Rok w zawieszeniu

18:05 Gosia Komentarzy: 17

niepłodność

Jesień 2015 r. Dojrzewa we mnie myśl, że pora na drugie dziecko. Jak to ja, opracowuję dokładny plan. Jeśli uda się od razu, tak jak przy Lence (a przecież na pewno się uda), to już na Boże Narodzenie będę głaskać dwu-, trzymiesięczny brzuszek. Urodzę na wakacjach, więc też idealnie - teściowa (nauczycielka) będzie mogła przyjechać dwa tygodnie przed terminem, żeby zająć się Lenką, w razie porodu. Szybko kalkuluję, że okres największych mdłości przypadnie na Święta (bo przecież wszystko miało być tak samo jak za pierwszym razem). Zastanawiam się, czy to jednak dobry moment, bo na grudzień miałam dostać duże zlecenie. Jak ja wywiążę się z umowy, jeśli leżeć będę z miednicą pod brodą? No ale ok, jakoś sobie poradzę.

Później wszystko się spieprzyło.

Po pierwszym cyklu miesiączka nadeszła zgodnie z rozkładem. Nie za pierwszym, to za drugim na pewno się uda. Grudzień, tuż przed Świętami. Znowu jak to ja, już obmyślałam, jak obwieszczę rodzinie radosną nowinę. Krew. Jak to krew? Wigilia 2015 r. - chyba najsmutniejsza w moim życiu. Niemrawo przeżuwałam karpia, zastanawiając się, co może być ze mną nie tak. Po kilku dniach wyszłam z dołka i ponownie wstąpiła we mnie nadzieja. Do trzech razy sztuka. W styczniu okazuje się jednak, że wcale nie do trzech. Próbujemy więc dalej. Na razie bez leczenia, bez konsultacji, bo przecież niemożliwe, żebym JA musiała się leczyć.

A później spieprzyło się jeszcze bardziej.

Luty. Pierwsze poronienie (klik). Choć czasem wolę używać określenia "ciąża biochemiczna". Poronienie niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. Emocji, którym momentami chciałam dawać upust, a momentami wolałam odsuwać od siebie, dystansować się od nich, żeby nie zwariować. To był moment, kiedy trzeba było przypomnieć o sobie ginekologowi prowadzącemu pierwszą ciążę.

"Pani Małgosiu, na 99% to wina trochę za wysokiego TSH". Dobrze, to lecimy z tym koksem, w ruch idzie Euthyrox. Prosta sprawa. Ureguluję tarczycę, potem pójdzie jak z płatka. Kolejne miesiące upływają jednak pod znakiem jednej kreski. Aż do lipca.

Myślałam, że już bardziej się spieprzyć nie może. A jednak.

W lipcu drugie poronienie. Choć ginekolog nie potrafi mi dać jednoznacznej odpowiedzi, czy faktycznie było. Na testach dwie kreski, które jednak na drugi dzień zniknęły. Obraz na USG niejednoznaczny, podobnie jak beta. Było czy nie było - nieświadomość chyba jeszcze gorsza.

Mina ginekolog uświadomiła mi, że TSH to chyba będzie mały pryszcz przy tym, co mnie czeka. Okazuje się, że estradiol za niski, endometrium marne. Lecimy więc z estrogenami i - profilaktycznie - z progesteronem.

Po dwóch miesiącach kuracji iskierka nadziei, że coś się poprawia. "Pani Małgosiu, no piękne endometrium!". Ale co z tego, skoro nagle pęcherzyki postanowiły sobie nie pękać? Po kolejnym cyklu bezowulacyjnym wybuchnęłam śmiechem i odparłam "pani doktor, już mi wszystko opadło".

Wrzesień. Pierwszy cykl wspomagany Clostilbegytem. Na odchodne ginekolog, chyba widząc moją zrezygnowaną minę, rzuca pocieszająco "Pani Małgosiu, próbujemy dalej, nie poddajemy się".

Co będzie dalej? Czy za rok pojawi się na tym blogu kolejny wpis, tym razem o jesieni 2016 r., kiedy miałam już za sobą 12 miesięcy bezowocnych starań? Czy może wtedy będę już tulić braciszka lub siostrzyczkę Lenki?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nauczyłam się, że czasem nie warto przywiązywać się do swoich planów. Dostałam pstryczka w nos od losu (czy raczej porządnego sierpowego), który chyba chciał mi pokazać, że plany to ja mogę sobie wsadzić gdzieś. Nauczyłam się, żeby nigdy nie mówić nigdy. Ja, która bałam się hormonów jak diabeł święconej wody i nigdy nie tknęłam pigułek, ładuję teraz w siebie garść leków, czasem przepraszając w myślach swój organizm, że tak w niego ingeruję.

Patrząc na ten ostatni rok, chce mi się śmiać, trochę przez łzy. Ale czy coś innego mi zostało?

17 komentarzy:

  1. U nas leci 3 rok. Najpierw błądzenia, starań, potem wymysłów lekarzy. Pojechaliśmy do kliniki, tam wszystko pięknie, drożność ok i miał być bobo. Minął rok. Były monitorowania owu.. Ale jakieś nieudolne.. lekarka tylko kasę brała. W końcu gdy po raz kolejny zawitaliśmy znowu do kliniki, a tam babka na dzień dobry twierdzi że jest polip i czeka mnie zabieg. 3 innych lekarzy tego nie potwierdziło. Ale w międzyczasie wyszło podwyższone tsh i problemy z glukozą, mam (prawie) insulinooporność, dostałam metforminę i staramy się..owu się pojawiły i okres jak w zegarku.. latka lecą, dziecka brak.. pozdrawiam i łączę się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki,żeby się w końcu udało! ściskam mocno

      Usuń
  2. Pierwsza ciąża to u mnie przypadek :) szczęśliwy! choć totalnie nieplanowany.
    Teraz chcę zajść w drugą, a nie mogę ze względu na RZS :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedawno czytałam u Ciebie na blogu o RZS... strasznie mi przykro. Pamiętam, jak już jakiś czas temu pisałaś o osłabieniu, zmęczeniu i innych objawach. To pewnie wszystko było właśnie przez RZS?

      Usuń
  3. Z synkiem to była wpadka... planowaliśmy ciąże 2-3 miesiące później... to była ciąża idealna, bez powikłań, książkowa. Teraz staramy się o drugie i też mam za sobą drugą stratę dziecka. Niby wszystkie wyniki genialne, a ciąża obumarła.... W końcu zlecili mi specjalistyczne badania genetyczne. Okazuje się, że moje pierwsze dziecko to mały cud. Mam genetyczną wadę układu immunologicznego i moje ciało zwalcza każde ciało obce i w tym wypadku myśli tak o dziecku. Rokowania są dobre, bo zdiagnozowaną wadę wspiera się heparyną i innymi cudami i są duże szanse na powodzenie. Ale niestety to, że za pierwszym razem było tak pięknie i łatwo nie jest gwarancją na drugą ciąże... życie bywa przewrotne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję, strata boli mocniej z każdym kolejnym tygodniem ciąży... Moja gin też coś wspominała o badania z zakresu immunologii. Póki co badałam się tylko w kierunku zespołu antyfosfolipidowego i wyniki dobre, ale doradziła mi i tak, żeby brać Acard. Przyznam szczerze, że boję się, jak wszystko się potoczy, kiedy znowu zajdę w ciążę...

      Usuń
    2. Przy trzeciej ciąży (drugiej nieudanej) brałam Acard tak na wszelki wypadek, ale nic to niestety nie dało...

      Usuń
  4. Przykro mi, że tak się to u Was potoczyło i trzymam kciuki, żeby w końcu się udało. My też mamy swoje plany i czasem się tak zastanawiam czy nie lepiej nie planować i iść na żywioł... Ale wiadomo, że z tyłu głowy jest jakiś głos rozsądku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja teraz już mało rzeczy planuję... zwłaszcza jeśli dotyczą ciąży.

      Usuń
  5. Strasznie mi przykro, że wciąż nic. Pamiętam Twój pierwszy post z tym całym rozplanowaniem i pomyślałam o sobie bo też sobie co do miesiąca rozplanowałam wszystko. U mnie się udało i Grześ w styczniu będzie miał rodzeństwo. Znajomi starali się kilka lat i kiedy już odpuścili i ciśnienie opadło okazało się, że jest w ciąży, była do tego stopnia zdziwiona, że nie rozpoznała objawów no bo przecież przyzwyczajona, że sie nie udaje to nie pomyślała, że JEDNAK. Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulacje :) braciszek czy siostrzyczka?

      Usuń
    2. siostra :) ale i tak będzie chodzić w body z traktorami po bracie :)

      Usuń
  6. Trudno jest nie przywiązać się do planu posiadania dziecka. Tylko te hormony... Raz w życiu przechodziłam kurację hormonalną w ramach antykoncepcji akurat, straciłam prace przez dziwne wahania nastrojów, zrobiłam się nieokrzesana. Organizm się zmienia, czasem już na stałe. Skoda mi trochę tego czasu. Dziecko jeśli ma przyjść przyjdzie w swoim momencie. Z nerwów robią się straszne choroby. Może zamiast rodzeństwa lepsze będzie macierzyństwo oraz wiązek jako pierwszy plan?

    OdpowiedzUsuń
  7. Małgosiu strasznie mi przykro, trzymam kciuki, żeby wszystko potoczyło się tak, jakbyś tego chciała. My staraliśmy się o dziecko długo. Wszystko miałam zaplanowane. Badania były w normie, a jednak się nie udawało. W ruch poszły testy owulacyjne, mierzenie temperatury, nawet monitoring owulacji. I nic. Płakałam za każdym razem, gdy dowiadywałam się, że kolejna koleżanka zaszła w ciążę. Żyłam od owulacji do owulacji. Jeden miesiąc sobie odpuściłam - natłok pracy, kilka dużych imprez rodzinnych, cały czas byliśmy w drodze. Miesiąc później już wiedziałam, że będziemy mieli dziecko. Wiem, że sytuacja jest inna. Zmierzam do tego, że czasami lepiej nic nie planować (chociaż... już po cichu zastanawiam się, kiedy postarać się o rodzeństwo dla synka...). Wierzę, że Wam się uda, że to marzenie się spełni. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Współczuję, ale wierzę, że ciąża udana to kwestia czasu. Ja o pierwsze dziecko starałam się 1,5 roku, w między czasie doświadczając 3 poronień.Udało się, jest córka, choć ciąża okupiona płaczem i niepewnością. Teraz kolejna ciąża, do której zajścia podchodziliśmy ostrożnie, myśleliśmy, że będzie tak samo trudno jak za pierwszym razem, jeśli chodzi o zajście a potem o utrzymanie. A tu niespodzianka na plus, zajście przy pierwszym razie, ciąża bezproblemowa. U bądź tu mądra, coś planuj, przewiduj. Planować trzeba, ale nie zawsze idzie zgodnie z naszymi planami, czy to pozytywnymi czy negatywnymi. Ja przekonałam się o tym nieraz. Życie dało mi w kość w innych sprawach i wiem, że jednak zawsze po drodze, nie wszystko musi się udawać, tak nie będzie. A lepiej byłoby myśleć non stop pozytywnie.
    Trzymam kciuki i wierzę, że ten plan, prędzej czy później się zrealizuje.
    Ps. Ja terminów żadnych ciąż nie mogłam zaplanować i mam dzieci z końca roku, trochę żałuje, że choć jedno jakoś na wiosnę nie przyszło na świat. Ale nie było mi dane tego zaplanować.

    OdpowiedzUsuń
  9. Trzymam kciuki! My siè staraliśmy prawie 3 lata, niby wszystko ok, wyniki w normie, tarczyca ciut za wysoko na starająca się ale żaden lekarz nie widzial w tym problemu, wyniki meża nienajlepsze ale wg niektorych lekarzy też wystarczające.. okres zawsze z zegarkiem w ręku, owulacja byla a dziecka brak i brak.. ostatnie badanie - HSG i tez wszysko w porządku, jajowody drożne.. juz sama nie wiedziałam co jest w takim razie grane. Pierwszy cykl po hsg jak zwykle, w drugim pojechalismy na 3 dni do Budapesztu, nawet się specjalnie nie staraliśmy a jak się okazalo wrocilismy z pamiątką :) zostaly jeszcze 3 miesiàce do końca ciązy, dla mnie to wciąź jest niepojęte.. po tylu latach starań.. dlatego nie trać nadzieji, wiem że czasem cięzko bo jednak sama przez to przechodziłam, mam znajome z forum, ktore dalej przechodzą, ale zawsze trzeba mieć nadzieję :*

    OdpowiedzUsuń