Chcesz być dobrym rodzicem? O tym musisz pamiętać

20:59 Gosia Komentarzy: 6


Smuci mnie niezmiernie jedna rzecz. Rzecz, którą obserwuję, gdziekolwiek spojrzę.

To, z jaką łatwością my, dorośli, traktujemy dzieci jako istoty niższe. Istoty, które można tłamsić, kształtować według własnego widzimisię, zmuszać do tego, co uważamy za słuszne.

To, z jaką niebywałą wręcz łatwością ignorujemy ich uczucia, sądząc, że skoro są to uczucia dziecięce, to nie trzeba zwracać na nie większej uwagi. Tymczasem właśnie DLATEGO, że są to emocje dziecka, trzeba się na chwilę zatrzymać, przyjrzeć się im, dać prawo do ich odczuwania. Przytulić, pogłaskać, powiedzieć: "rozumiem, że jesteś zła", zamiast machać ręką i mruczeć pod nosem: "przestań zrzędzić".

Czasem myślę, może trochę naiwnie, ile nam, rodzicom, byłoby łatwiej, gdybyśmy zamiast pochłaniać kolejne poradniki "autorytetów", wsłuchali się w siebie i w dziecko. O ile mniej błędów i rodzicielskich grzechów byśmy popełniali, gdybyśmy potrafili po prostu POSTAWIĆ SIĘ NA MIEJSCU DZIECKA.

Nie lubisz brukselki? Dlaczego więc wciskasz ją dziecku, tłumacząc, że zdrowa, mimo że sama wydłubujesz ją starannie z każdej potrawy? Czemu sobie dajesz prawo do jedzenia tego, co lubisz, a tego prawa nie dajesz dziecku?

Kładziesz się spać, kiedy uważasz za słuszne? Dlaczego więc stosujesz barbarzyńską metodę wypłakiwania i zmuszasz dziecko do zasypiania na komendę, kiedy zalewa się łzami i całą duszą woła o twoją uwagę? Czemu sobie dajesz prawo do wstania w nocy, napicia się wody, skorzystania z toalety, a złościsz się na Bogu ducha winne dziecko, że nie śpi od zmierzchu do świtu?

Dlaczego ubierasz się powoli, dajesz sobie czas na założenie każdego elementu garderoby, a dziecko poganiasz i pytasz gniewnie, czemu się tak guzdrze?

O ile piękniejszy byłby świat, gdybyśmy dostrzegali i szanowali dziecięce emocje i traktowali je z empatią i szacunkiem. Gdybyśmy dawali dziecku prawo do tego, do czego prawo dajemy sobie. 

"Dorastanie to nie problem - tylko zapominanie, że było się dzieckiem" (Mały Książę)

G.

Zdjęcie: pixabay.com

6 komentarze:

Dziecko, którego nigdy nie było

09:31 Gosia Komentarzy: 8


Wstaję, ubieram Lenkę, robię sobie kawę. Tak dzień w dzień. Ale TEGO dnia było inaczej. Zapach - odrzucający. Pierwszy łyk, który zawsze sprawiał mi przyjemność, tym razem zniechęcił do wypicia całej filiżanki.

Czerwona lampka w głowie. Nagła niechęć do kawy. Google nie pozostawia wątpliwości.

Cieszę się i wątpię równocześnie. Czy to na pewno TO? Nie, niemożliwe. Tak, możliwe! Uspokój się, poczekaj.

No to czekam. 2 tygodnie.

Test. Cień cienia cienia drugiej kreski. Biegnę na betę. 16.

JEST!

"Mamo, będziesz znowu babcią! Tak!"

Dwa dni później. Krew. Jak to krew? Skąd krew?! Ręce się trzęsą, spanikowana piszę SMSa do męża, dzwonię do ginekolog.

"Pani Małgosiu, proszę powtórzyć beta i zadzwonić ponownie. Może to wczesne poronienie"

Że co? Poronienie? Jakie poronienie?! Jasne, poronienia się zdarzają. Ale nie mi!

Badanie. Beta 4.

Wybucham szlochem, którego nie potrafię powstrzymać. Dzwonię do mamy: "Mamo, poroniłam".

Szlocham przez kolejną godzinę. Ale czy powinnam? Przecież to było tylko kilka komórek. Mimo wszystko - boli. Boli, że to mógł być Filipek, Ola, a może Ania.

Tłumaczę sobie, że przecież większe tragedie spotykają ludzi. Ale czy to odbiera mi prawo do przeżywania mojej własnej małej tragedii?

Dochodzę do siebie przez kolejny tydzień. Fizycznie i psychicznie. Układam z powrotem to, co się rozpadło w drobny pył.

Teraz jest lepiej. Pozwoliłam sobie przeżyć żałobę i pożegnać się z dzieckiem, którego nigdy nie było.

G.

8 komentarze:

Kryterium, którym NIE należy się kierować, podejmując decyzję o (nie)zostaniu matką

19:48 Gosia Komentarzy: 5


Nigdy nie lubiłam dzieci.

Moja niechęć brała się głównie z nieumiejętności nawiązania z nimi kontaktu. Od zawsze byłam przekonana, że o wiele łatwiej dogadują się z nimi osoby potrafiące przełączyć się w tryb głupkowatości (w takim pozytywnym znaczeniu tego słowa). Innego podejścia wymaga półroczne niemowlę, innego - przedszkolak. Moim problemem było to, że nigdy nie wiedziałam, jakie to podejście powinno być.

Kiedy więc tylko jakiś brzdąc pojawiał się w moim zasięgu, ja modliłam się, żeby tylko nie próbował się do mnie zbliżyć. Będąc w sklepie/poczekalni/gdziekolwiek indziej, starałam się jak mogłam, żeby uniknąć "przymusu" zabawiania jakiegoś malucha, bo akurat obok postanowiła usiąść matka z wózkiem.

Chłodny dystans - to określenie chyba najlepiej oddaje mój ówczesny stosunek do dzieci.

Dlatego kiedy zaledwie 2 lata dzieliły mnie od trzydziestki, poczułam lekki niepokój. Wiedziałam, że chcę mieć dzieci (a zbliżająca się trzydziestka to wg mnie najwyższa pora), ale bałam się, czy pokocham to własne dziecko, kiedy już pojawi się na świecie. A co, jeśli w jego towarzystwie będę czuć się tak samo zagubiona jak w przypadku innych maluchów?

Dziś wiem, że obawy były bezpodstawne. Swoje własne dziecko kocha się miłością bezgraniczną, a dzięki codziennemu byciu razem człowiek stopniowo nabywa tej umiejętności, której mi zawsze brakowało - czyli umiejętności "dostrojenia się" do dziecka, "zagadania" do niego w sposób dostosowany do jego wieku, potrzeb, zainteresowań.

I właśnie z tego powodu apeluję do wszystkich tych kobiet, które boją się podjąć decyzję o macierzyństwie, tylko dlatego że nie lubią dzieci. W niektórych osobach z otoczenia dostrzegam siebie sprzed lat. Widzę, jak dystansują się, kiedy na horyzoncie pojawia się dziecko. Jak czują się zagubione, nie wiedząc, w jaki sposób nawiązać kontakt. I tak wciąż i wciąż odkładają decyzję, bo boją się, że nie pokochają swojego dziecka.

To, że nie lubisz dzieci, naprawdę nie oznacza, że nie polubisz również swojego. 

G.

5 komentarze: