Matka też kobieta: Bioliq - żel do twarzy ze szczoteczką

11:52 Gosia Komentarzy: 5


Żel Bioloq z wbudowaną szczoteczką to ostatni hit. Uwielbiam tego typu gadżety do mycia twarzy, więc oczywiście się skusiłam. Patrząc na opinie, część osób wychwala go pod niebiosa, a cześć przeklina, bo wysusza i podrażnia. Jakie są moje wrażenia?

SZCZOTECZKA

Przede wszystkim duży plus za pomysł, czyli wbudowaną szczoteczkę. Aż dziwne, że żadna inna firma do tej pory na to nie wpadła (chyba że o czymś nie wiem?). Silikonowe, krótkie wypustki przyjemnie masują skórę i skutecznie ją oczyszczają, choć - wiadomo - ten, kto liczy na to, że pomoże usunąć zaskórniki - srogo się rozczaruje. Ale tak naprawdę wg mnie żaden żel tego nie potrafi, więc nie zaliczam tego na minus. 

Kolejny plus za to, że nakładkę z łatwością można wyczyścić, po prostu spłukując wodą. Tu ma przewagę np. nad gąbką konjac, którą trudno wypłukać i która bardzo długo schnie.

ŻEL

Ładny zapach, fajna konsystencja. Skład też w porządku, sporo w nim natury: m.in. olejek babassu, aloes, nagietek, opuncja, gruszka, passiflora. ALE - na drugim miejscu SLS, faktycznie może więc niektóre osoby podrażniać. 

DZIAŁANIE

Po użyciu szczoteczki z żelem cera jest oczyszczona, świetnie wygładzona (jak po użyciu peelingu), mięciutka w dotyku. Cerę mam dość odporną, więc nie zaobserwowałam podrażnień. Nie jest też przesuszona, nie ma uczucia ściągnięcia po myciu. 

Czy kupię ponownie? Żel Bioliq przypadł mi do gustu, ale ma jedną podstawową wadę: cenę. Ok. 30 zł za tubkę żelu to jednak dość dużo. Przynajmniej dla mnie, bo żelu używam rano i wieczorem, więc szybko znika. Można by sprytnie wykorzystać szczoteczkę, wypełniając opakowanie tańszym żelem, ale producenci pewnie przewidzieli, że niektórzy będą tak kombinować i tubki nie da się rozkręcić.

EDIT: Okazuje się, że żel można znaleźć nawet za 15 zł, więc widocznie trafiłam na wybitnie ceniącą się aptekę. W takim razie - tym bardziej polecam!

5 komentarze:

Tak, jestem TĄ matką

18:01 Gosia Komentarzy: 12


TĄ matką, która stoi nad wrzeszczącym, kładącym się na ziemi i niedającym się wziąć na ręce dzieckiem. Dzieckiem, które w tej właśnie chwili odczuwa nieodpartą chęć zrobienia czegoś, czego akurat w tej właśnie chwili zrobić się nie da. Ale ono musi!

TĄ matką, która tak stojąc, w pośpiechu zastanawia się, co ma zrobić. Krzyknąć, powiedzieć, że nie wolno, zabrać siłą na ręce i iść w swoją stronę. Czy może jednak spróbować zrozumieć emocje dziecka, uspokoić swoje własne i wytłumaczyć, dlaczego akurat w tej właśnie chwili tego czegoś zrobić nie możemy.

TĄ matką, która tak stojąc, czuje na sobie oceniające spojrzenia innych, którzy wiedzą lepiej i więcej.

TĄ matką, która jeszcze za czasów bezdzietnych, często sama rzucała takimi spojrzeniami, zastanawiając się, jak można tak nie reagować na zachowanie rozwydrzonego bachora.

Dziś wiem, że emocje dziecka to temat trudny, bardzo trudny. Tym bardziej, że trzeba poradzić sobie nie tylko z emocjami dziecka, ale również swoimi własnymi. I te, i te lubią wymykać się spod kontroli. W takich chwilach staram się mieć w głowie kilka podstawowych prawd, które choć odrobinę pozwalają zapanować nad sytuacją:

1. Nie ma złych czy dobrych emocji. Są po prostu EMOCJE. Nie należy ich oceniać. Każda z nich ma prawo bytu, każdej warto się przyjrzeć, spróbować zrozumieć, dlaczego się pojawia.

2. Tak jak dorosły ma prawo do złości, gniewu, irytacji, takie samo prawo ma dziecko. A nawet dziecko w szczególności - bo ono dopiero uczy się, czym te emocje są.

3. Od najmłodszych lat warto uczyć nazywania i rozpoznawania emocji, czyli EMPATII.

A więc co staram się robić w takich momentach?

Zamiast mówić do Lenki "i co się drzesz?", kucam przed nią, patrzę w oczy i pytam: "Co się Lenuś stało? Czemu jesteś zła? Chcesz iść na plac? Dzisiaj już za późno, ale jutro pójdziemy".

Próbuję odwrócić jej uwagę. Zaczynam pytać: "Lenuś, a gdzie jest piesek? O, popatrz, tam idzie! A tam dzidziuś jedzie. Dzidziuś?".

I muszę stwierdzić, że to naprawdę pomaga zapanować nad sytuacją.

12 komentarze:

Dlaczego jeszcze nie nocnikuję Lenki

14:27 Gosia Komentarzy: 21

nocnik

O matko z córką, pewnie chwycą się za głowę niektóre czytelniczki. No bo jak to jeszcze nie, przecież to już dorosłe dziecko, ma 16 miesięcy - SZESNAŚCIE! Moje robiło do nocnika, jak tylko nauczyło się siadać. Ba, a nawet jak jeszcze nie siedziało, to już wysadzałam je na nocnik.

Pytanie tytułowe trochę podobne do dobrze znanego: "to ty jeszcze karmisz?!". Nocnik wprawdzie jest, ale na razie siusia na nim głównie miś Misiu. Choć i to uważam za sukces, bo kiedy mówimy: "Lenka, Misiu chce siusiu", to Lenka bierze go w łapki i sadza na nocniku. Ewentualnie nocnik służy też do nalewania wody i pluskania w niej gumowej kaczuszki (tu pewnie kolejny epizod chwytania się za głowę, bo przecież nocnik nie powinien służyć do zabawy).

Spieszę więc z wyjaśnieniem, dlaczego jeszcze nie.

A bo nie. Bo uważam, że Lenka ma jeszcze czas. Jedna z nadrzędnych zasad, jaką staram się kierować, praktykując macierzyństwo, brzmi: NIC NA SIŁĘ. Kiedy Lenka zechce korzystać z nocnika, to po prostu zacznie to robić. Nie widziałam nastolatka chodzącego w pieluszce, domyślam się więc, że każde dziecko, prędzej czy później, kuma, o co chodzi.

Bo nie robię niczego na wyścigi. Nie mam parcia (nomen omen) na to, żeby konkurować z innymi matkami, których dzieci, będące w wieku Lenki, już dawno załatwiają się do nocniczka, ba, czasem nawet już do zwykłego sedesu, korzystając z nakładki. Korzysta? To super, gratuluję. Lenka? Nie, jeszcze nie <wzruszenie ramionami>.

Bo wiem, że dziecka nie wolno poganiać. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby całkowicie olać (znowu nomen omen) nocnikowanie. Nocnik jest, stoi sobie, czasem sadzam na nim Lenkę, zachęcając do skorzystania, ale jeśli nie - to nie. Raz udało się złapać, dosłownie, kupę, gdy Lenka zaczęła proces podczas kąpieli (sorry, jeśli ktoś właśnie je). Ale na razie w dalszym ciągu polegamy głównie na pieluszkach.

Bo jestem leniwa. No dobra, muszę przyznać, że czasem mi się po prostu nie chce. No nie chce mi się biegać za Lenką, co chwilę rozbierać i starać się nakłonić ją do wysiusiania. Wprawdzie przez połowę dnia Lenką zajmuje się niania, więc mogłabym poprosić ją o podejmowanie takich prób, ale na razie, dopóki sami z mężem nie zaczniemy tego regularnie robić, nie widzę sensu.


Photo credit: ToddMorris / Foter / CC BY-SA

21 komentarze:

Historia pewnego misia

18:32 Gosia Komentarzy: 1


Biały, mięciutki, z czerwoną wstążką zawiązaną wokół szyi. Taki zwyczajny miś. Nie kosztował milionów. Wygrzebany, uwaga, w sklepie z używaną odzieżą. Większe i droższe misie, którymi Lenka została zasypana, nie mogą się z nim równać. Bo to właśnie on, miś o nad wyraz kreatywnym imieniu Misiu, skradł jej serce. I wcale się nie dziwię, bo pyszczek ma jakiś taki szczery, serdeczny i ciepły.

Miś Misiu towarzyszy Lence niemal nieustanne. Nie tylko w nocy i podczas drzemki. Jest, gdy Lenka ma gorszy humor, gdy czegoś się wystraszy lub gdy po prostu ma ochotę się do niego przytulić. Niezawodny. Ten błysk w oczach Lenki, który pojawia się, kiedy zobaczy ulubionego misia, nie da się porównać z niczym innym. Żadna inna zabawka nie potrafi go wywołać.

W każdej chwili Lenka potrafi misia bezbłędnie zlokalizować. Wystarczy zapytać: "Lenka, gdzie jest Misiu?", a ona biegnie ile sił w nóżkach i po chwili przynosi go z wyrazem triumfu i szczęścia na twarzy.

Miś nie może zniknąć z pola widzenia. Dlatego iście strategicznego myślenia wymagały próby wyprania go. A prania potrzebował, bo przy codziennym ciągnięciu po chodniku i obsypywaniu piaskiem w piaskownicy, wyglądał naprawdę dramatycznie. Trzeba było obmyślić plan: jak wyprać misia, tak żeby zdążył wyschnąć w czasie między drzemką a wieczornym usypianiem. I tu jedyny plus ostatnich upałów, bo miś Misiu wystawiony na niemal 50 stopni panujących na balkonie wysechł błyskawicznie.

Ale sceny, które towarzyszyły wkładaniu misia do pralki, były wręcz dantejskie. Wrzask, łzy płynące po zaczerwienionych policzkach i to pytające spojrzenie Lenki: "dlaczego, mamusiu, mordujesz mojego misia?!". 10 minut uspokajania i zapewnień, że Misiu żyje i wieczorem będzie jak nowy. A mnie aż do wieczora serce bolało, że katowałam ukochanego misia. Misia, który stał się członkiem rodziny.

1 komentarze:

Jak przetrwać upały, mieszkając w bloku, pracując w domu i mając małe dziecko

21:03 Gosia Komentarzy: 10


Nie lubię upałów. Nie, źle mówię. Ja NIE ZNOSZĘ upałów. Ostatnie szaleństwa pogodowe są więc dla mnie istną torturą. A jak słyszę, że w ciągu najbliższych 2 tygodni nie ma szans na zmianę - mam ochotę sobie popłakać w poduszkę. Albo nawet całkiem jawnie poszlochać. A że mieszkamy w bloku i do tego słońce przygrzewa nam od południa do samego wieczoru - temperatura w pokojach nie spada poniżej 30 stopni. Przypomnę, że w jednym z tych pokoi próbuję pracować. Kreatywnie pracować. I to jest jedyny moment, kiedy zazdroszczę etatowcom, którzy mogą liczyć na klimatyzację.

Ale koniec marudzenia. Mam jeden plan: PRZETRWAĆ, aż się ochłodzi. Co mi w tym pomaga?

1. Wiatraczek. Mam w nosie prośby, żeby ograniczyć zużycie prądu w ciągu dnia. Włączam biurkowy wiatraczek o 10 i tak chodzi przez kilka kolejnych godzin.

2. Woda. Dużo niegazowanej wody mineralnej. Bardzo dużo.

3. Namoczona w chłodnej wodzie pieluszka tetrowa. Od czasu do czasu narzucam ją sobie na kark. O Jezusie, jak przyjemnie.

4. Ok. 10 zamykam wszystkie okna i zasuwam zasłony, w nadziei, że trochę nocnego chłodu uda się zatrzymać. Odsłaniam i ponownie otwieram okna dopiero ok. 20.

A jak pomagam przetrwać upały Lence?

1. Spacer tylko do południa, najlepiej ok. 9.

2. Woda. Dużo niegazowanej wody mineralnej. Bardzo dużo.

3. Po mieszkaniu biega w samej pieluszce.

4. Po południu nalewam wody do miednicy, stawiam w pokoju i Lenka pluska się, jak długo ma ochotę.

Więcej cudownych sposobów nie znam. Może wy jeszcze coś podpowiecie?

10 komentarze:

Lenka: prawie 16 miesięcy

16:16 Gosia Komentarzy: 1


Za kilka dni Lenka skończy 16 miesięcy. Co nowego u niej słychać? Całkiem sporo.

W rozwoju motorycznym osiągnęła chyba wszystkie możliwe poziomy (jak na swój wiek oczywiście). Chodzi, wspina się wszędzie, wsiada na rowerek, siada tyłem na krzesełku (Co w tym niezwykłego? Do tej pory wchodziła przodem i już na krzesełku obracała się na pupę, a teraz potrafi po prostu sobie tyłem podejść i usiąść), wchodzi po schodach, podpierając się ściany, wsiada na labradora i próbuje na nim jechać. Jeszcze tylko bieganie musi doszlifować, bo na razie robi to na lekko sztywnych nóżkach (zamiast zginać je w kolanach), wymachując przy tym rękami na wszystkie strony i śmiejąc się wniebogłosy. Wygląda wtedy jak pingwin, który nieznacznie postradał rozum. 

Mówi za to niewiele. Z takich słów, które faktycznie oznaczają już coś konkretnego, wymienić mogę tylko "mniam" i "dzidzia" ("dzidzia" odnosi się do jej zdjęcia w ramce). Co do wymawianego "mama" i "baba" mam jeszcze wątpliwości. Ale bardzo wiele słów rozumie. Wie, o co nam chodzi, gdy mówimy, że idziemy się kąpać, spać albo że idziemy na pole (tak, Lenka to Małopolanka, więc będzie mówić "na pole"). Wie, co to lala, miś, rowerek, lampa, kubeczek, łopatka, konik (taki na biegunach), pies, kot, miseczka, piłka i pewnie wiele innych rzeczy, o których w tym momencie nie pamiętam. 

Potrafi wskazać paluszkiem mamę (yes! w końcu), tatę, babcię, dziadzia. Robi "papa". Coraz sprawniej posługuje się widelcem. Naśladuje wszystko, co podpatrzy. Gdy tylko dorwie jakąś szmatkę, wyciera nią podłogę, stół, krzesło, szafki. Albo idzie z nią do łazienki, wkłada do bębna pralki i próbuje zamknąć jej drzwiczki. Uwielbia bawić się mopem. (Kurczę, jak to czytam, to brzmi, jakbym nie robiła nic innego, tylko wiecznie sprzątała)

Z typowych zabawek na topie są te, które polegają na włożeniu czegoś w coś. A najlepiej, jak jeszcze trzeba dobrze wycelować, żeby to włożyć. Jest na etapie posiadania ukochanego misia. Miś musi być zawsze i wszędzie. Jest niezawodnym lekiem na smutek czy złość. Oczywiście, nieodłączny towarzysz snu.

Statystyki
Wzrost: szczerze mówiąc, dokładnie nie wiem, ale generalnie jest dzieckiem, u którego zasoby idą zdecydowanie na wzrost, nie na wagę
Waga: 10,5 kg
Ciuszki: 86/92 (buty: 22 - co zawsze wzbudza ogromne zaskoczenie w obuwniczym, bo rozmiar faktycznie dość duży)
Ząbki: 7 sztuk

1 komentarze: