Rozczulający konkurs: wyniki

11:48 Gosia Komentarzy: 1

Muszę pogratulować Wam wszystkim. Każda historia mnie zachwyciła. Między innymi dlatego, że wszystkie wypowiedzi pokazują, jak bardzo kochacie swoje maluchy i - choć zdarzają się gorsze chwile - jak wiele radości i wzruszeń Wam dostarczają. Niełatwo było mi wybrać dwie najciekawsze. Po długich rozmyślaniach i konsultacji z Lenką postanowiłam, że książki otrzymają:

1. miejsce - Beata Różańska

"Mnie najbardziej rozczula potrzeba bliskości mojego maluszka. Michaś, dzień po porodzie, kiedy jego stan się pogorszył i miał podłączony respirator i całą masę innych rzeczy złapał mnie za palca i spojrzał na mnie jakby chciał powiedzieć: nie martw się mamo wszystko będzie dobrze. Dopiero tydzień po porodzie mogłam go na chwilę wziąć na ręce i jak pielęgniarka wyjęła go z inkubatora i położyła mi go na piersi to od razu się wtulił i uspokoił. Teraz kiedy synek jest już w domu po dwóch miesiącach pobytu w szpitalu nadal uwielbia się przytulać. Często układa się kręci a potem zasypia wtulony u mnie lub męża na ramieniu trzymając się cały czas za koszulkę. Najbardziej wzrusza mnie jak w nocy przebudzę się i widzę jak moi mężczyźni śpią.Michaś prawie zawsze śpi trzymając mnie lub męża za palec :) taka z niego mała Przytulanka :)"

Do Beaty wędruje książka "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy".


2. miejsce - Góralska Mama

"Było to może tydzień temu... Miałam kiepski czas : problemy na studiach, kłótnie z mężem i przeziębienie, które nieźle dawało mi w kość. Byłam zmęczona do granic możliwości. Usiadłam wtedy pod ścianą i po prostu z oczu zaczęły lecieć mi łzy... Całą sytuacje widziała moja córeczka... ( wiem, wiem - płakać przy dziecku nie powinnam, ale za dużo zwaliło mi się na głowę i nie wytrzymałam...) W pewnym momencie popatrzyła na mnie, po czym przyraczkowała do mnie, wdrapała się na moje kolana i uśmiechnęła się tak promiennie, że aż w serduszku zrobiło mi się gorąco... A po chwili wtuliła się we mnie... Było to niesamowite, rozczulające do granic możliwości. Dla takich chwil - warto być mamą :)"

Góralska Mama otrzymuje książkę "Mama ma zawsze rację".


Gratuluję!

Zwyciężczynie proszę o przesłanie adresu na: matkaporazpierwszy@gmail.com

G.

1 komentarze:

Rok bloga: subiektywna i sentymentalna lista wpisów

15:22 Gosia Komentarzy: 7


Kilka dni temu minął rok, odkąd na tymże blogu pojawił się pierwszy wpis. Chętnie wracam do przeszłości i czytam dawne posty. Uwielbiam wspominać ten czas, gdy Lenka była wielkości groszku, a zwłaszcza gdy udawała Antosia. Z okazji pierwszych urodzin chciałam przypomnieć kilka wpisów, które darzę szczególnym sentymentem. Tak, aby nie zginęły w czeluściach internetu. A być może nowe czytelniczki nabiorą ochoty, aby nieco bliżej poznać moje ciążowe losy.

"Oddajcie mi mój mózg". O ciekawym zjawisku, które zaobserwowałam u siebie już na początku ciąży, nazywanym pregnezją. Czyli jak przyszła matka staje się totalną pierdołą. Dolegliwość niestety nie ustępuje, a nasila się wraz z kolejnymi miesiącami ciąży, o czym pisałam w poście: "Ja i moja pregnezja".

"Top 5 pierwszego trymestru". Czyli co ciekawego wydarzyło się w pierwszych miesiącach ciąży. Głównie o mdłościach i wyczuleniu na zapachy. O radzeniu, a raczej nie-radzeniu, sobie z mdłościami pisałam również w tekście: "Miedniczka najlepszą przyjaciółką kobiety w ciąży".

"Półmetek ciąży". Grudzień, a więc połowa drogi. Wciąż jesteśmy przekonani, że w moim brzuchu gnieździ się Antoś. Miesiąc później okazało się, że zamiast siusiaka jest pierożek, czyli ujawniła się Lenka. O tym przeczytacie we wpisie: "Jak Antoś okazał się Lenką".

"Top 3 drugiego trymestru". Drugi trymestr - rewelacja. Mnóstwo energii, doskonałe samopoczucie. Szkoda, że cała ciąża nie składa się z "drugiego trymestru".

"Cześć, tu Lenka". Relacja na żywo z brzucha na nieco ponad miesiąc przed porodem. Im bliżej wielkiego dnia, tym bardziej nasilało się poczucie całkowitej abstrakcji. No bo jak to tak, rośnie mi w brzuchu człowiek? O tym w poście: "9. miesiąc, czyli totalna abstrakcja".

"37. tydzień". Jak się wkrótce okazało, tydzień przed porodem. Co ciekawe, w tym właśnie poście piszę o tym, że mąż wywróżył mi, że urodzę 15 kwietnia. Spryciarz z niego. Nie wiem, czemu nie namówiłam go jeszcze, żeby puścił totka.

"Jeszcze nie rodzę". 15 kwietnia. Godzina 18.21. Wróciłam od ginekolog, która stwierdziła, że jeszcze przez co najmniej tydzień nie urodzę. Dokładnie godzinę później odeszły mi wody. A o tym, co było potem, przeczytacie tu: "A było to tak...".

A może któryś z moich wpisów jest Waszym ulubionym?

7 komentarze:

Film: Lenka zaprzyjaźnia się z brokułem

14:55 Gosia Komentarzy: 5

Stało się. Do łapek Lenki trafiło warzywo w stanie naturalnym. Padło na brokuła. Pierwszy kontakt uważam za całkiem udany.

5 komentarze:

Film: Lenka pluje zupką

14:43 Gosia Komentarzy: 6

Film chyba nie wymaga komentarza. Niech nie zmyli was początek. Najciekawsze zaczyna się po minucie.


6 komentarze:

Wyprawkowe hity

20:51 Gosia Komentarzy: 7


Laktator Lovi Prolactis. Wychwaliłam go już tak, że bardziej się chyba nie da. Towarzyszył mi codziennie przez okres pięciu miesięcy. Sprawdził się doskonale. Nie potrafię wskazać ani jednej wady. Prosty w użyciu, niezawodny, odciąga szybko i bezboleśnie. Naprawdę świetny, godny polecenia sprzęt. Więcej przeczytacie tu.

Rożek. Zdecydowanie hit. Najpierw, gdy Lenka była malutka, używany w wersji z wkładką usztywniającą. Później - bez wkładki, jako rożek miękki. Lenka go uwielbiała. Nawet wtedy, gdy już z niego wyrosła i wszystkie jej kończyny radośnie się wietrzyły. O miłości do rożka przeczytacie tu i tu.

Okrycia kąpielowe. Od narodzin Lenki do osuszania po kąpieli nie używamy niczego innego. Niby nic, bo przecież to zwykły kwadratowy ręcznik z kapturem, ale to właśnie ten kaptur robi ogromną różnicę. Nie muszę się martwić, że głowa mokra, że zmarznie, że się przeziębi. Nakładam kaptur, wycieram ciałko, a potem główkę. Polecam.

Pieluszki tetrowe. W ciągłym obiegu od pierwszych dni życia Lenki. Kompletując wyprawkę, zakupiłam chyba z 20 sztuk. Myślałam, że trochę mnie poniosło i połowa z nich będzie leżeć nieużywana. Myliłam się. Używam ich non stop. A to do ochrony ramienia przed ulaniem podczas odbijania, a to do otarcia buźki z zupki, a to do wytarcia rączek po zajadaniu chrupek kukurydzianych. Jak dla mnie: niezbędne. I to w ilości hurtowej.

Aspirator NoseFrida. Cudo. Niezastąpiony podczas katarku. Więcej o aspiratorze przeczytacie tu.

Twardy przewijak. Taki mocowany na łóżeczku. Idealny zarówno do przewijania, jak i podczas kąpieli do rozbierania/osuszania/ubierania. Oczywiście tylko do czasu, kiedy dziecko zaczyna przekręcać się na boki.

Zawieszki do smoczków. Jeśli dziecko jest smoczkowe, zawieszki są wg mnie niezbędne. Dzięki nim uniknąć można długich poszukiwań zaginionego smoczka, co bywa szczególnie uciążliwe w nocy, gdy i ciemno, i matka zaspana.


Mr B. I kit, i hit. Jako termofor - kit, bo użyty raz. Jako zabawka - zdecydowanie hit. Lenka pokochała Mr B od pierwszego wejrzenia i przez długie tygodnie był jej ulubioną zabawką. Zresztą wciąż chętnie go ciamka. Więcej o Mr B przeczytacie tu.

7 komentarze:

Wyprawkowe kity

15:55 Gosia Komentarzy: 9


Jak chyba każda przyszła mama, wpadłam pod koniec ciąży w zakupowy szał. No dobra, zakupowy szał chciał mnie ogarnąć już od pierwszego miesiąca, ale dzielnie stawiałam opór i jakoś wytrwałam do drugiego trymestru. Jak to z szałem bywa, pozbawia resztek rozumu i zaćmiewa umysł, który w ciąży swoją drogą ostry jak brzytwa nie jest. Zdarza się więc, że ogarnięta syndromem wicia gniazda matka kupuje coś, co potem zalega w szafie albo kurzy się w kącie pokoju. Choć starałam się wyprawkę kompletować dość rozsądnie, to i mi zdarzyło się kilka takich niewypałów. Oto moja bardzo subiektywna lista wyprawkowych kitów.

Rogal do spania. Najpierw miał umilać mi sen. Zamiast tego jednak doprowadzał mnie do rozpaczy szeleszczeniem. Potem pocieszałam się, że przyda się podczas karmienia. Powiem krótko: nie przydał się. Ostatnia szansa: będę sadzać w nim Lenkę. Nie sadzam. Więcej o mojej nieudanej przygodzie z rogalem przeczytacie tu

Otulaczek Motherhood. Myśl, że wystarczy ciasno zawinąć dziecko od stóp do głów, żeby słodko spało, a ja razem z nim, jest bardzo kusząca. Srogo się rozczarowałam. Nie twierdzę, że idea otulania i ogólnie otulacze są do bani. Twierdzę natomiast, że całkowicie do bani jest otulaczek Motherhood. O nim przeczytacie tu

Baldachim. Łóżeczko, a w nim słodko śpiący bobas. Nad tymże bobasem nachyla się mama, patrząca na niego maślanym wzrokiem. A cukierkowości całej scenie dodaje wiszący nad łóżeczkiem baldachim. Kto by się nie skusił? Najpierw, będąc w poporodowym amoku, wieszanie baldachimu to była ostatnia rzecz, o jakiej myślałam. Potem wiecznie brakowało czasu. Teraz jego wieszanie nie ma sensu, bo lada chwila Lenka zacznie siadać i stać, a więc i podejmować próby zrzucenia go sobie na głowę. Pomijam oczywiście fakt, że Lenka nadal śpi ze mną, ale planuję to wkrótce zmienić.

Miękki przewijak. Dopóki Lenka nie obracała się na boki, w obiegu był twardy przewijak mocowany na łóżeczku. Teraz przewijam ją po prostu na łóżku. W przypadku "grubszej sprawy" umieszczam pod pupą jednorazowy podkład.

Gruszka. Jestem pełna podziwu dla niegdysiejszych matek, które nie dysponowały niczym innym do oczyszczania nosa dziecka. Jak dla mnie to ustrojstwo jest bezużyteczne. O gruszce pisałam tu.

Ubranka. Oczywiście nie wszystkie, ale konkretnie: ciuszki z zapięciem na plecach (pół biedy, gdy są to zatrzaski, ale jeśli guziki - trzymajcie mnie, bo zwariuję), śpiochy nierozpinane w kroku, bluzki i body z małym otworem na główkę (wrzask podczas prób założenia gwarantowany), ciepłe bluzy bez rozpięcia, zakładane przez głowę (zanim przełożę przez głowę, włożę jedną rączkę, drugą rączkę, dostaję białej gorączki, a Lenka drze się wniebogłosy; tego problemu nie ma z cienkimi bluzeczkami, bo zakłada się je trochę szybciej niż grube bluzy). 

Skarpetki. Bez skarpetek ciężko przetrwać, więc mamy ich całą stertę. Problem tkwi w tym, że połowa z nich nieustannie spada ze stopy. No normalnie doprowadza mnie to do szału. Nie wiem, czemu ich producenci nie biorą pod uwagę tego, że niemowlę to dość ruchliwe stworzenie, więc trzeba zadbać o to, żeby skarpetki nie spadały ze stopy przy pierwszym fiknięciu.

Już wkrótce lista rzeczy, które okazały się strzałem w dziesiątkę.

9 komentarze:

Rozczulający konkurs. Zapraszam!

12:48 Gosia Komentarzy: 11

Malutki nosek. Iskierki w oczkach. Coraz dłuższe blond włoski tworzące na czubku głowy irokeza. Dołeczki w łokciach (patrz zdjęcie niżej: czyż nie są przeurocze?). Fikanie nóżkami i zapowietrzanie się z radości. "Pfff" robione językiem. Chwytanie butelki rączkami i - uwaga - trafianie nią do buzi.



W Lence rozczula i zachwyca mnie mnóstwo rzeczy. Bo wszystko takie malutkie, drobniutkie, kruchutkie, szczere i "pierwszorazowe". 

Ciekawa jestem, co rozczula Was w Waszych dzieciach. Chętnie się dowiem, zapraszam więc do udziału w konkursie.

Do wygrania:
Nagrodzone zostaną dwie najciekawsze odpowiedzi. Zdobywczyni pierwszego miejsca otrzyma słynną książkę "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy" Harveya Karpa. Za zajęcie drugiego miejsca zdobyć można zbiór zabawnych felietonów "Mama ma zawsze rację" Sylwii Chutnik.




Jak wygrać:
Wystarczy napisać, co zachwyca Was w Waszych dzieciach. Spośród nadesłanych odpowiedzi wybiorę dwie najciekawsze i - oczywiście - najbardziej rozczulające. Swoje propozycje możecie umieszczać w komentarzu pod tym postem bądź wysłać na adres: matkaporazpierwszy@gmail.com.

Czas trwania konkursu:
Konkurs trwa od dzisiaj do przyszłego czwartku (30 października) do godziny 12.00. Odpowiedzi nadesłane po tym terminie nie będą brane pod uwagę. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w piątek (31 października). Książki wysłane zostaną pocztą. 

Zachwyćcie mnie!

G.

11 komentarze:

Nocne szaleństwa panny Lenki

09:38 Gosia Komentarzy: 14

Za wcześnie się pochwaliłam. Że Lenka tak ładnie śpi w nocy. Że i ja się wyspać mogę.

Od kilku dni zamieszkał z nami chaos. Czai się przez cały dzień, dla niepoznaki grzecznie usypia razem z Lenką po kąpieli. Kiedy już uśpi naszą czujność, zwykle ok. północy, rozpoczyna swoje harce. Jednym słowem: nocą panuje u nas jedna wielka rozpierdziucha.

Lenka wierci się jak opętana. Przewraca z boku na bok. Półprzytomna kładzie na brzuszku, żeby z zaskoczeniem stwierdzić, że wcale tego nie chciała i nie wie, jak to się stało. Zdarza się, że budzi się z płaczem.

Nie muszę chyba wspominać, że budząc się miliard razy, również i mi funduje pobudki. Niby dzielimy wspólny marny los, ale z tą różnicą, że ona budzi się o 6.30 radosna jak skowronek i potem odsypia sobie w ciągu dnia, a ja budzę się z myślą, że kolejny dzień snucia się niczym zombie przede mną.

Kto podmienił mi dziecko? Przyznać się!


14 komentarze:

Lenka: 6. miesiąc

15:19 Gosia Komentarzy: 19

Było o mnie, teraz kilka słów o Lence.

Rozwój motoryczny
Lenka stała się bardzo ruchliwa. Przewijanie jej i przebieranie to próba dla mojej cierpliwości. Nie lubi leżeć na plecach. Od razu zaczyna się rozglądać na boki w poszukiwaniu czegoś do zabawy i gdy to zobaczy - nie ma zlituj. Wygina się na wszystkie strony, byle dosięgnąć. Najwięcej czasu spędza, bawiąc się na brzuszku bądź turlając się z jednego kąta w drugi. Zmiana pozycji brzuch-bok-plecy (i w odwrotnej kolejności) nie sprawia jej żadnego problemu. Zaczęła pełzać. Zapiera się nóżkami, unosi pupę i - opierając się na przedramionach - przesuwa się do przodu. Przekłada zabawkę z jednej rączki do drugiej. Chwyta się za stopy i próbuje wkładać je do buzi.


Rozwój emocjonalno-intelektualny
Lenka jest pogodnym i spokojnym dzieckiem. Potrafi się długo sama bawić na macie czy w bujaczku i dopiero gdy jest bardzo znudzona, zaczyna marudzić. Bardzo często się śmieje, a gdy ogarnia ją ogromna radość - w charakterystyczny sposób "zapowietrza się" (nie wiem, jak to dokładnie opisać). Uwielbia śmiać się do lustra. Spotykając całkiem obcą osobę albo kogoś z rodziny, ale dawno niewidzianego, zdaje się być onieśmielona i lekko przestraszona. Ale wystarczy, że zapozna się z terenem, siedząc bezpiecznie w moich ramionach, i po chwili nabiera odwagi. Mówi dość dużo. Najchętniej "grrucha" (co widać na załączonym filmie), czasem pojawiają się pojedyncze sylaby.


Dieta
Nie ma najmniejszych problemów z jedzeniem (odpukać). Odnoszę wręcz wrażenie, że Lenka uwielbia jeść. Na śniadanie zjada ok. 150 ml kaszki, na obiadek - cały słoiczek warzyw z mięsem (pałaszuje chętnie niemal wszystko: cielęcinkę, jagnięcinkę, kurczaka, wołowinę, wieprzowinę), a na deserek - cały (czasem pół) owocowy słoiczek (np. śliwkę, gruszkę, banana, morelę). W ciągu doby wypija zwykle cztery porcje mleka modyfikowanego, w ilości ok. 100 ml. Dodatkowo, do kaszki i obiadku, pije wodę lub herbatkę (łącznie w ciągu dnia ok. 100 ml). Z butelki toleruje wyłącznie mleko, więc nawet wodę i herbatkę muszę podawać łyżeczką. Dwa razy w tygodniu do obiadku dodaję rozdrobione żółtko jajka. Jeszcze nie zdarzyło się (znowu odpukać), żeby przy wprowadzaniu czegoś nowego Lenka zwymiotowała, dostała wysypki czy żeby bolał ją brzuszek. Je chętnie, sama otwierając buzię na widok zbliżającej się łyżeczki. Oby tak dalej.

Sen
W dalszym ciągu śpi ze mną. Zdarzają się noce, gdy wierci się niemal nieustannie, jak i noce, które przesypia całe w takiej pozycji, w jakiej zasnęła. Nie ma reguły. W ciągu dnia ma cztery drzemki: ok. godz. 9, 12, 15 i 18, a więc niemal równo co trzy godziny. Drzemki trwają ok. 40 minut, najdłuższa jest drzemka wieczorna. Zdarza się, że zasypia ok. 18 i budzi się o 20. Wtedy ją kąpiemy, karmimy i kładziemy do snu. Zasypia ok. 20.30. Poranna pobudka następuje ok. 6.30-7. W nocy budzi się na karmienie już tylko raz (hurraa!), zwykle ok. 4.

Zdrowie
W tej kwestii też nie mogę narzekać (tfu, tfu). Do tej pory Lenka katarek miała dwa razy, choć ciężko to nawet nazwać katarkiem. Wyglądało to tak, że kichnęła kilka razy w ciągu dnia, dwa razy dziennie (bo częściej nie było potrzeby) oczyszczałam jej nosek, gorączki brak. W przyszłym tygodniu czeka nas trzecia dawka szczepionki 6w1.

Statystyka:
Wzrost: ok. 70 cm
Waga: ok. 7500 g
Rozmiar ubranek: 68/74
Ząbków brak

19 komentarze:

Pierwsze pół roku macierzyństwa

10:13 Gosia Komentarzy: 7

Lenka leży na macie. Unosi pupę do góry, zapiera się nóżkami i niczym żołnierz na poligonie przesuwa się do przodu, centymetr po centymetrze. Dostrzega zabawkę. Chwyta rączką i wkłada do buzi, nieustannie przy tym komentując swoje poczynania. Zabawka się znudziła. Rzuca na bok. Obraca główkę w jedną i drugą stronę. Jest. Coś ciekawszego. Przekręca się na bok, na plecy, a potem znowu ląduje na brzuszku. Sięga po nowy obiekt zainteresowania i ciamka przez chwilę, wymachując przy tym radośnie nóżkami. Wołam ją. Bezbłędnie przekręca buźkę w moją stronę, a jej twarzyczkę rozświetla najbardziej promienny uśmiech, jaki tylko sobie można wyobrazić. Przewraca się znowu na plecki i teraz skupia całą swoją uwagę na dyndającej nad nią żyrafie.

Minęło zaledwie - a może aż? - sześć miesięcy od pierwszego zakwilenia, pierwszego kontaktu z jej skórą, pierwszego przytulenia i ukołysania. Sześć miesięcy natłoku różnych myśli i emocjonalnej zawieruchy. Sześć miesięcy układania swojego życia na nowo, ustalania nowego porządku rzeczy. Sześć miesięcy poznawania samej siebie, docierania w głąb swojej duszy, po to, żeby odkryć, co jest dla mnie ważne, a co znajduje się na szarym końcu. Czego oczekuję od innych i od samej siebie.

Mam wrażenie, że zmieniło się wszystko, a równocześnie - że nie zmieniło się nic. Jestem tą samą osobą. Mam takie same pasje i marzenia. Wiem, że najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale bardzo ważna jestem dla siebie też ja sama. Dzięki macierzyństwu dowiedziałam się, jaką matką jestem, jaką chcę być, a jaką z pewnością nigdy zostać nie zamierzam. Nie jestem typem matki, która z chwilą narodzin dziecka traci swoją tożsamość. Staje się białą plamą. Wydaje mi się, że taka postawa prędzej czy później rodzi frustrację, a zwykle pierwszą osobą, na której taka frustracja się odbija jest dziecko, to samo dziecko, dla którego matka poświęciła swoje życie. Nie jestem matką-bluszczem. Nie jestem też matką-satelitą. Nie wiszę nad Lenką, nieustannie ją monitorując. Uważam, że dziecko - jak każdy człowiek - potrzebuje odrobiny samotności, a nawet nudy. Nie mam poczucia winy, gdy układam Lenkę na macie i chwytam za książkę, tworzę wpis na bloga bądź piszę artykuł. Lenka wie, że jestem obok. Że czuwam. Obok, ale blisko. Że w razie potrzeby może na mnie liczyć.


Wciąż to samo mnie cieszy i smuci. Doszło jednak sporo rzeczy, które mnie zachwycają i rozczulają. Dołeczki w łokciach, iskierki w uśmiechniętych oczach, trójkącik nad pupką, błogi spokój malujący się na buzi podczas snu, szeroko otwarte usteczka, gdy leży na brzuszku i z niebywałym skupieniem rozgląda się po okolicy.

Czy mam więcej cierpliwości? Nie wiem. Zdarza się, że gdy Lenka marudzi z niewiadomego powodu, przeklinam w myślach. A potem przeklinam się za to, że przeklinałam w myślach. Łapię kilka głębokich oddechów i ją przytulam. Wiem, że nie ma w niej ani krzty złośliwości. Ale choć jestem matką, nie przestałam być człowiekiem, któremu daleko do ideału. Równocześnie z zaskoczeniem zauważam, ile we mnie optymizmu i zgody na to, co się wydarza. Nie chodzi o "tumiwisizm", ale o poczucie, że cokolwiek by się nie działo, na pewno wszystko będzie dobrze. Zauważyłam to u siebie już w ciąży. Nie nakręcam się, nie panikuję, nie wietrzę wszędzie spisków i podstępów. Jeśli coś się dzieje, zakładam najbardziej pozytywną wersję wydarzeń. Dobrze mi z tym.

Nie przestałam być kobietą. Uważam, że kluczem do szczęścia kobiety jest poczucie, że dobrze czuje się we własnej skórze. Kocham swoje ciało. Zresztą, zawsze je lubiłam. Teraz dodatkowo traktuję je z podziwem. Że doskonale się spisało. Lekki makijaż, świeże włosy, ubranie, w którym nie wstydzę się pokazać samej sobie w lustrze. Uczucie zadowolenia nie bierze się znikąd, trzeba je pielęgnować każdego dnia.

Coraz częściej wybiegam myślami w przyszłość. Widzę siebie, jak zaplatam Lence warkoczyki, jak prowadzę ją za rękę do przedszkola i uśmiecham się, gdy nieśmiało spogląda na kolegę z klasy. Widzę nas - mnie, Lenkę, męża - jak spacerujemy po parku, zbieramy kasztany, a pod moją kurtką odznacza się ciążowy brzuszek. Widzę, jak dziadek uczy Lenkę jazdy na rowerze i wiesza jej huśtawkę na trzepaku. Jak Lenka wycina z babcią ciasteczka, a potem częstuje mnie i podekscytowana czeka, czy mi posmakują. Jak 5. grudnia kładzie się do łóżeczka wyjątkowo wcześnie, bo przecież im wcześniej się położy, tym szybciej przyjdzie Mikołaj.

Tak, piękna przygoda przed nami.

7 komentarze:

Włos mi z głowy już nie spada

09:23 Gosia Komentarzy: 13


Większość kobiet w ciąży z zachwytem wpatruje się w swoją gęstą czuprynę. W ciąży bowiem hormony utrzymują na głowie te włosy, które już dawno powinny odejść do krainy wiecznej szczęśliwości. Wiedziałam, że pociążowe wypadanie włosów mnie nie ominie. Nie panikowałam jednak, bo znałam ów mechanizm i zdawałam sobie sprawę z tego, że co ma być - to będzie, nie mam na to wpływu.

Moje luzackie podejście jednak szlag trafił, gdy równiutko trzy miesiące po porodzie włosy zaczęły wyłazić garściami. Nawet największa optymistka by zbladła, gdyby po porannym myciu głowy zobaczyła walające się po podłodze kłęby włosów. I takież kłęby zatykające prysznic (przepraszam, jeśli akurat spożywacie śniadanie). No myślałam, że się rozpłaczę.

Zachowałam jednak zimną krew i ruszyłam do apteki. Pani farmaceutka, widząc moje smutne oczy i przerzedzoną fryzurę, poleciła mi lotion Seboradin Niger do włosów przetłuszczających się i skłonnych do wypadania. Dodając, że jej łysiejącej po ciąży koleżance bardzo pomógł.

Podbudowana wizją owej koleżanki przystąpiłam do kuracji. W skład lotionu wchodzą: wyciąg z czarnej rzodkwi, tymol, olejek kolendrowy, olejek sosnowy, olejek z drzewa herbacianego, ekstrakt z tataraku, ekstrakt z dziurawca i olej rycynowy. Zapach bardzo przyjemny, a sposób używania banalnie prosty: codziennie rano spryskiwałam włosy (czy raczej skórę głowy), lekko wmasowywałam i gotowe.
Efekty? Rewelacja! Choć oczywiście trzeba nastawić się na co najmniej kilka tygodni systematycznego stosowania. Wypadanie włosów wyraźnie zmniejszyło się po mniej więcej pięciu, sześciu tygodniach. Teraz, po trzech miesiącach używania, z radością witam króciutkie, młode włoski, których rządek ujawnił się tuż nad czołem.

Szczerze polecam.


PS Dodam, że nie łykałam żadnych suplementów, bo zwyczajnie mi się nie chciało.

13 komentarze:

Choroby psychiczne matki

15:07 Gosia Komentarzy: 23


Nerwica natręctw. Standard. Połowę spaceru zajmuje mi zastanawianie się, czy ubrałam Lenkę adekwatnie do pogody. Czy jej nie za ciepło, nie za zimno, czy jej tu albo tam nie uwiera. Wizualizuję sobie nawet, jak ja bym się czuła w ciuszkach, które jej założyłam. Porównuję z tym, co mam na sobie. Ok, może być. Umysł nie lubi jednak tkwić w stanie stand by. Zaczyna więc natrętnie nucić "Idziemy na jagódki", przeplatane "Dziadek farmę miał", aby repertuar zakończyć na "Była sobie żabka mała". Po "prześpiewaniu" wszystkich skocznych piosnek, które Lenka ostatnio uwielbia, przychodzi pora na zastanawianie się, czy na pewno wszystko wyłączyłam/zamknęłam/zgasiłam. Po przerobieniu stałych punktów programu okazuje się, że minęła godzina i jesteśmy z powrotem pod blokiem.

Amus gębus. Nie mogę nad tym zapanować, no po prostu nie mogę. Podczas karmienia Lenki zupką, za każdym razem, gdy łyżeczka zmierza w kierunku jej usteczek, sama otwieram swoją paszczę, wydając przeciągłe "aaaaaaaaam". Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ten odgłos gębowy - może przez naśladownictwo - zachęca Lenkę do otwierania jej własnej buzi, ułatwiając nam w ten sposób proces karmienia.

Zaglądactwo wózkowe. Dotyka nie tylko mnie, ale również inne matki, a także - a może przede wszystkim - babcie. Uczęszczany przeze mnie spacerniak jest dość popularną miejscówką wśród lokalnych matek, więc okazji do pielęgnowania swojej choroby jest dużo. Jedzie wózek, a to zaglądnę. Ciekawe, czy dziewczynka, czy chłopiec. Ale ładny kocyk. Ciekawe, gdzie kupiła. Fajny wózek, taki seledynowy. Ale ona jakaś taka zmęczona. Pewnie niewyspana. O, następny wózek. Też zajrzę. Ale tak, żeby nie widziała, of kors.

Kompulsywne kołysanie. Się, nie dziecka. Obecnie choroba w stanie remisji. Największe nasilenie dało się zaobserwować w pierwszych trzech miesiącach życia Lenki. Gdy tylko usłyszałam głos dziecka, niekoniecznie swojego, lub zobaczyłam takowe, automatycznie zaczynałam się kołysać na boki. Tak jakby w mózgu ktoś wciskał guzik uruchamiający opcję bujania się. Osoby postronne mogły pomyśleć, że postradałam rozum. Co, biorąc pod uwagę początki macierzyństwa, nie było dalekie od prawdy.

23 komentarze:

Poród. Czy to już?

14:52 Gosia Komentarzy: 11


W przypadku ciąży przebiegającej prawidłowo poród nie zaczyna się zwykle znienacka. Jeśli potrafimy wsłuchać się w nasz organizm (choć czasem nie trzeba się wsłuchiwać, bo okrzyki organizmu są bardzo głośne i wyraźne), to dostrzec można kilka zwiastunów zbliżającego się rozwiązania. Jak to było u mnie?

Opadnięcie brzucha. Właściwie nie brzucha, a dna miednicy. Dziecko szykuje się do startu i zaczyna wpasowywać główką. U siebie objaw ten zaobserwowałam w okolicach 34.-35. tygodnia. Ciąża zakończyła się w 38. tygodniu, więc opadnięcie brzucha nastąpiło na około trzy tygodnie przed porodem.

Skurcze przepowiadające. Trening macicy odczuwałam zwykle wieczorami. Jeśli mnie pamięć nie myli, zaczęły się na około miesiąc przed porodem, może trochę wcześniej. Nie były bolesne, nie towarzyszyło im twardnienie brzucha. Przypominały lekki ból miesiączkowy podbrzusza.

Wypadnięcie czopu śluzowego. Podobno może wypaść tuż przed porodem, jak i zacząć stopniowo wypadać na kilka tygodni przed. U siebie niczego takiego nie zaobserwowałam. Podejrzewam więc, że miał miejsce ten drugi scenariusz i przez to umknęło mojej uwadze.

Biegunka. Poród nastąpił w środę o poranku, od niedzieli natomiast częściej odwiedzałam toaletę. Już wtedy w głowie zapaliła się lampka, że chyba muszę zacząć się szykować do godziny zero.

Podenerwowanie. We wtorek od samego rana chodziłam jak nabuzowana. Trzęsły mi się ręce i czułam, jakby tykała we mnie bomba, która lada chwila wybuchnie. Tak, wtedy już byłam pewna, że TO zacznie się dzisiaj.

Odejście wód płodowych. Na szczęście, nie nastąpiło to spektakularnie na środku sklepu, niczym w amerykańskim filmie. Usiadłam na toalecie, żeby opróżnić pęcherz i chlust. Zaczęło się lać i nie chciało przestać. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to wody płodowe.

Skurcze porodowe. Zaraz po odejściu wód rozpoczęły się regularne skurcze, co 3-4 minuty. Na początku nie były bardzo bolesne. Na sile przybrały mniej więcej po dwóch godzinach.

A o tym, co było potem, przeczytacie tu.

11 komentarze: