Lenka: 5,5 miesiąca

15:32 Gosia Komentarzy: 14

Krzyki i piski. Tak ostatnio Lenka najchętniej okazuje swoje emocje. Problem w tym, że dotyczy to zarówno złości, jak i radości. Krzyczy więc nieustannie. A kiedy mi tak zapiszczy do ucha, mam wrażenie, że mój mózg ma ochotę powiedzieć "pieprzyć to" i pójść na urlop. Dzielnie jednak znosi ten trud, a ja przechodzę przyspieszony kurs medytacji czy raczej przełączania się w tryb off line. Wygląda to tak, że Lenka się drze, a ja się rozluźniam, obojętnieję i patrzę w dal. Może wchodzę w jakiś stan hipnozy czy coś, nie wiem. W każdym razie skutecznie pomaga mi to nie zwariować.

Piszczeć już teraz czy poczekać, aż mama pomyśli, że ma chwilę spokoju i zaatakować znienacka?
Dieta. Rozszerzamy dalej. Wszystko idzie pomyślnie. Lenka sama otwiera buzię, gdy widzi zbliżającą się łyżeczkę, a kiedy trzymam ją na rękach i jem jabłko albo banana, okazuje zainteresowanie i próbuje chwytać owoc łapkami. Pozwalam jej polizać i chwilę "pogryźć" dziąsłami. Wczoraj po raz pierwszy spróbowała mięska. Na pierwszy ogień poszło puree warzywne z indykiem, jednak nie spotkało się z entuzjazmem. Dzisiaj natomiast chętnie spałaszowała cielęcinkę z warzywami. W kilka minut poszedł cały słoiczek. W menu na kolejne dni znajduje się również królik i jagnięcinka. Kiedy już uda się wprowadzenie mięsa, spróbujemy kaszek z glutenem. A potem przyjdzie pora na żółtko.

Cielęcinka? Lubię to!
Pisałam już o powrocie Lenki do mojego łóżka. Jak się okazało, wszystkiemu najpewniej winien skok rozwojowy. "Przełom piątego i szóstego miesiąca to okres, gdy dziecko zaczyna dostrzegać związki między ludźmi. Przestaje uśmiechać się do każdego napotkanego człowieka i dostrzega, że ludzie dzielą się na bliskich i obcych - stąd nieśmiałość i lękliwość w stosunku do tych drugich. Towarzyszy temu tzw. lęk separacyjny, czyli obawa przed rozstaniem z rodzicami (zwłaszcza z mamą). Ich zniknięcie, choćby tylko na chwilę, z oczu dziecka, wywołuje płacz, może też być przyczyną kłopotów z zasypianiem i częstego przebudzania się w nocy" (źródło: babyboom.pl). Wszystko się zgadza. Pozostaje więc przeczekać kryzys.

Lenka zdecydowanie nie lubi leżenia na plecach. Gondola służy już tylko do drzemania w ciągu dnia. Na spacery jeździmy z fotelikiem wpiętym w stelaż. Wkrótce pewnie na stałe przesiądziemy się do spacerówki. Nie przepada też za bawieniem się w tej pozycji. Preferuje brzuszek, z którego już kilka razy udało jej się przewrócić na plecki. Uwielbia siedzieć w bujaczku. Co cieszy mnie niezmiernie, bo bardzo ułatwia mi to życie. Mata póki co spadła na drugie miejsce.

To ja sobie mamo tu posiedzę, a ty ugotuj tatusiowi obiad
A co u mnie? Przestałam odciągać pokarm. Laktator spoczął w szafie, a ja staram się zapomnieć o tym, co musiały przejść moje piersi. Jednak odkąd zakończyłam karmienie, zauważam niepokojący wzrost wagi, przy równoczesnym kurczeniu się okolic piersiowych. Czyli jak zwykle idzie nie tam, gdzie powinno.

14 komentarze:

Porażka, całkowita porażka

21:07 Gosia Komentarzy: 23

Już było tak dobrze. Lenka w swoim łóżeczku spała jak aniołek.

Do czasu.

Kilka dni temu nastąpił triumfalny powrót na moje posłanie. Czemu?

Ano temu, że Lenka zaczęła się w nocy niemiłosiernie wiercić. Zylion razy przewraca się na brzuch, układa w poprzek, obija o szczebelki i jęczy. Bez mojej interwencji nie zaśnie ponownie. Więc ja ten zylion razy muszę wstawać i głaskać/chwytać za rączkę/wkładać smoczek. Wykończyć się można.

Lenka więc wróciła do mojego łóżka z tarczą, a ja na tej tarczy niewyspana i pokonana. 

I co tu począć? Snujemy z Pe plany małego przemeblowania mieszkania. Tak, żeby ustawić łóżeczko obok naszego łóżka, dając mi w ten sposób dostęp do Lenki, bez konieczności brania jej do siebie. Czasu na przemeblowanie jednak wciąż brak, więc koniec końców śpimy razem. Tzn. ja i Lenka. Mąż nadal na zesłaniu.

Jak żyć?

Że niby mam wracać do siebie? Hahaha! Dobre sobie.

23 komentarze:

Facet przy porodzie: najprawdziwsza prawda

20:59 Gosia Komentarzy: 20


Miało go nie być. Bo to nie jest miejsce dla faceta. Bo po co ma to oglądać. Żeby się zniechęcił? Żeby mu się koszmary śniły ze mną w roli głównej? Żebym została tylko matką i żoną, a przestała być kochanką?

"Pe będzie przy porodzie?", pytali. "Nie!", odpowiadałam. I mówiłam to z pełnym przekonaniem. Całą ciążę wiedziałam, że nie chcę go na sali porodowej. Przedporodowej - ok. Prysznic, masaż, piłka. Wszelka pomoc mile widziana. Ale jego stopa miała nie przestąpić progu pomieszczenia, w którym miałam leżeć ja i rodzić nasze wspólne dziecko. To przeświadczenie towarzyszyło mi do ostatniej chwili. Nawet gdy skurcze parte zginały mnie w pół. Ba, nawet gdy już leżałam na fotelu. Decyzję podjęła za mnie położna, która po prostu mego męża zawołała, żeby pełnił rolę podawacza wody i maski tlenowej.

I jestem jej za to wdzięczna.

Miało go nie być. Więc nie ustaliliśmy planu działania. Gdzie ma stać. Co robić. Jak się zachowywać. Stanął więc tak, że widział wszystko. Ja nie wiedziałam, że widzi wszystko. Choć, szczerze mówiąc, w tamtym momencie miałam to całkowicie gdzieś. Robił to, co miał robić: gdy skurcz ustępował, podawał wodę i nakładał mi maskę. Nie odzywał się. Dzięki Bogu! Gdyby zaczął rzucać hasłami "dasz sobie radę!", "świetnie ci idzie!", "jeszcze tylko trochę!", to podniosłabym się z tego fotela i mu przywaliła. Stał więc, kontemplował. To wystarczyło. Samą swoją obecnością dodawał mi sił.

Jest Lenka. Nie pamiętam jego reakcji ani wyrazu twarzy. Byłam tak oszołomiona, że cały wszechświat skurczył się do przestrzeni wokół mnie i córeczki. Wiem tylko, że przeciął pępowinę. I że zrobił zdjęcie, jak trzymam Lenkę. Zdjęcie, które oglądam z namaszczeniem niemal codziennie.

Miało go nie być. Trochę się więc bałam, co z tego wyniknie. Z pewną taką nieśmiałością starałam się wyciągnąć od niego, jakie ma poporodowe wrażenia.

Jest dla mnie pełen podziwu. Kocha mnie jeszcze bardziej. Jego słowa.

A kochanką być nie przestałam.

I kocham go jeszcze bardziej.

20 komentarze:

Lenka: 5. miesiąc

20:44 Gosia Komentarzy: 21

Wczoraj stała się rzecz niesłychana.
.
.
.
.
.
.
.
.

Lenka przewróciła się na brzuszek i zamiast zacząć krzyczeć po minucie, wyciągnęła rączki przed siebie, żeby chwycić zabawkę. A po uchwyceniu tejże zabawki, na kilkanaście minut skupiła na niej całą uwagę. Tak jej się spodobało, że odwraca się non stop i rozgląda się, czy w zasięgu jej łapek znajduje się coś, co można by pomiętosić albo pociamkać. Jeśli jest, bierze zachwycona i bawi się. Szok! A kiedy tak skupia się na zabawce, zaczynam się zastanawiać, co tam tli się w tej małej, okrągłej łepetynce. Gdyby jeszcze tylko przypomniała sobie, jak przewracać się z powrotem na plecy, to byłabym w siódmym, co ja gadam, w ósmym niebie.


Ukończenie piątego miesiąca Lenka uczciła zaprezentowaniem matce kolejnej nowej umiejętności, bo oto właśnie dzisiaj po raz pierwszy przytrzymała w swoich pulchniutkich rączkach butelkę.


Wspominałam już chyba, że jest przeurocza, kochana, cudna i wiecznie uśmiechnięta? Pewnie tak. 

Jak się karmimy? Lenka poznała już smak dyni, ziemniaków, marchewki, jabłuszka, gruszki, śliwki. Najbardziej lubi połączenie dynia plus ziemniaki i marchewka plus ziemniaki, a z deserków zdecydowanie śliwki. Za jabłuszkiem nie przepada, ostentacyjnie wykrzywiając się i plując podczas prób przekonania jej do skosztowania. Nasz harmonogram karmienia wygląda mniej więcej tak:

ok. 5.00-6.00 Bebilon
ok. 10.00 Bebilon
ok. 12.00 słoiczek obiadku
ok. 14.00 Bebilon
ok. 16.00 pół słoiczka deserku
ok. 18.00-19.00 Bebilon
nocne karmienie zwykle ok. 3.00 - moje mleko

Na jedną porcję wypija ok. 100 ml Bebilonu. Wydaje mi się, że trochę mało, bo powinna już chyba ok. 150 ml. Ale Lenka ma to do siebie, że jak nie chce pić, to za diabła nie da jej się do tego namówić. Dlatego na niczym spełzły próby podawania jej wody, co zalecał pediatra. Nie chce i basta. Sama sobie pij. 

Dieta oparta na Bebilonie i warzywach skutkuje tym, że proces wydalania resztek (że tak to elegancko ujmę) stał się dość uciążliwy. Przez kilka, kilkanaście minut Lenka gniecie, ile sił w mięśniach brzuszka, czerwieni się, prostuje nóżki. I niestety czasem płacze. Kupka nie wydaje się być jakaś hipertwarda, więc nie wiem, czemu aż tak na nią reaguje. Dlatego na deserek często daję jej śliwkę, żeby nieco ułatwić proces.

Statystyki:
Waga: 7000 g
Wzrost: nie wiem dokładnie, ale ok. 67-68 cm
Rozmiar ubranek: 68
Zębów brak

21 komentarze:

Ekologiczne pieluszki Beaming Baby

17:39 Gosia Komentarzy: 9

Chcesz zadbać o pupę swojego dziecka, a niepokoją cię doniesienia o tym, że zwykłe jednorazówki nie są obojętne dla delikatnej skóry? Zastanawiasz się nad wielorazowymi pieluszkami, ale nie jesteś przekonana, czy to jest rozwiązanie akurat dla ciebie? Mam dobrą wiadomość. Istnieje jeszcze trzecia opcja: ekologiczne pieluszki jednorazowe.

Za sprawą Naturepolis.pl w moje ręce trafiły właśnie takie cuda: ekologiczne pieluszki marki Beaming Baby. Informacje, jakie można przeczytać na ich temat, rzeczywiście zachęcają do testów. Między innymi:
- wykonane są z bawełny i skrobi kukurydzianej
- biodegradowalne (rozkładają się po 4 latach; dla porównania - pampersom zajmuje to ponoć kilkaset lat!)
- zawierają naturalne olejki: rumiankowy i ylang ylang, które dodatkowo nadają pieluszkom właściwości przeciwbakteryjne
- w zapięciu klej zastąpiony został rzepami
- bez ftalanów, chloru, formaldehydu i innych nieprzyjemnych rzeczy


Na pierwszy rzut oka: pieluszki jak pieluszki. Moją uwagę zwróciło jednak nietypowe zapięcie. Zamiast kleju są rzepy, ale nie takie "grube", szorstkie, które mogłyby uszkodzić skórę dziecka. Rzepy mają drobną strukturę, bardzo drobną wręcz. Na tyle drobną, że rzepów nie przypominają i początkowo zastanawiałam się, czy nie będą się odpinać. Okazało się jednak, że trzymają całkiem porządnie. 

Notowania pieluszek poleciały ostro w górę, gdy do testów zaangażowałam nos. Tym, co szczególnie przeszkadza mi w Pampersach, jest ich nieprzyjemny chemiczny zapach. Tutaj go nie ma. Ba, pieluszki wręcz z przyjemnością się wącha! Pachną wspomnianymi wyżej olejkami roślinnymi. Co ciekawe, miły zapach utrzymuje się, nawet gdy pieluszki są zmoczone (wiadomo, w przypadku innej zawartości żadne olejki cudów nie zdziałają). Pampersy po zmoczeniu wydzielają bardzo niemiły "gryzący" zapach. 

W kwestii oddziaływania na skórę pupy ciężko mi się wypowiadać, bo u Lenki nigdy nie było z nią problemów (tfu, tfu). W każdym razie pieluszki Beaming Baby takich problemów nie wywołują. 

Bardzo ciekawa alternatywa dla tradycyjnych jednorazówek i pieluszek wielorazowych. Jak to jednak zwykle bywa, ekologiczne zakupy mocno uderzają po kieszeni rodziców. Paczka, zawierająca 40 sztuk, kosztuje ok. 80 zł.

Przypominam, że do końca września na hasło: czytammatkę otrzymacie 10% zniżki w sklepie Naturepolis.pl


9 komentarze:

Tęsknię za ciążą i porodem

09:08 Gosia Komentarzy: 39


Nie minęło jeszcze nawet pół roku, a mnie ogarnia coraz większa tęsknota. Nie za życiem sprzed ery macierzyństwa. Nie za swobodą, odpowiedzialnością tylko za siebie.

Za ciążą i porodem.

16 sierpnia. Wróciliśmy z podróży poślubnej. Pe pognał do apteki po dwa testy ciążowe. Zamknęłam się w łazience. "I co, i co?", słyszałam zza drzwi. Przyglądam się. Jest, jedna kreska. Kiedy już nachylałam się nad koszem, żeby zutylizować rezultat pierwszej niespełnionej próby, nieśmiało zaczęła wyłaniać się druga linia. "Że co?", pomyślałam. Wpatrywaliśmy się z Pe dobrych kilka minut, zastanawiając się, czy ta kreska, to TA kreska, czy jednak jakaś inna. W ruch poszedł drugi test. Tak samo. Pe zapytał wszechwiedzące Google. O matko. Czyli jednak w tym momencie zmienia się całe moje życie? Ale że już? Za pierwszym razem?

Ciąża to najpiękniejszy okres w moim życiu. Być może łatwo mi tak mówić, bo szczęśliwie ominęły mnie jakiekolwiek komplikacje. Bo umówmy się, uporczywe mdłości, ociężałość, zgaga, nocne maratony do łazienki, psychiczne góry i doliny to nie komplikacje, a niedogodności, które niby trochę utrudniają życie, ale jednak sprawiają, że ciąża jest ciążą.

W ciąży kwitłam. Czułam, że dzieje się coś niezwykłego. Jedynego w swoim rodzaju. Cudownego. Z jednej strony oczywiste było to, że rozwija się we mnie nowy człowiek. Ale kiedy naprawdę chwilami docierało do mnie, że ROZWIJA SIĘ WE MNIE NOWY CZŁOWIEK, ogarniało mnie dziwne powątpiewanie. Bo jak to możliwe. Taki całkiem nowy? Z rękami i nogami? Myślący i czujący? Człowiek z krwi i kości? Eeeee, chyba nie...

Podekscytowanie i wyczekiwanie. Ostatnie tygodnie ciąży to kumulacja wszelkich emocji, które na przestrzeni dziewięciu miesięcy gdzieś tam tlą się w umyśle. Pod koniec wybuchają ze dwojoną siłą. Jak sobie dam radę. Czy będzie bolało. Ale po czym poznam, że to już. O Chryste, oczywiście, że będzie bolało. Wszystko spakowałam. Znieczulenie. Bez znieczulenia. Na leżąco. A może na siedząco. Opadł czy nie opadł.

Wody odeszły. Skurcze są. Czyli to już.

Boli. Boli. Boli. Boli. Cholera jasna, jak to bardzo boli!

Ale to nie jest ważne. To naprawdę W OGÓLE nie jest ważne. Dziś już nie pamiętam charakteru tego bólu. Pamiętam tylko, że bolało. Całe wspomnienie fizycznego cierpienia przykrywa to jedno niepowtarzalne doznanie, gdy naga Lenka ląduje na moim brzuchu.

Miękka. Delikatna. Bezbronna. MOJA. Z krwi i kości.

I choć pierwsze miesiące macierzyństwa - w przeciwieństwie do ciąży - były najtrudniejszym czasem w moim życiu, wiem, że chcę to wszystko powtórzyć.

Jeszcze raz. A może jeszcze dwa razy?

39 komentarze:

Przeziębienie w ciąży: kilka sprawdzonych sposobów

14:38 Gosia Komentarzy: 14


Przeziębiona bywam rzadko, co najwyżej dwa razy w roku. W ciąży jednak moja odporność poleciała na łeb, na szyję. Nie było miesiąca, żebym nie złapała jakiegoś mniej lub bardziej upierdliwego paskudztwa. Ból gardła przeżyję, kaszel - jakoś dam radę, ale katar... Zatkany nos doprowadzał mnie do szaleństwa, a tu na wszelkie krople do nosa mogłam sobie tylko tęsknie popatrzeć. Jak sobie radziłam?

1) Katar i zatkany nos

Ginekolog poleciła mi krople Euphorbium. Psikałam, psikałam i ni cholera! Żadnego efektu. Z nadzieją sięgnęłam po wodę morską w aerozolu. A guzik. Woda morska jedynie rozrzedza wydzielinę, ale nie wpływa w żaden sposób na opuchniętą śluzówkę, a to właśnie ta opuchlizna jest przyczyną całkowitego zatrzymania przepływu powietrza.

Tym, co naprawdę mi pomagało, były inhalacje z szałwii, rumianku i Amolu. Inhalacje jak robimy, chyba wiadomo, ale dla pewności napiszę: wrzucamy do gara torebkę szałwii, torebkę rumianku, zalewamy wrzątkiem. Dodajemy kilka kropli Amolu. Nachylamy się nad naczyniem, nakrywamy głowę ręcznikiem, wdychamy opary i cieszymy się coraz bardziej drożnym nosem. Przy okazji możemy trochę pomedytować i odprawić modły o szybkie wyzdrowienie. Inhalacje robiłam zwykle dwa razy dziennie, w tym raz koniecznie przed snem.

2) Ból gardła

W ciąży stosować można Tantum Verde. Jednak jak to z lekami dozwolonymi w ciąży bywa, kompletnie nie działał. Przynajmniej na mnie. Ból gardła musiałam więc po prostu przeczekać. Czasem płukałam wodą z solą.

3) Ogólne wzmocnienie

Z babcinych sposobów polecam herbatę lipową z miodem i cytryną lub z sokiem z malin (owoców, nie liści). Oczywiście pamiętamy, żeby wszelkie dodatki do herbatki aplikować, gdy ta nieco przestygnie. Nie wiem, czy to placebo, czy picie napoju faktycznie przynosiło efekty, ale po 2-3 takich miksturach dziennie czułam się o wiele lepiej. Podobno całkiem niezły jest syrop Prenalen, z malinami i czosnkiem. Mój układ pokarmowy jednak czosnku nie toleruje, więc po pierwszym łyku musiałam sobie odpuścić. Można za to brać Rutinoscorbin (albo lepiej jego tańszy zamiennik, np. Cerutin). 

14 komentarze:

Na zabój

10:49 Gosia Komentarzy: 7


Czy można kochać tak, że siła tej miłości aż przeraża?

Można.

I kiedy już myślisz, że mocniej już się nie da, z każdym kolejnym dniem przekonujesz się, że owszem - da się.


Karmienie. Kąpiel. Układam Lenkę do łóżeczka. Po mniej więcej 15-20 minutach przewracania się z boku na bok opadają jej powieki. Uwielbiam - podobnie jak Pe - podchodzić i patrzeć, jak śpi. Całkowity spokój. Wyraz twarzy tak rozkoszny, że mam ochotę obcałować każdy jej centymetr.

O 5 rano pobudka. Ciemno. Kiedyś najchętniej schowałabym się z powrotem pod kołdrę i spała dalej. Dzisiaj wyskakuję z łóżka z uśmiechem na twarzy, podchodzę do łóżeczka, w którym Lenka zaczyna robić wygibasy, i biorę ją na ręce. Karmienie. Kładę obok siebie. Lenka odwraca się moją stronę. Patrzy. Patrzy. I wybucha śmiechem, który bez słów wyraża całą dziką radość i bezgraniczną miłość kryjącą się w jej małym serduszku. Radość na MÓJ widok. Miłość do MNIE. Uwielbiam ten moment. Chwilę, gdy po nocnym śnie Lenka widzi mnie po raz pierwszy. Każdego dnia ten sam rytuał i każdego dnia cieszy mnie coraz bardziej.

Pisałam kiedyś, że miłość matki do dziecka rodzi się stopniowo. Cegiełka po cegiełce. Tych cegiełek uzbierało się już całkiem sporo. Teraz ciekawi mnie coś innego. Czy to dokładanie kolejnych cegiełek kiedyś się kończy? Bo odnoszę wrażenie, że kocham coraz mocniej. Do szaleństwa.

Muszę przyznać, że kiedyś, gdy słyszałam od innych matek, sama jeszcze matką nie będąc, że miłość do dziecka jest jedyna w swoim rodzaju, najsilniejsza ze wszystkich, nie wierzyłam. Przytakiwałam, ale w głębi duszy byłam przekonana, że przesadzają.

Nie przesadzały.

7 komentarze:

Osłonki na brodawki Medela i Avent

16:44 Gosia Komentarzy: 14

Moja przygoda z karmieniem piersią była dość krótka i bardzo frustrująca. Płaskie (płasko-wklęsłe, mówiąc dokładniej) brodawki Lenkę doprowadzały do szału, a mnie do łez. Nie chciałam się jednak poddawać od razu, więc sięgnęłam po silikonowe nakładki. Avent i Medela: dwie szanujące się firmy, a produkty różniące się między sobą baaardzo.

W szpitalu wpadły mi w ręce nakładki marki Avent. Doświadczenia nie miałam, nie wiedziałam więc, że osłonki czymś się różnią. Wydawało mi się, że jeden pieron. A tu zonk. Nakładki Aventu są przede wszystkim bardzo sztywne i za diabła nie chcą przylegać do skóry. Do czarnej rozpaczy doprowadzały mnie próby przystawiania do piersi, które wyglądały tak: nakładam osłonkę, biorę Lenkę, próbuję manewrować nią tak, żeby chwyciła, zanim chwyciła, nakładka spadła mi milion razy, w tym czasie Lenka traciła cierpliwość. Co więcej, część nakładki, która trafia do buzi, jest przeogromna. I wcale się nie dziwię, że Lenka się buntowała, gdy chciałam przekonać ją do chwycenia tego czegoś.
Avent; zdjęcie: www.philips.com
Pewnego dnia z nieba spadła mi konsultantka laktacyjna, która poleciła mi nakładki firmy Medela. Alleluja! Całkiem inna jakość. Silikon cieniutki, osłonka po zwilżeniu wodą niemal przysysa się do piersi i nie spada z niej. Część wystająca o wiele węższa niż w przypadku Aventu. Dodam, że testowałam rozmiar standardowy Aventu i rozmiar M Medeli. Średnica pierwszych wynosi 21 mm, drugich: 20 mm. 1 mm to niby niewiele, a jednak robi ogromną różnicę.

Medela; www.medela.pl
Koniec końców z dalszych prób przystawiania zrezygnowałam, bo ogólnie karmienie z nakładkami nie należy do komfortowych. Pomijam fakt, że trzeba za każdym razem pamiętać, żeby najpierw nakładki nałożyć, potem najlepiej trochę pomasować piersi, żeby w osłonce pojawiło się mleko (łatwiej w ten sposób zachęcić dziecko do uchwycenia), a potem dopiero podać pierś dziecku. Najbardziej działało mi na nerwy coś innego: podczas karmienia kapturek napełnia się mlekiem, cała zawartość wylewa się więc na bluzkę i okolice, gdy dziecko kończy ssanie lub gdy przypadkiem nakładkę potrąci, a ta odpadnie.

Ale jeśli z różnych powodów zamierzacie korzystać z osłonek, spośród dwóch wymienionych zdecydowanie polecam te marki Medela.

14 komentarze:

Foto i film: nowe umiejętności Lenki

14:11 Gosia Komentarzy: 7

Chwytanie się za stopy


Obracanie się na brzuszek i pierwsze próby podnoszenia się na dłoniach


Uśmiechanie się od ucha do ucha


Bycie coraz bardziej uroczą


Poranne, nieco koślawe próby unoszenia się na dłoniach. Zwróćcie uwagę na piękne "pfff" zrobione buzią w 6. sekundzie i na cudny uśmiech posłany matce w 24. sekundzie.


7 komentarze:

50 000 i pięć najpopularniejszych wpisów

13:10 Gosia Komentarzy: 10


Na liczniku stuknęło 50 000 wyświetleń. Cieszy mnie to bardzo. Szczególnie że blog nie obchodził jeszcze pierwszych urodzin.

Jakie wpisy cieszyły się największym zainteresowaniem?

Absolutnym hitem okazał się tekst "W czym rodzić?". Wychodzi więc na to, że a) ciąża, wbrew temu, co sądzą producenci koszul nocnych dla ciężarnych, wcale nie powoduje zdziecinnienia, b) każda kobieta, nie wyłączając tych przy nadziei, chce czuć się i wyglądać atrakcyjnie, jeśli nie dla innych, to przynajmniej dla siebie, b) choć porodowi towarzyszą różne płyny ustrojowe i zwykle koszula nadaje się do kosza, to kobiecie nie jest obojętne, co w takiej sytuacji ma na sobie, a wręcz przeciwnie - pozbawiona intymności i wystawiona na wzrok innych, chce zachować resztki godności i dobrego gustu. W moim przypadku odpowiedź na tytułowe pytanie jest jedna: w tunice.

Drugie miejsce (pomijając post konkursowy z Akademią MamaPyta.pl) zajął tekst "Torba spakowana". Czyli dobrych rad nigdy za wiele i choć internety pełne są podobnych artykułów, to i tak przyszła mama woli dowiedzieć się z pierwszej ręki, co warto zabrać do szpitala, a z czym lepiej dać sobie spokój. Swój tekst polecam, bo przydało mi się wszystko, co umieściłam na liście, i niczego nie zabrakło.

Na trzecim miejscu znalazł się wpis "Moje ciążowe zachcianki". Temat jak widać bardzo popularny, choć pewnie niektóre czytelniczki się rozczarowały, mając nadzieję na relację z rzucania się na lodówkę i wygrzebywania z niej w środku nocy różnych przedziwnych rzeczy. Zachcianki miałam dość proste i raczej zdrowe.

Czwarte miejsce przypadło tekstowi "Jak przetrwać pierwszy miesiąc macierzyństwa?". Wiadomo, macierzyństwo to nie bajka, a przynajmniej nie na początku. Każda matka o tym wie, nie każda się do tego przyzna, ale każda chętnie o tym poczyta i powzdycha nad swoim trudnym losem, pocieszając się, że nie jest sama.

Piąta pozycja to wpis "Lenka: 1 tydzień". Tekstu mało, więcej zdjęć. Jak widać, każdy chętnie się dowie, co słychać u świeżo upieczonej matki (nie lubię tego określenia, zapomniałam go dodać tu) i jej równie świeżego dziecka.

Dziękuję za dotychczasową uwagę i oczywiście zapraszam do dalszego śledzenia mojego bloga.

10 komentarze:

Lenka: 4,5 miesiąca

14:00 Gosia Komentarzy: 14

Om nom nom nom
Zupełnie inny człowiek z tej Lenki, zupełnie. Śmiało mogę powiedzieć, że choć kochana i cudna jest od początku, to teraz przechodzi samą siebie. Poważnie. Cztero-, pięciomiesięczne niemowlę jest najsłodszym stworzeniem, jakie można sobie wyobrazić. Już tłumaczę dlaczego.

Świadomość, świadomość i jeszcze raz świadomość. Kiedy Lenka przygląda się zabawkom lub twarzom, widać, że robi to z ogromnym zaciekawieniem, analizując każdy oglądany fragment. Owe zabawki z łatwością chwyta w swoje łapki, obraca na wszystkie strony i, oczywiście, obowiązkowo ciamka. W końcu nadszedł ten moment, kiedy z dzieckiem można zacząć nawiązywać nieco bardziej intensywny kontakt. Odpowiada uśmiechem na uśmiech. Śmieje się, patrząc w lustro. Celowo napisałam "w lustro", bo ciężko mi sprecyzować, czy uśmiecha się do tej sympatycznej pani, czy do tego radosnego bobasa, którego ta pani trzyma.

Podczas noszenia na ramieniu nie zwisa już bezwładnie. Ciałko jest sztywniejsze, dzięki czemu dźwiganie jest nieco łatwiejsze. Można też zauważyć pierwsze, pewnie trochę przypadkowe, próby przytulania się, połączonego z "wgryzaniem się" dziąsłami w ramię i wbijaniem paznokci w szyję (serio, waszym dzieciom paznokcie też rosną w tak zastraszającym tempie?). W dalszym ciągu Lenka chętnie gada, chociaż nie potrafię stwierdzić, czy to jeszcze głużenie, czy już gaworzenie. Po intensywnych ćwiczeniach "rrrr" przeszła na łagodniejsze, bliżej nieokreślone głoski.

Spore postępy poczyniła również w rozwoju motoryki (czy jak to się profesjonalnie zwie). Z łatwością obraca się z pleców na brzuch. Odnoszę wrażenie, że nawet ze zbyt dużą łatwością, bo przewraca się nieustannie. A że chwilowo zapomniała, jak wrócić na plecy, muszę być w CIĄGŁYM pogotowiu. Będąc na brzuszku, podpiera się już nie tylko na przedramionach, ale i dłoniach. W takiej pozycji podejmuje pierwsze próby sięgania po zabawki, choć jeszcze z marnym skutkiem. Z kolei leżąc na plecach, opanowała chwyt za obie stopy. Czekam na moment, kiedy stopy wylądują w buzi.

Obrót na brzuch? Mówisz i masz!
Coraz śmielej poczyna sobie również w kwestii siadania. Z pozycji leżącej jeszcze rewelacji nie ma, ale kiedy ułożona jest na moich nogach w pozycji półleżącej, napina brzuch i po lekkim wsparciu z mojej strony z łatwością siada wyprostowana. Oglądanie świata z innej perspektywy przypadło jej do gustu, bo siadać próbuje cały czas.

Rozszerzania diety ciąg dalszy. Lenka spróbowała już dyni z ziemniakami, marchewki z ziemniakami, jabłka z marchewką i suszonej śliwki. Wszystko zjada ze smakiem i - na szczęście - zaniknął odruch wypychania jedzenia językiem. Teraz sama otwiera paszczę, czekając na kolejną łyżeczkę. Póki co sięgam po gotowe słoiczki. Za radą pediatry zresztą, z którym się zgadzam, że jeśli nie ma się pewności co do kupowanych w sklepie warzyw, lepiej jest właśnie podawać słoiczki. Oczywiście trzeba czytać skład i wybierać te najlepsze. Całkiem sensowne wydają się być Hipp Bio, ale trafiają się też BoboVity i Gerbery. Z tego, co mówił lekarz, samodzielne gotowanie dobrze jest rozpocząć po ok. dwóch miesiącach od rozpoczęcia rozszerzania diety.

Dzięki Bogu, w końcu mogę powiedzieć, że funkcjonujemy według czegoś, co nazwać można harmonogramem. Wygląda on zwykle tak:

5.00 pobudka, karmienie Bebilonem
5.00-6.00 samodzielna zabawa w towarzystwie półprzytomnej matki, leżącej obok (Lenka śpi w łóżeczku, ale rano biorę ją do siebie)
6.00-7.00 lub 6.00-8.00 drzemka (dosypiamy sobie obie)
8.00 zaczynamy dzień, czyli przewijanie, przebieranie, zabawa, ja w tym czasie staram się ogarnąć siebie i tak do ok. 10.00
10.00 karmienie moim mlekiem (ciekawi mnie to, że od 5.00 Lenka nie chce jeść, ale widocznie taką ma potrzebę)
10.00-12.00 spacer połączony z drzemką
12.00 obiadek, czyli cały słoiczek plus kilkadziesiąt ml przegotowanej wody do picia (pediatra doradził, aby uczyć dziecko gaszenia pragnienia wodą, nie sokami)
12.00-14.00 zabawa i drzemka
14.00 karmienie Bebilonem
14.00-16.30 zabawa i drzemka
16.30 deserek, czyli mniej więcej pół słoiczka jakiejś papki owocowej, czasem popijanej wodą
16.30-17.30 lub do 18.00 zabawa
17.30 lub 18.00 karmienie Bebilonem
18.00-20.00 zabawa i drzemka
ok. 20.00 kąpiel, z wieczornym karmieniem różnie bywa, bo czasem wystarczy już Lence to karmienie późnym popołudniem, a czasem jeszcze przed kąpielą wypija trochę Bebilonu
nocne karmienie (moim mlekiem) wypada różnie, czasem o północy, czasem o 1.00, a czasem dopiero o 3.00

To tak z grubsza. Oczywiście odstępstwa się zdarzają, są dni kiedy cały opisany plan szlag trafia.

Pokarm odciągam dwa razy dziennie, rano i wieczorem, po ok. 200 ml.

14 komentarze:

Naturalne chusteczki nawilżane Alphanova Bebe

11:54 Gosia Komentarzy: 2


Często bez zastanowienia sięgamy po nawilżane chusteczki dla niemowląt, zwracając uwagę jedynie na to, żeby dobrze zmywały to, co z dziecięcej pupy musi być zmyte. Wystarczy jednak nieco zagłębić się w ich skład, aby włos zjeżył nam się na głowie. Polecam słynny wpis analizujący skład chemiczny chusteczek dla niemowląt, popełniony przez autorkę bloga Sroka o. Włos zjeżył się i mi, zwłaszcza że wiele spośród wymienionych produktów używałam.

Dlatego chętnie przyjęłam propozycję przetestowania naturalnych chusteczek dla niemowląt Alphanowa Bebe, złożoną mi przez Naturepolis.pl. Chusteczki są hipoalergiczne, wykonane z biodegradowalnego materiału (cytuję: "materiał, z którego wykonano chusteczki, został pozyskany ze zrównoważonej gospodarki leśnej i jest całkowicie pozbawiony chloru"). Skład jest krótki, co zwykle dobrze wróży, i nie ma w nim parabenów, SLS. Jest m.in. woda, gliceryna, olejek z migdałów, ale i kilka konserwantów, choć ponoć łagodnych, np. sodium benzoate. 


Tym, co wyróżnia chusteczki Alphanova Bebe na tle innych przetestowanych do tej pory, jest bardzo silne nawilżenie. Ale naprawdę bardzo, bardzo silne. Według mnie to - obok naturalnego składu - ich główna zaleta, doskonale bowiem radzą sobie z wszelkimi zabrudzeniami: zaschniętym na buzi mlekiem, marchewkową papką rozmazaną na dłoniach czy niemowlęcą kupą, której usunięcie bywa nieraz nie lada wyzwaniem. Zapach specyficzny, ale całkiem przyjemny. Jedyną wadą, którą zauważyłam, jest to, że chusteczki są zbyt mocno ze sobą połączone. Podczas wyciągania, co zwykle robi się jedną ręką, gdy druga zajęta jest np. podtrzymywaniem pupy, wychodzą równocześnie nawet cztery chusteczki. Poza tym super. Polecam.

Jak to z ekologicznymi produktami zwykle bywa, trzeba się pogodzić z ich wysoką ceną. Za opakowanie zawierające 72 sztuki trzeba zapłacić ok. 26 zł.

Jeśli chcecie sprawdzić na własnej skórze - czy raczej na skórze waszego dziecka - jak chusteczki się sprawdzają, możecie skorzystać ze zniżki przygotowanej dla czytelniczek mojego bloga. Na hasło: czytammatkę otrzymacie w sklepie Naturepolis.pl 10 proc. zniżki. Promocja ważna do końca września.


Nowa dostawa chusteczek pojawi się w sklepie za ok. 1,5 tygodnia.

2 komentarze: