mi to nie wygląda, bo mleka i przetworów nie piję/jem już od ponad dwóch tygodni. Gdyby to była kwestia laktozy, to raczej skóra byłaby już gładka. Co do atopii to też średnio się zgadzam, bo - z tego, co czytam - wyprysk atopowy wyjątkowo mocno swędzi. A Lenka do krostek podchodzi z całkowitą obojętnością. Według mnie najbardziej pasuje teoria trądziku, który dodatkowo nasila upał. Miał ktoś do czynienia z jedną, drugą bądź trzecią przypadłością?

Właściwie to miało być o czymś innym. Rośnie mi mała księżniczka. Lena I Delikatnopupna. Z opowieści teściowej wiem, że mąż przesypiał całą noc zalany po pachy (wiadomo, nikt tak nie potrafi zawstydzić jak własna matka opowieściami z dzieciństwa). Lenka natomiast włącza syrenę, gdy tylko w pieluszce pojawi się choć kropelka. Królewna musi mieć suchutko. O błękitnej krwi świadczą też inne, coraz większe wymagania. Lenka musi być noszona na rękach. Jeśli tylko usadowię się na płaskiej powierzchni, księżniczka wyraża swoje niezadowolenie. Królewskiej otoczki dodaje fakt, że w pokoju akurat mam czerwony dywan. Co więcej, miłościwie mi panująca Lena musi być w centrum uwagi. Podczas karmienia, gdy tylko zacznę zajmować się czymkolwiek innym (piciem herbaty, pisaniem smsa, rozmową), uaktywnia się alarm. Aż się boję, jakie będzie stawiać żądania, gdy zacznie mówić...

A tu buziol od księżniczki:


I tu mały bonusik. Wybaczcie mój niewyjściowy strój.



G.



19 komentarze:

Lenka: 6. tydzień

17:20 Gosia Komentarzy: 9

Jak te dzieci rosną... Od lat słyszę te słowa, ale teraz mogę wypowiedzieć je sama. Lenka zmienia się z dnia na dzień. Dosłownie. Dzisiaj zaskoczyła mnie nową wersją trybu czuwania. Do tej pory polegał on na leżeniu, wymachiwaniu wszystkimi dostępnymi kończynami i "gadaniu". Dziś leżała, spokojnie kontemplując otoczenie. Bez żadnych wymachów ani pisków i innych gardłowych dźwięków. Dwukrotnie też uniosła kąciki ust w nieśmiałym uśmiechu, który porównałabym do dorosłego "hihihi". Ciekawe, czym zaskoczy mnie jutro.


G.

9 komentarze:

Zastoje. Jak walczyć z tym pieroństwem?

11:38 Gosia Komentarzy: 18

Ile ja się książek o laktacji naczytałam w ciąży. W każdej z nich napatrzyłam się na piękne obrazki uśmiechniętych mam karmiących idealnymi brodawkami idealnie ssące dzieci. Wszystko pięknie. Jak zwykle jednak rzeczywistość wygląda całkiem inaczej. Jednym słowem: rzeczywistość potrafi dać po pysku.

Mi daje od samego początku. Zastoje to mój chleb powszedni. Zmagam się z nimi właściwie od dnia wyjścia ze szpitala. Czasem mniejsze, czasem większe, a czasem gigantyczne, tak jak ostatnio. Sama się sobie dziwię, że nie rzuciłam jeszcze wszystkiego w diabły. Jedyne, co mnie powstrzymuje, to to, co równocześnie jest przyczyną problemów, czyli nawał pokarmu. Wiem, że niektóre mamy walczą o każdą kroplę. Dlatego szkoda mi porzucać karmienie, gdy mleka mam pod dostatkiem. Nie wybaczyłabym sobie takiego marnotrawstwa. Dodatkowo mobilizuje mnie zmiana, jaka nastąpiła u Lenki, dokładnie w dniu, w którym skończyła pięć tygodni. Zaczęła bez problemu chwytać obie piersi, w nakładkach wprawdzie, ale i to mnie cieszy. A nawet zdarza jej się prawą pierś possać bez nakładki.

Ale miało być o zastojach. We wspomnianych poradnikach wprawdzie spotkałam się z opisami zastojów, ale raczej w kontekście, że, owszem, czasem mogą się zdarzyć, ale wystarczy trochę pomasować, obłożyć kapustą i problem z głowy. G... prawda. Trzeba się namordować. Siebie i cycki.

Biorąc pod uwagę fakt, że - tak jak napisałam - zastoje mam od momentu, gdy w piersiach pojawiło się mleko, mogę się już trochę powymądrzać. Z myślą o tych z Was, które też się z nimi męczą.

Generalnie zasada postępowania jest dość prosta: ogrzać, wymasować, odciągnąć, schłodzić. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Są dwie szkoły masowania. Jedni twierdzą, że można jedynie głaskać. Inni, że trzeba masować, ile sił w rękach, nawet tak, aż zobaczy się gwiazdy. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że pierwsze podejście sprawdza się wyłącznie w celach profilaktycznych bądź w przypadku mikrozastojów. Jeśli jednak zrobi się taki pieron jak mi ostatnio, czyli obejmujący 1/3 piersi, twardy jak kamień, z towarzyszącą gorączką powyżej 39 stopni i dreszczami, to nie wystarczy takie pieszczotliwe podejście. Trzeba masować mocno, bardzo mocno. Boli. Nie da się ukryć. Ale nie ma innego sposobu na rozbicie zastoju. A rozbić go trzeba i uwolnić nagromadzony pokarm, żeby nie wejść na kolejny poziom zaawansowania, czyli zapalenie piersi. U mnie tą niewdzięczną rolę przejęła mama. Ja zagryzałam zęby, ona masowała. Swoją drogą, ona miała dokładnie takie same problemy z karmieniem. Może to geny?

Druga sprawa: odciąganie. Do uczucia ulgi czy do ostatniej kropli? Jeśli już zastoje się zrobią, koniecznie do ostatniej kropli. Jeśli mleko będzie zalegać, problem się nasili. Odciągać nie rzadziej niż co 2 godziny. Oczywiście, można przystawiać dziecko. Ale jeśli nie wypije wszystkiego, ściągnąć resztę. Jeśli zastojów nie ma, nie trzeba ściągać wszystkiego, wystarczy do uczucia miękkości.

Przed masowaniem i odciąganiem dobrze jest piersi lekko ogrzać. Można wejść na pięć "Zdrowasiek" pod ciepły prysznic lub do wanny bądź obłożyć piersi namoczonymi pieluszkami. Natomiast na koniec trzeba je schłodzić. Ja w tym celu obkładam się rozbitymi tłuczkiem liśćmi kapusty, schłodzonej w lodówce. Czasem dodatkowo nakładam jeszcze na to żelowy okład. Planuję zakup specjalnie wyprofilowanych okładów na piersi (jeśli któraś z Was testowała taki wynalazek, chętnie poznam opinię).

Jeśli pojawiła się gorączka, kurację koniecznie trzeba wspomagać zażywaniem paracetamolu/ibuprofenu. W przypadku, gdyby nie spadała, a wręcz zaczynała rosnąć, trzeba jechać do szpitala (do zakończenia połogu nie na zwykłą, lecz na położniczą izbę przyjęć).

Gdzie szukać pomocy telefonicznie? Kiedy temperatura przekroczyła u mnie 39 stopni i mimo upału trzęsłam się z zimna pod kołdrą i kocem, przestraszyłam się nie na żarty. Obdzwoniłam położną, konsultantkę laktacyjną, lekarza dyżurnego na szpitalnym oddziale położniczym i znajomą internistkę. Warto mieć takie kontakty wpisane w telefonie, na wszelki wypadek. Wszyscy mówili to samo, czyli to, co napisałam powyżej.

Życzę Wam, żeby moje rady Wam się nie przydały. Ale w razie czego: jak zawsze możecie pisać do mnie na matkaporazpierwszy@gmail.com.

A żeby nie było tak smutno i straszno, to dodaję zdjęcia Lenki.



G.


18 komentarze:

Znowu to samo

11:31 Gosia Komentarzy: 8

Ciężka noc za mną.

Zastoje w obu piersiach. Ból. Gorączka. Dreszcze. Wiadro wylanych łez.

Mam dość.

G.

8 komentarze:

Uczulenie na słońce?

15:05 Gosia Komentarzy: 13

No i masz babo placek. Zbliża się lato, a Lenka ponoć nabawiła się uczulenia na słońce. Wszystko zasługa matki, mnie znaczy się. Bo Lenka odziedziczyła po mnie to, co najlepsze: blond włoski, jasną, delikatną skórę i wysoki stopień popieprzenia, czyli skłonność do znamion.

Od kilku dni po każdym wyjściu do ogrodu na jej krągłych pucusiach, szyi i dekolcie pojawia się intensywne zaczerwienienie i duuużo krostek. Początkowo myślałam, że to zwykłe potówki, ale akurat podczas dzisiejszego ogrodowania odwiedziła nas położna. Stwierdziła, że to albo właśnie alergia na słońce, albo na laktozę. Odstawiłam więc ostatnie źródło krowiego białka w mojej diecie, a więc biały ser. A co ze słońcem? Niestety, nie wystarczy cień, który dają liście drzewa. Mamy pozwolenie na wychodzenie późnym popołudniem i przesiadywanie w głębokim cieniu, plus smarowanie kremem z filtrem. I obserwować.

Uwaga położnej odnośnie USG bioderek: jak najbardziej można iść już w pierwszym miesiącu życia. Dlaczego? W badaniu chodzi o zaobserwowanie, czy występuje dysplazja stawów biodrowych, która jest wrodzona, a więc już właśnie w pierwszych tygodniach życia byłaby widoczna. Co do twierdzenia ortopedy, że za wcześnie, bo nie ma jeszcze "jąder kostnienia": oczywiście, że nie ma, bo bioderka, jak i kręgosłup, kostnieją dopiero po kilku miesiącach.



G.

13 komentarze:

Słońce po burzy + USG bioderek

11:38 Gosia Komentarzy: 11

Mam się lepiej. O wiele lepiej niż wczoraj. Kryzys chwilowo pokonany.

Ogólnie wczorajszy dzień do udanych nie należał. Lenka przechodzi skok rozwojowy, więc marudzi przeokrutnie. Wczoraj to marudzenie osiągnęło apogeum: grymasiła calutki dzień, mając w pupie to, że niemowlęta czasem powinny spać. Dodatkowo frustrowało mnie to, że czeka nas popołudniowa wizyta na USG stawów biodrowych. Już więc widziałam oczami wyobraźni, jak wpadam tam z wyjącym dzieckiem na rękach. Sama sobie powyłam trochę tuż przed wyjściem. Na dokładkę, na 10 minut przed wyjściem, Lenka przypomniała sobie, że fajnie byłoby possać cyca.


Z obłędem w oczach pojechałam więc na wizytę. Mimo że wizyta prywatna, to i tak musiałyśmy czekać 30 minut. Co więcej, okazało się, że na dokładnie tą samą godzinę umówiony jest też ktoś inny. Na szczęście pan był na tyle miły, żeby nas przepuścić (może przestraszył go ten obłęd w matczynym spojrzeniu?).

Weszłyśmy do gabinetu. Przyjął nas wyjątkowo zblazowany, "wczorajszy" lekarz. Lenka chyba też go nie polubiła, bo demonstracyjnie wysikała się na leżankę. Podczas badania oczywiście ryku było co niemiara. A na końcu i tak się okazało, że wszystko na nic, bo podobno przyszłyśmy za wcześnie... Na wypisie ze szpitala jak byk napisane jest "USG stawów biodrowych w 4-6 tygodniu życia", a tu lekarz mówi, że teraz i tak wszystkie struktury nie są jeszcze rozwinięte, więc musimy przyjść za kolejne 4-6 tygodni. O chęć dorobienia sobie go nie posądzam, bo mimo że badanie było prywatnie, to w ramach mężowego ubezpieczenia pracowniczego, więc darmocha. Zalecił też profilaktycznie szerokie pieluchowanie. W internecie znowu czytam, że należy go unikać, bo właśnie zaburza rozwój stawów... I bądź tu matko mądra.

Umęczone wróciłyśmy do domu. Kąpiel i do wyra. Na koniec dnia Lenka ponownie się do mnie odśmiechnęła, jakby chcąc mi powiedzieć: "ej, matka, nie martw się, dzisiaj sobie pośpisz, a jutro będzie lepiej". I pospałam sobie. Lenka budziła się na karmienie co 4 godziny, a poranna pobudka nastąpiła dopiero o 8. Podczas karmienia chętnie chwyciła obie piersi (przez nakładki of kors, ale to i tak sukces). Teraz nagrzewamy się w ogrodzie, a ja piszę do Was spod rozłożystej jabłoni, popijając kawę zbożową.

Dziękuję Wam wszystkim za słowa otuchy. Pewnie jeszcze nieraz będę ich potrzebować, ale dzisiaj jest już lepiej. Chciałabym też zachęcić wszystkie mamy, które wpadają w tego typu doły, żeby nie wstydziły się o nich mówić/pisać. Macierzyństwo to nie tylko uśmiechy i zabawy, ale też kupy, łzy i nieprzespane noce.

G.

11 komentarze:

Dół

13:10 Gosia Komentarzy: 28

Wpadłam w dół. Głęboki.

Głównym powodem jest notoryczne niewyspanie. Funkcjonowanie przez całą dobę w systemie 2 godziny snu - 1 godzina karmienia doprowadza mnie do szaleństwa. Nie mam na nic siły. Co wpędza mnie w jeszcze większy dół, bo mam poczucie winy, że mogłabym zajmować się Lenką lepiej, niż się zajmuję. Jak tylko myślę o kolejnej porze karmienia, robi mi się niedobrze.

Jak tak dalej pójdzie, to stanę w przedsionku depresji poporodowej.

Potrzebuję pocieszenia, że będzie lepiej.

G.

28 komentarze:

Lenka: 5. tydzień

15:14 Gosia Komentarzy: 11

Piąty tydzień upływa nam pod znakiem skoku rozwojowego. Lenka wyraźnie zaczyna interesować się tym, co dzieje się wokół niej. Wodzi wzrokiem za przedmiotami i twarzami, wpatruje się głęboko w oczy, marudzi trochę więcej niż zwykle, śpi bardzo długo (czyli 4-5 godzin) lub nie śpi w ogóle, tylko domaga się rozrywek. Dzisiaj też po raz pierwszy Lenka się... odśmiechnęła! Tak, tak, zareagowała na mój uśmiech cudownym szczerzeniem bezzębnych dziąsełek, doprowadzając tym matkę do zawilgocenia oczu. Rośnie mi dziewuszka. Ani się obejrzę, a będzie na randki chodzić (o ile zazdrosny ojciec nie pogoni wszystkich adoratorów).


G.

11 komentarze:

Kim będziesz, jak dorośniesz?

14:32 Gosia Komentarzy: 8

Spoglądam na Lenkę i zaczynam się zastanawiać, kim zostanie, jak dorośnie. Po głowie zaczyna mi krążyć myśl, że może pianistką? Albo skrzypaczką? Skąd ten wniosek? Wczoraj, przy kolejnym ataku marudzenia, wyszukałam w internecie Mozarta dla niemowląt i puściłam na cały regulator (laptopowy regulator, więc trochę marny). Lenka uciszyła się, szeroko otworzyła oczęta i słuchała dłuższą chwilę, rozglądając się na boki (czyli ekhm jakieś 5 minut). Wyglądało to tak:


Ja oczywiście dopowiedziałam sobie dalszą część historii. Skoro Lenka tak uwielbia klasykę, a do tego paluszki ma wyjątkowo długie, to zapewne będzie kiedyś grać na fortepianie lub skrzypcach, jak jej babcia. Imię też ma niczego sobie. Takie lekkie, zwiewne, eleganckie. "Oto przed państwem Lena N., która wykona 5 Symfonię Beethovena, proszę o oklaski". Ach, rozmarzyłam się...

A wasze dziecko kim zostanie?

G.

8 komentarze:

Lenka: 1. miesiąc

16:13 Gosia Komentarzy: 16


No i proszę, ani się obejrzałam, a już mam w domu nie noworodka, a niemowlaka. Miesiąc zleciał mi błyskawicznie, ale może to i dobrze, bo lekko nie było. Najgorzej wspominam dwa pierwsze tygodnie. Trudności z karmieniem, hormonalna huśtawka, totalne zmęczenie. Początki macierzyństwa to nie bajka. A jeśli już, to połączenie "Teletubisiów" z "Czerwonym kapturkiem", czyli miks całkowitego ogłupienia i wilka z wielkimi oczami, czyli psychicznego doła, czającego się na każdym rogu.

Teraz jest lepiej. I inaczej, przede wszystkim. Lenka zmieniła się całkowicie. Patrzy się głęboko w oczy, śledzi wzrokiem twarze i obiekty, odwraca głowę w kierunku grzechotki, coraz częściej przechodzi w tryb czuwania. Nie wiem, czy tak mają wszystkie niemowlęta, czy tylko mój egzemplarz ma taki zwyczaj, ale gdy zasypia po karmieniu, zawsze uśmiecha się od ucha do ucha, zawsze. Co najważniejsze, zaprzyjaźniła się z piersią. Prawą. Chwyta od razu. Na lewą jest jeszcze obrażona, ale to podejrzewam wina piersi, nie Lenki, bo cyc jakiś taki inny. Brodawka pół płaska-pół wklęsła, a do tego mimo wysiłków Lenki pokarm wypływa z opóźnieniem. Nic dziwnego, że strzela focha i domaga się przystawienia do prawego cyca.

Jeśli się nie naje, dostaje butelkę (Dr Brown's sprawdza się doskonale). I tu powracam do kwestii bekania i puszczania bąków. Nigdy bym nie przypuszczała, że tyle radości będzie sprawiać człowiekowi powietrze uchodzące z pociechy dołem i górą. A uchodzi coraz łatwiej. Kilka dni temu zaliczyliśmy epizod 3-godzinnego płaczu, matka więc wpadła w panikę, że oto zaczyna się przygoda z kolkami, ale na szczęście, póki co, cisza. Przyczyn owego ataku wzdęć dopatruję się w probiotyku BioGaia, więc radzę podchodzić do niego z dystansem (o czym będzie w osobnym poście).

Lenka rośnie jak na drożdżach. Właśnie dzisiaj przekroczyła próg 4 kg. Przyrost wagowy najlepiej widać na ciuszkach, które w zastraszającym tempie stają się przyciasne. Mamy za sobą kilka wizyt położnej i odwiedziny pediatry. Wszystko dobrze. Za dwa tygodnie planujemy szczepienie: 6w1 i pewnie rotawirusy.

A co u mnie?

Trzymam się nieźle, choć kryzysy się zdarzają, spowodowane głównie niezaspokojeniem podstawowej ludzkiej potrzeby, czyli snu. Nastroju nie poprawia też codzienna monotonia, ale staram się z nią walczyć dobrze znanymi sposobami, czyli przegląd prasy, książka, internet (kocham internet miłością dozgonną!), sprzątanie (tak, tak, nic mnie tak nie odpręża jak porządne odkurzanie). Poza tym coraz większe odrosty przypominają mi o niespełnionym jeszcze marzeniu, czyli o wizycie u fryzjera. Do wagi sprzed ciąży zostały mi już tylko 2 kg, lecz podejrzewam, że ukrywają się one nie na brzuchu i okolicach, a w piersiach, które przybrały imponujące rozmiary.

G.


16 komentarze:

A dziecko usypiam tak

10:11 Gosia Komentarzy: 30

W oprogramowaniu Lenki uwzględniono tylko trzy tryby: sen, karmienie i grymaszenie (przed karmieniem, w trakcie, po, czasem też podczas snu). Powoli zaczyna się uaktywniać też tryb czwarty: spokojnego czuwania, połączonego z bacznym przyglądaniem się otoczeniu.

Z uwagi na fakt, że matka, czyli ja, jest notorycznie niewyspana, na chwilę obecną najbardziej pożądany jest tryb pierwszy: sen. Jak na złość, usypianie Lenki to ciężki kawałek chleba. Najchętniej zasypia na ramieniu, moim oczywiście. Kiedy jednak i jedno, i drugie ramię już zdrętwiałe od noszenia pociechy, matka zaczyna przeszukiwać obolały mózg z nadzieją na to, że ujawni się jakiś pomysł na ukołysanie córy.

Pewnie większość z was słyszała o metodzie dra Karpa. Od wczoraj staram się ją praktykować. Nie działa zawsze, ale działa wystarczająco często, żeby się jej trzymać.

A robię to tak:
1. Owijam Lenkę rożkiem, dość ciasno.
2. Ja siedzę na brzegu łóżka ze złączonymi nogami. Kładę Lenkę na kolanach, rożek trzymam od spodu obiema rękami.
3. Kołyszę Lenkę na boki. Nie jest to jednak powolne kołysanie, ale raczej takie hmm o wysokiej częstotliwości. Czyli nie: leeewoooo-prawoooo-leeewooo, ale lewo-prawo-lewo-prawo.
4. Równocześnie głośno (zaznaczam: głośno!) szumię do ucha, wydając z siebie nie "Ciiii", tylko "Szszszszszsz".
5. Kiedy łapię zadyszkę, sięgam po suszarkę (działa!).


G.

30 komentarze:

Sztuka bekania

11:44 Gosia Komentarzy: 11

Mamy problem. A dokładniej to Lenka ma. Z bekaniem.

Zawsze pamiętamy, żeby odbić ją po jedzeniu. Czasem beknie się jej porządnie, jak chłopu na miedzy. Czasem coś tam stęknie pod nosem i mimo naszych usilnych prób - na tym się kończy. Kładziemy więc ją do snu. Ale w śnie przeszkadza nagromadzone w brzuszku powietrze. Pręży się więc i czerwieni, dopóki złośliwe bąbelki nie ulotnią się jedną lub drugą stroną. Kłopot w tym, że tak prężyć się może nawet kilkakrotnie w ciągu 2-3 godzin. Jakby bąbelki uparły się i nie chciały wyjść. Nie jest to groźne, ale uciążliwe. Skutecznie przeszkadza jej w zapadnięciu w głęboki sen.

Źródła napowietrzania są dwa. Bo winna jest nie tylko butelka, ale i nakładki. Problemu pewnie by nie było, gdyby chwytała "gołą" pierś. Ale niestety dla Lenki pierś bez kapturka nie istnieje.

I co tu zrobić? Żal mi patrzeć, jak tak męczy się z tym odbekiwaniem. Zamówiłam rozchwytywaną butelkę Dr Brown's z superwypasionym systemem odpowietrzania i powiem szczerze, że liczę na cud.

Jeśli znacie jakąś magiczną metodę, która pomaga dziecku w odbijaniu, to chętnie skorzystam.

A tak z innej beczki: nasz mały pączuś waży już 3840 g.



G.

11 komentarze:

Buble od Lovi: zawieszka do smoczka i smoczek 0+ do butelki Medical+

12:16 Gosia Komentarzy: 6

Nie mogę wyjść z zachwytu nad laktatorem Lovi Prolactis. Z góry założyłam więc, że firma solidna i wszystkie oferowane przez nią gadżety sprawdzą się w 100 proc. A jednak, myliłam się. Rozczarowały mnie dwa produkty: zawieszka do smoczka oraz smoczek 0+ do butelki Medical+. W czym rzecz?

Zawieszka nie nadaje się do niczego. Uchwycenie "klamrą" czegokolwiek graniczy z cudem, a jak już się chwyci, to i tak zaraz spada. Mechanizm dziwny i przede wszystkim - nie działa. Zawieszka zalega więc na półce i prawdopodobnie skończy w koszu.


Zawiodłam się również na butelce, a właściwie na smoczku 0+ do butelki Medical+. Uległam reklamie, muszę wyznać. Smoczek niby superwypasiony: nie zaburza odruchu ssania, zapobiega kolkom itp. itd. Cuda-niewidy. Producent zapomniał jednak dopracować takiego "drobiazgu" jak otwór, z którego wypływa mleko, a już na pierwszy rzut oka widać, że jest on zdecydowanie za duży. Robiłyśmy dwa podejścia. Mleko wypływa (a właściwie, wylewa się) zdecydowanie za szybko i Lenka co chwilę się krztusi. Póki co butelkę wykorzystuję do laktatora, a smoczek będzie musiał poczekać na lepsze czasy, pewnie za 2-3 miesiące.

G.

6 komentarze:

Dzień cudów

19:57 Gosia Komentarzy: 6

Nie poznaję własnej córki.

Po raz pierwszy chwyciła lewą pierś i possała aż 5 minut. Bez próśb, błagań, odprawiania modłów. Wprawdzie z nakładką, ale to i tak ogromny sukces.

Prawą pierś (tą lepszą) chwyta od razu. Bez 30 minut wybudzania i płaczu. Przystawienie-chwyt.

Co więcej: pierś zaczęła traktować jako uspokajacz. Jest smutno - to do cyca. Sama się o niego upomina.

Podczas kąpieli obyło się bez płaczu, a wręcz odniosłam wrażenie, że pluskanie w wodzie zaczęło się jej podobać. Szeroko otwiera swoje piękne oczęta i w milczeniu kontempluje cały proces.

Dotychczas było jej obojętne, kto ją buja, żeby tylko ktoś bujał. Dzisiaj ewidentnie muszę to być JA, bo inaczej ryk. Gdy tylko biorę ją na ręce, momentalnie się uspokaja.

Płaczem kończyły się też wcześniejsze próby kangurowania. Wydawało mi się, że każdy noworodek to lubi, a jednak - ona okazywała wyraźne niezadowolenie. Dzisiaj przespała tak u mnie dwie godziny.

Nie wiem, czy mi ktoś dziecko podmienił, czy niemowlęta tak po prostu mają, że robią rodziców w balona i z dnia na dzień zmieniają się nie do poznania. Aż jestem ciekawa, co będzie jutro.

G. 

6 komentarze:

Co zmienia macierzyństwo?

12:52 Gosia Komentarzy: 28

Wszystko. Wiadomo.

Chciałam jednak napisać o tych codziennych drobnostkach, na które kiedyś nie zwracałam uwagi, a które teraz dopiero zaczęłam doceniać. Bądź przeciwnie - bez których w ciąży nie wyobrażałam sobie życia, a w tym momencie nie mają żadnego znaczenia.

1. Gorący prysznic. Nie żebym wcześniej go unikała, ale po porodzie stał się on ogromnym luksusem i przyjemnością. Poranny i wieczorny prysznic jest dla mnie niczym seans w spa. Odpręża, odświeża, dodaje sił. Kilka chwil sam na sam.

2. Wolne myśli. Trochę mi tego brakuje. Rytm dnia i nocy wyznaczają karmienia. A kiedy nie karmię, to nieustannie o tym myślę: kiedy kolejne, ile zjadła, czy wystarczająco, ile odciągnęłam itp. itd. Parę nocy temu zdarzyło mi się nawet odciągać pokarm... lunatykując. Dopiero po kilku ładnych minutach ocknęłam się, pomyślałam "%&%$# co ja robię?" i poszłam spać.

3. TV. Od prawie 3 tygodni nie zasiadałam przed TV. Nie wiem, co się dzieje na świecie. Kompletnie. Podobno Ukraina zajmowana. Ale powiem szczerze (uwaga, będę niepoprawna politycznie) mam to gdzieś.

4. Kawa zbożowa. Przed porodem nie piłam w ogóle, teraz połykam 2-3 kubki dziennie. Wprawdzie ze zwykłą kawą ma niewiele wspólnego, ale widocznie moja podświadomość dała się zrobić w konia.

5. Drzemka. Nigdy nie przepadałam za drzemkami. Jeśli już zalegałam na łóżku w ciągu dnia, to był sygnał, że jestem naprawdę chora. Jak dla mnie to była całkowita strata czasu. Nawet w ciąży, gdy już naprawdę sił brakowało i musiałam się położyć, to rzadko kiedy usypiałam. Wolałam snuć plany, co będę robić, gdy już skończę to nudne wylegiwanie się. Teraz wyleguję się o wiele chętniej, szczególnie popołudniami.

6. Fryzjer. Zostawiam w domu Pe z Lenką i butlą odciągniętego mleka. Idę do ulubionego salonu, do pani Agaty. Siadam na fotelu i oddaję się w jej ręce na dwie godziny. Wychodzę odnowiona na głowie i w duszy. Taką mam teraz fantazję. Mam nadzieję, że niedługo się spełni.


G.

28 komentarze: