Jak zachęcić dziecko do pomagania w domu?

15:53 Gosia Komentarzy: 4

sprzątanie

Bałagan w pokoju nastolatka to chyba jeden z powszechniejszych obrazków wywołujących u rodzica lekki wzrost ciśnienia. Odnoszę jednak wrażenie, że ta niechęć do sprzątania i pomagania w domu nie bierze się znikąd. Owszem, można zrzucać wszystko na karb nastoletniego buntu (i pewnie ma on spory w tym udział), ale warto zastanowić się, czy gdy nasz Janek był Jasiem nie robiliśmy wszystkiego, żeby do tej pomocy go... zniechęcić. 

Cofnijmy się więc trochę w czasie, do chwili, gdy Jaś miał 2-3 latka. Jaś chętnie wyciągał rączki, żeby pomóc mamie czy tacie w odkurzaniu. Zwykle był jednak odpędzany, bo przecież odkurzyć trzeba szybko i nie ma czasu na zabawę. Kiedy czasem udało mu się dorwać mopa i z radością szorował podłogę w kuchni, zamiast podziękowania słyszał "oj, widzisz, muszę po tobie poprawiać". Kiedy z własnej inicjatywy posprzątał zabawki, nie usłyszał nic, zobaczył tylko, że rodzic rzucił okiem i bez słowa wrócił do swoich bardzo pilnych spraw.

Czym skorupka za młodu nasiąknie...

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że dzieci w wieku ok. 1,5 roku odczuwają naturalną chęć do pomagania i sprzątania. I rzeczywiście tak jest. Pamiętam, jak Lenka mając nieco ponad rok, zamiast bawić się z kuzynką, chwyciła pierwszą lepszą szmatkę i zaczęła "szorować" podłogę w altance. Ten pęd do pomagania w domu trwa u niej nadal, a obecnie zbiega się z typowym dla dwulatka etapem "ja sama!". Gdy więc tylko widzi, że otwieram szafę z odkurzaczem, biegnie i krzyczy "ja sama!". To samo, kiedy chwytam za mopa. Kiedy gotuję obiad, przysuwa obok mnie krzesło, siada na nim i mówi "będę podawać!". Trzeba mieć sporo cierpliwości, żeby za każdym razem zgadzać się na taką pomoc. Ale gdy mam ochotę powiedzieć "Lenka, ja to zrobię, będzie szybciej", staram się ugryźć się w język. A co mi tam...

Jak więc zachęcić dziecko do sprzątania i ogólnie do pomagania w domu?

1. NIE ZNIECHĘCAĆ. Specjalnie napisałam wielkimi literami. Właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis. Najważniejszy i najskuteczniejszy sposób na nauczenie dziecka pomagania w domu to po prostu go do tego nie zniechęcać. Koniec, kropka. I choć ciśnie się nieraz na usta "daj, zostaw, ja posprzątam", pomyślcie sobie, że wasz maluch będzie kiedyś wspomnianym nastolatkiem i zastanówcie się, czy wtedy powiecie mu tak samo. Czy może wtedy będziecie raczej mówić "weź, zabierz, ty posprzątaj"? Coś tu nie gra, prawda?

2. Zauważać i dziękować. Nie chodzi oczywiście o to, aby za każdym razem wychwalać dziecko pod niebiosa, bić brawo i skakać z radości, że włożyło klocki do pudełka. Ale koniecznie za każdym razem warto to zauważyć i powiedzieć chociażby "o, widzę, że posprzątałeś klocki, dziękuję". Gwarantuję, że radość dziecka będzie ogromna. Czy nagradzać za sprzątanie? Raczej nie jestem zwolenniczką takiego rozwiązania. Zresztą tak jak napisałam wyżej - dla dziecka już samo podziękowanie i fakt, że jego pomoc została doceniona, jest zwykle wystarczającą nagrodą i powodem do radości.

3. Nie poprawiać po dziecku. Jeśli dziecko widzi, że za każdym razem poprawiasz to, co ono ułożyło czy posprzątało, w końcu się zniechęci i w ogóle przestanie to robić. Owszem, czasem coś wymaga poprawki, ale jeśli już musisz to zrobić, to tak, żeby nie widziało. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, kiedy dziecku warto pomóc, zasugerować, że coś powinno się robić inaczej, w końcu dopiero się uczy. Ale nigdy nie zasadzie "no co ty robisz, przecież źle układasz!". W takich momentach zwykle oferuję Lence pomoc, w stylu "może ci pomogę? o, popatrz, tak też można układać, może teraz ty spróbujesz?".

4. Nie wyręczać. Tak jak pisałam, Lenka jest teraz na etapie "ja sama". WSZYSTKO chce robić sama. Odnosi się to nie tylko do sprzątania, ale wszelkich innych czynności, które w jakikolwiek sposób jej dotyczą, np. ubierania się i rozbierania. Staram się jej na tę samodzielność jak najczęściej pozwalać, bo to jest najlepszy sposób na uczenie się normalnych, potrzebnych w codziennym życiu umiejętności. Kiedy jest krzywo, niedokładnie i aż mnie kusi, żeby pomóc, przypominam sobie o punkcie 3. 


4 komentarze:

Przechowywanie mleka matki. Kilka najważniejszych zasad

13:20 Gosia Komentarzy: 2

karmienie piersią i odciąganie pokarmu

Moja przygoda z odciąganiem pokarmu trwała pięć długich miesięcy. Lenka nie chciała ssać piersi, więc codziennością stały się dla mnie randki z laktatorem. Na stałe zagościły też w mojej kuchni pojemniczki i woreczki na mleko. Początkowo czułam się trochę zagubiona, nie za bardzo wiedząc, jak długo i w jakich warunkach pokarm mogę przechowywać, żeby nie stracił swoich cennych właściwości. Z czasem nabrałam jednak wprawy (i wiedzy). Oto garść rad dla mam, które przygodę z odciąganiem dopiero zaczynają.

W czym i jak najlepiej przechowywać mleko matki? 

Na pewno warto mieć pod ręką dwa wspomniane akcesoria: plastikowe, zakręcane pojemniczki oraz woreczki. W żadnym razie nie mogą to być pierwsze lepsze pojemniki, jakie wpadną nam w ręce. Najlepiej kupić takie, które produkowane są konkretnie z myślą o przechowywaniu mleka matki. Wówczas mamy pewność, że materiał, z którego są wykonane, jest dopuszczony do kontaktu z żywnością. W takich pojemniczkach (przed każdym użyciem umytych i wyparzonych) trzymałam mleko w lodówce. Do mrożenia zdecydowanie wygodniejszą opcją są specjalne woreczki. Woreczków w żadnym razie nie myjemy – takie woreczki są sterylne i żeby tej sterylności nie zniszczyć, należy zapoznać się z instrukcją, jak w prawidłowy sposób je otwierać i nalewać do nich pokarm.

Jeśli zbliża się pora karmienia, to oczywiście część (lub całość, w zależności od tego, ile dziecko zjada) odciągniętego mleka można przelać bezpośrednio do butelki, którą maluch będzie karmiony. W przypadku większości laktatorów pojemnik, do którego spływa odciągane mleko, pełni równocześnie funkcję butelki. Wystarczy nakręcić na nią odpowiedni (zwykle tej samej firmy) smoczek i gotowe.

Tym, co zwykle budzi u świeżo upieczonych mam najwięcej wątpliwości, jest to, jak długo pokarm może być przechowywany. Tu odsyłam do strony: http://www.enfamil.pl/pl/articles/karmienie-piersia/przechowywanie-pokarmu-0, na której znajdują się konkretne informacje, jak długi może być czas przechowywania w zależności od miejsca, a więc i temperatury. W przypadku temperatury pokojowej, powyżej 25ºC, może to być do 4 godzin, ale jeśli temperatura w pomieszczeniu jest niższa, czas ten wydłuża się do ok. 8 godzin. W lodówce czas ten wynosi kilka dni, w zamrażalniku natomiast nawet kilka tygodni czy miesięcy, w zależności od panującej w nim temperatury i tego, czy jest to osobny zamrażalnik, czy taki, który posiada wspólne drzwi z lodówką.

Jak rozmrażać/podgrzewać mleko matki? 

Pokarm trzymany w temperaturze pokojowej nie wymaga podgrzewania (choć tu wiele też zależy od preferencji dziecka, być może będzie wolało cieplejsze – Lenka akurat lubiła pić mleko o temperaturze pokojowej). Mleko wyjęte z lodówki trzeba podgrzać. Można to zrobić, umieszczając pojemnik/butelkę w garnuszku z ciepłą wodą bądź po prostu korzystając z podgrzewacza do butelek. Nie należy gotować mleka! Traci wtedy wszystkie swoje właściwości. Niewskazane jest również korzystanie z kuchenki mikrofalowej, chociażby z tego powodu, że płyny podgrzewają się w niej nierównomiernie – część mleka może być chłodna, a część gorąca i niemowlę może się poparzyć.

W przypadku rozmrażania – można wykorzystać garnuszek z ciepłą wodą, podgrzewacz do butelek czy po prostu dużo wcześniej przełożyć woreczek do lodówki. Raz rozmrożonego mleka nie można mrozić ponownie. Nie należy też mieszać go ze świeżym mlekiem.

Jeśli mleko podgrzewamy czy rozmrażamy, zawsze przed podaniem go dziecku trzeba sprawdzić jego temperaturę. Niezawodny będzie nasz... nadgarstek. Wystarczy umieścić na nim kilka kropli mleka, aby poczuć, czy nie jest ono za zimne czy za gorące.

Reszty mleka, które nie zostało przez dziecko zjedzone podczas karmienia, nie podajemy mu ponownie. Zasada ta dotyczy nie tylko mleka matki, ale również mleka modyfikowanego. Jeśli w butelce po karmieniu została część mieszanki, należy ją po prostu wylać (w poście skupiałam się na przechowywaniu i podgrzewaniu mleka matki, jeśli szukacie takich informacji odnośnie mleka modyfikowanego, odsyłam na stronę Enfamil).

Na koniec ważna rada: na woreczkach z mlekiem matki, które umieszczone zostaną w zamrażalniku, koniecznie umieszczajcie datę odciągnięcia pokarmu. Zazwyczaj do woreczków dołączone są naklejki, na których taką informację można zamieścić. Korzystajcie z tej możliwości, bo pamięć naprawdę bywa ulotna i po kilku tygodniach (czy szczególnie miesiącach) dużą trudność sprawi przypomnienie sobie, z którego dnia pochodzi mleko w konkretnym woreczku.

Wpis powstał we współpracy z marką Enfamil

2 komentarze:

Najprostszy przepis na ozdoby choinkowe z masy solnej

17:03 Gosia Komentarzy: 0

ozdoby choinkowe z masy solnej

Ostatni raz z masą solną miałam do czynienia w podstawówce. Tegoroczne Boże Narodzenie stało się doskonałą okazją, żeby powrócić do dzieciństwa, zasiąść przy kuchennym stole i przygotować choinkowe ozdoby. Z tą różnicą, że tym razem dzielnie towarzyszyła mi Lenka, wałkując ciasto, wycinając ozdoby i malując je. Wykonanie takich ozdób jest banalnie proste, ale dość czasochłonne. Warto jednak poświęcić chwilę, bo satysfakcja jest ogromna. Poniżej instrukcja, jak krok po kroku się do tego zabrać.

Krok 1. Przygotowanie masy solnej.

Nic prostszego. Wystarczy zmieszać: szklankę mąki, szklankę soli i pół szklanki wody. Ugniatamy do uzyskania jednolitego "ciasta".

Krok 2. Wałkowanie ciasta i wycinanie ozdób.

Uważajcie, aby ciasto nie było zbyt cienkie. Wg mnie najlepiej rozwałkować tak, aby miało ok. 3-4 mm grubości. Do wycinania idealnie nadadzą się foremki do pierniczków. Kształty dowolne. U nas są gwiazdki, serduszka, choinki, bałwanki, księżyce, dzwonki. 


Krok 3. Wycięcie otworu do zawieszenia.

Zamieszczam ten krok osobno, bo to dość istotne, żeby otwór do przewleczenia nitki wykonać, zanim ciasto wyschnie i stwardnieje. Ja używałam do tego słomki do napojów.

Krok 4. Suszenie ozdób.

Spotkałam się z opinią, że suszenie w piekarniku powoduje pęcznienie ozdób. Żeby tego uniknąć, położyłam je po prostu na stole, żeby wyschły we własnym tempie. Czekałam dzień, drugi... Na trzeci straciłam cierpliwość i włożyłam je do piekarnika (na 80 stopni, bez termoobiegu, przy otwartych drzwiczkach). I wydaje mi się, że lepiej (a na pewno szybciej) posłużyć się jednak piekarnikiem.

Krok 5. Malowanie i zdobienie.

Do pomalowania ozdób używałyśmy farb plakatowych. Najpierw jedna strona, potem suszenie suszarką i druga strona. Do dekoracji dodatkowo użyć można koralików, cekinów i innych drobiazgów (wszystko zależy od waszej wyobraźni).



Krok 6. Przewleczenie nitki.

Żeby uzyskać dodatkowy efekt dekoracyjny, zamiast nitki użyłam ozdobnych tasiemek. W tej roli sprawdzą się też bardzo wąskie wstążeczki.

Gotowe. Udanej zabawy!




0 komentarze:

Zaparcia nawykowe u dwulatka, czyli jak oswoić dziecko z kupą (cz. 2. - psychika)

16:46 Gosia Komentarzy: 2

zaparcia nawykowe u dziecka

Psychika odgrywa OGROMNĄ rolę w przypadku zaparć, które pojawiają się w okolicy 2. roku życia. Powód jest dość prosty. Właśnie w tym wieku dziecko zaczyna zauważać procesy fizjologiczne, na które wcześniej nie zwracało większej uwagi. Widzi i czuje, że coś dziwnego się dzieje, że coś (pisząc wprost) z niego wychodzi, a ono nie ma pojęcia, co to właściwie jest. Po prostu tego nie rozumie, a zwykle jeśli dziecko czegoś nie rozumie, to zaczyna się tego bać (nie tylko dziecko zresztą, dorośli też mają taką skłonność). Nie bez znaczenia jest też to, że ok. 2. roku życia następuje pożegnanie z pieluchą i przesiadka na nocnik, co dodatkowo nasila stres związany z całym procesem wydalania.

Lęk to więc często główny winowajca problemów z wypróżnianiem się u dzieci. Trzeba zwracać uwagę na dietę i odpowiednią ją zmodyfikować, ale jeśli nie zatroszczysz się o komfort psychiczny dziecka - problem zaparć może się ciągnąć w nieskończoność. Poniżej kilka przetestowanych przez nas sposobów na to, jak oswoić dwulatka z kupą.

Stwórz pozytywną otoczkę. Żadnego krytykowania, wyśmiewania. Żadnych krzyków, kar czy gróźb. Żadnego - nawet mówionego w żartach - podśmiewania się, że kupa jest "fe!" czy że śmierdzi (bo dziecko od razu wysnuje wniosek, że skoro śmierdzi, to lepiej byłoby jej nie robić). Wypróżnianie się MUSI kojarzyć się pozytywnie. Warto powtarzać, że kupa jest fajna, że wszyscy lubią ją robić.

Chwal i gratuluj. Po każdej zrobionej kupie warto cieszyć się wręcz do przesady. Gratulować, bić brawo, a nawet dzwonić do babci, żeby dziecko mogło się pochwalić. Babcia oczywiście też powinna rozpływać się w zachwytach. Można mówić "ale super kupkę zrobiłeś!", "strasznie się cieszę, że zrobiłeś kupkę!" itp. I tak po KAŻDEJ kupce.

Nagradzaj. Wprowadziliśmy u siebie mały system nagradzania. Poszłam do sklepu i nakupiłam mnóstwo drobnych zabaweczek. Ale takich naprawdę drobnych, po kilka, góra kilkanaście złotych każda (np. notesik, magnes na lodówkę, kredki, naklejki). Coś symbolicznego. Taki prezencik wręczałam Lence po KAŻDEJ zrobionej kupce. Z czasem, kiedy tylko czuła, że coś nadchodzi, przestała powstrzymywać, lecz siadała na nocnik, powtarzając "Lenka zrobi kupkę i dostanie prezencik!". Od razu uprzedzam głosy, że to niewychowawcze. Lenka już normalnie się załatwia na nocnik, o prezenciki nie woła - system spełnił więc swoją rolę i żadnej "szkody" nie wyrządził.

Czytaj i rozmawiaj o kupie. Pamiętam, jak jeszcze przed ciążą trafiłam na informację, że wydana została książka o kupie. Dziwiłam się, na co komu taka książka. Teraz już wiem. Z czystym sumieniem polecam "Małą książkę o kupie". Warto ją z dzieckiem czytać bądź po prostu przeglądać. To świetny sposób na to, żeby kupa kojarzyła się jednoznacznie z czymś całkowicie normalnym, czymś, czego nie trzeba się bać.



Zapraszam też do lektury pierwszej części poświęconej zaparciom nawykowym: Zaparcia nawykowe u dwulatka, czyli jak oswoić dziecko z kupą (cz. 1. - badania, dieta, leki)

2 komentarze:

10 pomysłów na świąteczny (i nie tylko) prezent dla dwulatka

17:44 Gosia Komentarzy: 6

prezent dla dziecka

Lada chwila w radio zabrzmi "Last Christmas" (a może już brzmi?), w telewizji pojawi się Kevin. To będzie znak, że najwyższa pora kompletować prezenty. Odnoszę wrażenie, że największe trudności sprawia dorosłym dopasowanie podarunku do wieku dziecka. No bo przecież to, co zachwyci trzylatka, niekoniecznie spodoba się pięciolatkowi - i na odwrót. Poniżej przedstawiam więc kilka propozycji prezentu dla dwulatka (przetestowane na własnym dziecku), które wg mnie z pewnością przypadną do gustu brzdącowi w tym wieku.

Figurki i zestawy z Peppą
Dwuletnie dziecko, które ogląda bajki, ma już zwykle swoich ulubionych bohaterów. Na topie jest bez wątpienia Peppa. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tej bajki, dopóki nie obejrzałam kilku odcinków od początku do końca. Ciepła, sympatyczna, zabawna. Już mnie nie dziwi, skąd takie uwielbienie dla Peppy. Uwielbia ją i Lenka. Od kilku miesięcy nieustannie bawi się figurkami, które dostała od babci. Cudne są również gotowe zestawy nawiązujące do bajki, np. plac zabaw, kamper czy domek. Oczywiście, nie brakuje też zestawów z innymi bohaterami bajek, jeśli więc dziecko zapałało miłością do Maszy czy Elsy, bez problemu w sklepie znajdziemy nawiązujące do nich zabawki.

Interaktywny Kubuś Puchatek
Nie po raz pierwszy będę wyrażać swój zachwyt nad interaktywnym Kubusiem Puchatkiem (na blogu możecie przeczytać recenzję). Wspominam o nim ponownie, ponieważ obecnie jest to jedyna zabawka, którą Lenka bawi się niezmiennie już od ponad pół roku. A sami przyznacie, że w przypadku dwulatka jest to naprawdę niezły wynik. Polecam z czystym sumieniem.

Minikuchnia i warzywa do krojenia
Dwa, trzy lata to idealny wiek, aby podarować dziecku zabawkową kuchnię. Lenka chętnie udaje, że gotuje obiad, potem zmywa naczynia, układa talerze i sztućce. Dobrym dodatkiem do takiej kuchni może być zestaw drewnianych warzyw do krojenia. Ich krojenie to nie tylko fajna zabawa, ale i świetny trening dla dziecięcych dłoni i palców.

Książki do wycinania i rysowania
Ciekawym pomysłem na prezent dla dwulatka mogą być wszelkiego rodzaju książeczki. Lenka chętnie słucha o losach Kici Koci czy Kubusia Puchatka. Polecam również książeczki, które służą nie tylko do czytania, np. "Basia i zwierzaki" - to połączenie pełnego rodzinnego ciepła opowiadania o przygotowaniach do Świąt i zestawu kreatywnego, składającego się z plansz do wycinania i naklejek. Na planszach narysowane są zwierzęta, które po wycięciu można powiesić na choince.

Stempelki
Bardzo fajna zabawa plastyczna dla dwu-, trzyletnich dzieci. Kiedy Lenka dostała od nas stempelki, przepadła na długo, odciskając na kartce kolejne zwierzątka. Wybór stempelków jest bardzo szeroki, od zwierzątek, przez literki (to propozycja dla może troszkę starszych dzieci), po - jakżeby inaczej - Peppę.

Ciastolina
Oj tak, ciastolina to coś, co robi prawdziwą furorę, głównie za sprawą ciastoliny Play Doh i oferowanych do niej zestawów, takich jak kawiarenka czy babeczkowy festiwal. O ile zestawy będą odpowiednie raczej dla trzyletniego dziecka, o tyle samą ciastolinę można podsunąć już dwu-, dwuipółlatkowi (zalecam jednak zabawę pod nadzorem dorosłego, bo dziecko może nabrać ochoty na skosztowanie ciastoliny). Oczywiście w sklepach dostępne są również ciastoliny innych firm.

Piasek kinetyczny
Piasek kinetyczny to druga zabawka plastyczna, która od pewnego czasu święci triumfy. I powiem szczerze, wcale się nie dziwię. Sama uwielbiam się nim bawić. Piasek, podobnie jak ciastolinę, kupić można solo, jak i w zestawie z foremkami. Polecam, naprawdę świetna zabawa.

Znikopis
Rysowanie na znikopisie jest nie tylko fajne, ale i... bardzo ekonomiczne. Nie trzeba kupować kolejnych bloków, wystarczy zmazać i gotowe. Choć z drugiej strony może to być i wada - czasem warto zachować na pamiątkę pierwsze niedbałe rysunki dziecka, a do tego niezbędna jest tradycyjna kartka i kredka. Mimo to - znikopis gorąco polecam, szczególnie taki, który posiada dodatkowo "stempelki" o różnych kształtach.

Puzzle
Puzzle to jedna z tych ponadczasowych zabawek (obok np. klocków), które sprawdzą się jako prezent zawsze i wszędzie. Warto jednak pamiętać o tym, żeby do wieku dziecka dostosować liczbę elementów składających się na obrazek. Jeśli dziecko otrzyma puzzle zbyt skomplikowane, szybko się zniechęci i zamiast się bawić, będzie sfrustrowane. Dla dwulatka polecam puzzle CzuCzu, np. Safari albo Zwierzątka na wsi.

Karty obrazkowe
Jeśli nie znacie kart obrazkowych z serii Kapitan Nauka, pora to zmienić. To naprawdę świetne zestawy przeznaczone dla dzieci w różnym wieku. Karty dla dwulatków znajdziecie tu. My mamy m.in. "Angielski dla malucha. Pierwsze słowa". Polecam również karty z szablonami Zwierzęta, wydawnictwa Wilga.




6 komentarze:

Zaparcia nawykowe u dwulatka, czyli jak oswoić dziecko z kupą (cz. 1. - badania, dieta i leki)

14:38 Gosia Komentarzy: 8

zaparcia nawykowe u dwulatka

Wszystko zaczęło się, gdy Lenka miała półtora roku. Nagle, z dnia na dzień, pojawiły się problemy z wypróżnieniem. Doszło do tego, że kiedy Lenka czuła, że musi zrobić kupę, wdrapywała się na moje kolana, obejmowała rączkami moją szyję i z płaczem zaczynała gnieść. Do dziś na wspomnienie tych momentów boli mnie serce. Wówczas problem dotyczył przede wszystkim tego, że kupa była bardzo twarda, a więc i wypróżnienia bolesne. Co ciekawe, nie było problemów z częstotliwością. Za radą pediatry zmieniliśmy dietę, zwracaliśmy uwagę na to, ile Lenka pije (Akurat w wieku półtora roku miała taki okres, że piła bardzo mało. Po prostu nie chciała. Kombinowałam więc z kubeczkami, słomkami, a nawet poiłam łyżeczką, byle piła więcej).

Kiedy już myślałam, że idzie ku dobremu, bo kupka stała się normalna, a wypróżnienia przestały wiązać się z płaczem i bólem, pojawił się inny problem - znacznie zmniejszyła się częstotliwość. Normą stało się wypróżnianie co 4-5 dni, zdarzały się nawet odstępy sześciodniowe. To, ile nerwów kosztują rodzica zaparcia u dziecka, jest w stanie zrozumieć wyłącznie osoba, która miała do czynienia z taką samą sytuacją. Codzienne zastanawianie się, czy kupa będzie dzisiaj, a jeśli nie - to kiedy. Odliczanie każdego dnia, znaczenie w kalendarzu tych dni, kiedy było wypróżnienie. Koszmar. 

O robieniu kupy do nocnika nawet nie było mowy. Gastrolog stwierdził leniwe jelita. Ja jednak czułam, co potwierdził pediatra, że problem może być bardziej złożony. W tym, że ma podłoże psychiczne, utwierdziłam się, kiedy zauważyłam, że Lenka powstrzymuje kupę. Najzwyczajniej się boi ją robić. Podejrzewam, że jedno wynikło z drugiego, czyli początkowy ból doprowadził do lęku przed wypróżnianiem, a problem potęgowała dodatkowo spowolniona praca jelit. 

Jak sytuacja wygląda dzisiaj? Lenka wypróżnia się na nocnik, bez obaw i strachu, co 2-3 dni, czasem udaje się nawet codziennie. Po roku walki z zaparciami w końcu mogę powiedzieć, że udało nam się ją wygrać, choć zdarzają się jeszcze dłuższe odstępy, np. kiedy wyjeżdżamy. Wiem, że problem jest bardzo powszechny. Tak powszechny, że - z tego, co czytałam - niektórzy pediatrzy uznają zaparcia nawykowe u dwulatka wręcz za normę rozwojową. Fakt jest jednak taki, że problemu nie można lekceważyć, bo może się nasilać.

BADANIA

Oczywiście, jeśli u dziecka pojawiają się zaparcia, konieczna jest wizyta u pediatry. Warto też wykonać badania, które pozwolą wykluczyć różne możliwe przyczyny, np. badanie z krwi poziomu hormonów tarczycy, ponieważ czasem zaparcia związane są z niedoczynnością. Koniecznie trzeba zrobić USG jamy brzusznej, żeby ocenić jelito grube, sprawdzić, czy zaparcia nie doprowadziły do np. poszerzenia go. Jeśli nie ma żadnych fizjologicznych źródeł zaparć, prawdopodobnie przyczyną kłopotów jest dieta i - zwykle przede wszystkim - lęk. 

DIETA

Ujmując w skrócie, najważniejsze są dwie rzeczy: dużo błonnika i jeszcze więcej wody. Nie wystarczy jednak zwiększyć ilość błonnika, bo przy niedoborze wody może to doprowadzić wręcz do nasilenia problemu. Dziecko musi dużo pić, przy czym do ilości przyjmowanych płynów wliczają się też np. zupy. Jakie konkretne produkty warto włączyć, a jakie wykluczyć z diety dziecka?

Zapierająco działa m.in. ryż, ziemniaki, banany, czekolada  (czy ogólnie słodycze), kakao (ja zamiast kakao daję kawę zbożową). Wprowadzić należy produkty z wysoką zawartością wspomnianego włókna pokarmowego, np. wszelkie warzywa (ale odpada gotowana marchewka), kasze, pieczywo typu graham. Zapierać może żółtko jajka, więc ilość podawanych dziecku jajek też warto mieć pod kontrolą. Bardzo dobrze na jelita działają owoce z drobnymi pestkami, np. maliny, truskawki, kiwi, porzeczki, oraz oczywiście jogurty (ale prawdziwe jogurty, nie serki dla dzieci przeładowane cukrem).

Bardzo pomocne są suszone owoce, szczególnie suszone śliwki. Korzystałam z nich na dwa sposoby. Najpierw gotowałam kompot, a następnie śliwki z kompotu miksowałam z kefirem i tak powstawał koktajl. Do koktajlu dodawałam też zwykle odrobinę miodu. Oczywiście można też dodać inne owoce, np. wspomniane maliny czy kiwi. O dziwo, Lenka bardzo polubiła koktajl śliwkowy. Nie dawałam jednak za często, żeby się jej nie znudził. Zazwyczaj co 3-4 dni.

W walce z zaparciami niezastąpione są płatki owsiane, problem w tym, że nie każde dziecko lubi jeść owsiankę. Lenka niestety należy do tych, które za nią nie przepadają. Starałam się jednak jakoś te płatki przemycać. Zwykle mieszałam je z jogurtem i owocami. Można też oczywiście dodać suszone śliwki, ale przed podaniem warto je sparzyć (po prostu nasypać śliwek do garnuszka i zalać wrzątkiem, aż rozmiękną) albo - tak jak pisałam - wcześniej ugotować kompot. Robię też placuszki owsiane: płatki łączę z jajkiem, startym jabłkiem i cynamonem.

Teraz sposób, który poleciła nam znajoma gastrolog. Nasiona lnu, ale nie te zmielone, tylko w całości. Warto zacząć np. od jednej łyżeczki dziennie i przy braku rezultatów zwiększać ilość. Lence podawałam nawet 3-4 łyżeczki. Co ważne, len należy podawać codziennie, żeby pobudzić jelita do pracy. I co jeszcze ważniejsze, najpierw należy go sparzyć lub zagotować w małej ilości wody, aby wytworzył się śluz (ja robię tak, że nasypuję określoną ilość nasion do szklanki, zalewam niewielką ilości wrzątku i odstawiam, aż wydzieli się śluz i wszystko zgęstnieje; nic nie trzeba odcedzać). Tu też pojawia się problem, jak takie nasiona przemycić. Ja dodawałam (i nadal dodaję) np. do zupy, koktajlu, jogurtu, czyli do płynnych pokarmów, z którymi po prostu go łatwiej wymieszać.

Polecam prowadzenie dzienniczka, przynajmniej przez jakiś czas. Czyli bierzemy do ręki zeszyt i zapisujemy, co dziecko jadło każdego dnia (zapisujemy wszystko). To pomoże wyłapać, czy jakiś konkretny produkt działa zapierająco. Warto też znaczyć w kalendarzu dni, w których było wypróżnienie. To naprawdę ułatwia orientację w temacie.

LEKI

Do wszelkich leków na zaparcia podchodzę sceptycznie, może dlatego, że u Lenki kompletnie nie działały. Nie było w ogóle efektu po syropie Lactulosum. Słabo działały też makrogole, np. Forlax, Dicopeg Junior czy Xenna Junior. Warto wiedzieć, że makrogole są dość bezpieczne, bo nie rozleniwiają jelit. One działają na zasadzie pochłaniania wody (dlatego przy ich podawaniu dziecko musi naprawdę dużo pić!), a przez to zwiększania objętości stolca, w efekcie dziecko powinno częściej czuć potrzebę wypróżniania. Pediatra nas uprzedzał, że po Forlaxie mogą pojawić się nawet 3 kupy dziennie. No cóż, tak nie było. Mimo to lek podawałam przez kilka miesięcy, uzyskując przy tym wypróżnienia co 3-4 dni, bo przy niepodawaniu go w ogóle odstępy były jeszcze większe.

Czopki. Ciężki temat. Lenka bardzo się bała czopków. Po pierwszym przez długi czas powtarzała: "Lenka nie chce czopka", a mi się aż płakać chciało. Starałam się dawać więc jak najrzadziej, tylko w wyjątkowych sytuacjach, a więc kiedy np. nie było kupy przez 6 dni. Aż takie odstępy zdarzały się jednak na szczęście dość rzadko, więc przez ten rok walki z zaparciami czopka podałam tylko kilka razy.

Podstawę w przypadku zaparć u dziecka stanowi dieta i to od jej zmiany - nieraz bardzo drastycznej - trzeba zaczynać. Stosowanie jakichkolwiek leków należy skonsultować z pediatrą. 

Co jednak zrobić, kiedy dieta jest w porządku, a zaparcia nadal są? Tu problem się komplikuje, bo to oznacza, że źródła szukać trzeba w psychice i w pojawiającym się akurat w okolicach 2. roku życia lęku przed wypróżnianiem. Skąd ten lęk i jak go pokonać, o tym w drugiej części.

8 komentarze:

Jak odpieluchować dwulatka? Studium przypadku.

12:58 Gosia Komentarzy: 18

jak odpieluchować dwulatka

Lenka ma dokładnie 2,5 roku. Od około tygodnia nie nosi pieluszki. Zakładamy ją tylko na noc i drzemkę oraz na dłuższe wyjścia. Jak przekonać dwulatka do korzystania z nocnika? I właściwie - kiedy jest TEN odpowiedni moment, żeby zacząć żegnać się z pieluszką? 

Kiedy zacząć naukę korzystania z nocnika?
Przyznam szczerze, że od zawsze jednym uchem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam opowieści o tym, jak to już kilkumiesięczne niemowlę jest wysadzane. Z oczywistym podtekstem, że jak to tak, dziecko ma półtora roku i jeszcze nie siusia do nocnika? A jak już przekroczy dwa latka i - o, zgrozo! - nadal nosi pieluszkę, to coś musi być z nim nie tak. Koniec końców okazywało się zwykle, że to kilkumiesięczne niemowlę, mimo że wysadzane już tak wcześnie, i tak "załapywało", o co chodzi dopiero po ukończeniu dwóch lat. Nigdy nie widziałam więc sensu wczesnego wysadzania, skoro dla mnie to było oczywiste, że dopiero półtoraroczne, dwuletnie dziecko jest w stanie zapanować nad fizjologią.

Bez nerwów czekałam więc, aż Lenka skończy półtora roku i powoli zaczęliśmy oswajanie z nocnikiem. Sadzana była zwykle po nocy i po drzemkach. Czasem się udawało, czasem nie. Nigdy nie udawało się zapełnić nocniczka w ciągu dnia. Nie była na to gotowa, trudno. Częstotliwość wysadzania zwiększyliśmy po ukończeniu drugiego roku życia. Po spaniu właściwie niemal zawsze udało się wysiusiać do nocnika, nieco częściej udawało się też w ciągu dnia. Ale ewidentnie Lenka nie była jeszcze gotowa, żeby całkiem pożegnać pieluchy. Trudno. Czekaliśmy dalej.

Pytaliśmy pediatry, kiedy powinna już "załapać", w czym rzecz. Pediatrę na szczęście mamy rozsądnego i uspokajająco mówił, że tego nie da się przyspieszyć. Dziecku musi coś samo "przeskoczyć" w głowie.

I miał rację. Kiedy przestała do nas przychodzić niania, pomyślałam, że fajnie byłoby chociaż kilka razy w tygodniu zaprowadzać Lenkę do klubu dla dzieci. Pomyślałam też, że przydałoby się ją tam posyłać już bez pieluszki. Postanowiłam, że podejmiemy kolejną próbę odpieluchowania. I... udało się! Wprawdzie dwa pierwsze dni spędziliśmy obok sterty zasikanych majteczek, ale z każdym kolejnym było coraz lepiej. Nadal wprawdzie Lenka sama nie woła, ale już nie popuszcza. Widać więc, że świadomie trzyma i czeka, aż się ją posadzi. 

Kiedy więc zacząć nocnikowanie? Odpowiedź wg mnie jest tylko jedna: kiedy dziecko jest na to gotowe

JAK nauczyć korzystania z nocnika?
Moim zdaniem najważniejsze jest odpowiednie podejście, stworzenie pozytywnej atmosfery, bez nacisków i nerwów (które zdarzają się, nie ma co ukrywać, ale trzeba się starać, żeby było ich jak najmniej). Można się zgadzać lub nie z "teoriami" nagradzania i chwalenia, ale wg mnie "metody" te są bardzo pomocne podczas odpieluchowania. Jak to wyglądało u nas?

Za KAŻDYM razem, jak Lenka zrobiła siusiu czy kupkę do nocnika (robieniu kupki poświęcę osobny wpis, bo u nas - w związku z zaparciami - był to temat bardzo skomplikowany, okupiony potem i łzami), chwaliliśmy ją i biliśmy brawo. "Brawo dla Lenki!", "No proszę, Lenka zrobiła siusiu, ale się mama cieszy!", "Super! Lenka jest bardzo dzielna!". Z czasem, kiedy udało się skorzystać z nocnika, Lenka sama zaczęła mówić "Jeeest! Mama jest dumna, tata jest dumny, babcia jest dumna, wujek jest dumny" i tak po kolei wyliczała, kto jest z niej dumny, że zrobiła siusiu czy kupkę. 

Bardzo, bardzo pomocne okazały się książeczki o nauce robienia do nocniczka (hitem jest dla mnie "Mała książka o kupie", ale - tak jak pisałam - temu tematowi poświęcę osobny obszerny wpis). W kółko czytaliśmy więc książeczki "Marysia żegna pieluszkę" i "Kicia Kocia i Nunuś. Na nocniku". Do wyboru są jeszcze m.in. "Tupcio Chrupcio. Żegnaj pieluszko" i "Nocnik nad nocnikami".



A co z majtkami treningowymi
Tak, istnieje taki wynalazek. Kupiłam nawet kilka sztuk. Mam jednak mieszane uczucia. Z jednej strony są bardziej chłonne niż majteczki bawełniane, z drugiej jednak - majtki tak czy siak są mokre i trzeba je przebrać, nieraz trzeba też zmienić spodenki, bo przy dużej ilości moczu żadne majtki nie są w stanie go w całości zatrzymać. Wg mnie na sam początek nocnikowania lepsze są zwykłe bawełniane majteczki, bo i tak będą zmoczone. Majtki treningowe lepiej zakładać, jak już dziecko siusianie do nocnika ma z grubsza opanowane i tylko od czasu do czasu jeszcze zdarzy się mu popuścić. Wtedy mamy pewność, że tę odrobinę moczu majtki zatrzymają, spodenki nie zostaną zmoczone, a my zdążymy posadzić dziecko na nocniku, żeby "dorobiło" resztę.

Nocnik czy nakładka na sedes?
Dla nas, rodziców, bardziej praktycznym rozwiązaniem jest nakładka, bo siusiu i kupka trafiają wprost do kanalizacji. Tak naprawdę jednak wszystko zależy od preferencji dziecka. My mamy i nocnik, i nakładkę, lecz Lenka zdecydowanie woli nocnik. Tak jak już pisałam wielokrotnie: nic na siłę. Z czasem dziecko polubi i sedes.

Jeśli macie pytania odnośnie odpieluchowania dwulatka, piszcie śmiało. Ekspertem nie jestem, ale może akurat wspomogę radą czy dobrym słowem.

Polecam też wpis sprzed ponad roku: Dlaczego jeszcze nie nocnikuję Lenki

18 komentarze:

'Naciśnij mnie', czyli interaktywność bez migających światełek i ogłuszających melodyjek

15:30 Gosia Komentarzy: 3

książka dla dziecka

Niby nic. Ot, kilka kolorowych kropek. Pomyślałam jednak, że skoro "Naciśnij mnie" jest światowym bestsellerem, to musi coś w sobie mieć. Pierwszy kontakt Lenki z książką obył się bez fajerwerków. Miała wtedy około półtora roku. Książka powędrowała więc na półkę, aby doczekać lepszych czasów.

I doczekała się. Przypomniałam sobie o niej kilka dni temu. Posadziłam Lenkę na moich kolanach i rozpoczęła się zabawa. Lenka z ogromnym zapałem klaskała, dmuchała, potrząsała, a każdemu przewróceniu strony towarzyszyło pełne radości "ha!". 

Teraz już wiem, że to nie są TYLKO kropki. Autor, Herve Tullet, wpadł na pomysł niezwykły: nadał książce cech interaktywności. I to bez plastiku, bez migających światełek i ogłupiających melodyjek (o swojej niechęci do takich wynalazków pisałam tutaj; jedynym - jak na razie - wyjątkiem, czyli interaktywną zabawką, którą uwielbiam, jest śpiewający Kubuś Puchatek). Trzeba więc dotknąć kropkę, aby ta zmieniła kolor, potrząsnąć książką, żeby kropki przesypały się na drugą stronę, albo dmuchnąć, żeby poleciały ku górze.

Świetna propozycja dla co najmniej dwuletniego dziecka.






3 komentarze:

Rok w zawieszeniu

18:05 Gosia Komentarzy: 19

niepłodność

Jesień 2015 r. Dojrzewa we mnie myśl, że pora na drugie dziecko. Jak to ja, opracowuję dokładny plan. Jeśli uda się od razu, tak jak przy Lence (a przecież na pewno się uda), to już na Boże Narodzenie będę głaskać dwu-, trzymiesięczny brzuszek. Urodzę na wakacjach, więc też idealnie - teściowa (nauczycielka) będzie mogła przyjechać dwa tygodnie przed terminem, żeby zająć się Lenką, w razie porodu. Szybko kalkuluję, że okres największych mdłości przypadnie na Święta (bo przecież wszystko miało być tak samo jak za pierwszym razem). Zastanawiam się, czy to jednak dobry moment, bo na grudzień miałam dostać duże zlecenie. Jak ja wywiążę się z umowy, jeśli leżeć będę z miednicą pod brodą? No ale ok, jakoś sobie poradzę.

Później wszystko się spieprzyło.

Po pierwszym cyklu miesiączka nadeszła zgodnie z rozkładem. Nie za pierwszym, to za drugim na pewno się uda. Grudzień, tuż przed Świętami. Znowu jak to ja, już obmyślałam, jak obwieszczę rodzinie radosną nowinę. Krew. Jak to krew? Wigilia 2015 r. - chyba najsmutniejsza w moim życiu. Niemrawo przeżuwałam karpia, zastanawiając się, co może być ze mną nie tak. Po kilku dniach wyszłam z dołka i ponownie wstąpiła we mnie nadzieja. Do trzech razy sztuka. W styczniu okazuje się jednak, że wcale nie do trzech. Próbujemy więc dalej. Na razie bez leczenia, bez konsultacji, bo przecież niemożliwe, żebym JA musiała się leczyć.

A później spieprzyło się jeszcze bardziej.

Luty. Pierwsze poronienie (klik). Choć czasem wolę używać określenia "ciąża biochemiczna". Poronienie niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. Emocji, którym momentami chciałam dawać upust, a momentami wolałam odsuwać od siebie, dystansować się od nich, żeby nie zwariować. To był moment, kiedy trzeba było przypomnieć o sobie ginekologowi prowadzącemu pierwszą ciążę.

"Pani Małgosiu, na 99% to wina trochę za wysokiego TSH". Dobrze, to lecimy z tym koksem, w ruch idzie Euthyrox. Prosta sprawa. Ureguluję tarczycę, potem pójdzie jak z płatka. Kolejne miesiące upływają jednak pod znakiem jednej kreski. Aż do lipca.

Myślałam, że już bardziej się spieprzyć nie może. A jednak.

W lipcu drugie poronienie. Choć ginekolog nie potrafi mi dać jednoznacznej odpowiedzi, czy faktycznie było. Na testach dwie kreski, które jednak na drugi dzień zniknęły. Obraz na USG niejednoznaczny, podobnie jak beta. Było czy nie było - nieświadomość chyba jeszcze gorsza.

Mina ginekolog uświadomiła mi, że TSH to chyba będzie mały pryszcz przy tym, co mnie czeka. Okazuje się, że estradiol za niski, endometrium marne. Lecimy więc z estrogenami i - profilaktycznie - z progesteronem.

Po dwóch miesiącach kuracji iskierka nadziei, że coś się poprawia. "Pani Małgosiu, no piękne endometrium!". Ale co z tego, skoro nagle pęcherzyki postanowiły sobie nie pękać? Po kolejnym cyklu bezowulacyjnym wybuchnęłam śmiechem i odparłam "pani doktor, już mi wszystko opadło".

Wrzesień. Pierwszy cykl wspomagany Clostilbegytem. Na odchodne ginekolog, chyba widząc moją zrezygnowaną minę, rzuca pocieszająco "Pani Małgosiu, próbujemy dalej, nie poddajemy się".

Co będzie dalej? Czy za rok pojawi się na tym blogu kolejny wpis, tym razem o jesieni 2016 r., kiedy miałam już za sobą 12 miesięcy bezowocnych starań? Czy może wtedy będę już tulić braciszka lub siostrzyczkę Lenki?

Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nauczyłam się, że czasem nie warto przywiązywać się do swoich planów. Dostałam pstryczka w nos od losu (czy raczej porządnego sierpowego), który chyba chciał mi pokazać, że plany to ja mogę sobie wsadzić gdzieś. Nauczyłam się, żeby nigdy nie mówić nigdy. Ja, która bałam się hormonów jak diabeł święconej wody i nigdy nie tknęłam pigułek, ładuję teraz w siebie garść leków, czasem przepraszając w myślach swój organizm, że tak w niego ingeruję.

Patrząc na ten ostatni rok, chce mi się śmiać, trochę przez łzy. Ale czy coś innego mi zostało?

19 komentarze:

Delikatne chusteczki nawilżane Ebebe Natural

13:30 Gosia Komentarzy: 0

chusteczki nawilżane

Nie wyobrażam sobie macierzyństwa bez nawilżanych chusteczek. Serio. Używamy ich od ponad dwóch lat, a więc od momentu narodzin Lenki. Są niezawodne nie tylko wtedy, gdy trzeba przemyć pupę. Zawsze zabieram paczkę chusteczek na spacer, bo wiem, że gdy po zabawie w piasku Lenkę najdzie ochota na przekąskę, będę mogła (przynajmniej z grubsza) wyczyścić jej rączki. A kiedy wysmaruje buzię jakimś smakołykiem, chusteczka też idzie w ruch.

Ok, wiem, że – przynajmniej w domu – można do przemycia pupy po „grubszej sprawie” używać zwilżonych wacików i podziwiam te mamy, którym się chce to robić. Nie będę ukrywać: uważam, że macierzyństwo trzeba sobie ułatwiać, a nie utrudniać (lub jak kto woli: bywam po prostu leniwa). Chusteczki więc u nas były, są i pewnie jeszcze długo będą.

Przez te dwa lata przetestowałam sporo chusteczek nawilżanych dla dzieci. Jedne były mniej udane (za suche, o dziwnym zapachu, załadowane chemią), inne bardziej. Niedawno w moje ręce trafił nowy nabytek: chusteczki Ebebe Natural. Jak się sprawują?

Tym, co w nich uwielbiam, jest cudowny zapach. Naprawdę, mam ochotę trzymać w dłoni chusteczkę i tak sobie wąchać. Świeży, lekki, ale nie mdły ani nie przytłaczający. Drugi plus za stopień nawilżenia chusteczek. Zdarzyło mi się używać chusteczek, które były za suche i zwyczajnie nie radziły sobie z zabrudzeniami, zdarzyły się też takie, które były zbyt wilgotne i nawet przy lekkim dociśnięciu woda się niemal z nich wylewała. Ani taka, ani taka wersja mi nie odpowiada. Chusteczki Ebebe są nawilżone w sam raz. Świetnie radzą sobie z zabrudzeniami, ale nie sprawiają, że skóra pozostaje mokra.

To teraz pora na skład chusteczek. Uprzedzam, że chemikiem nie jestem i zazwyczaj lista składników bywa dla mnie dość niezrozumiała. Wiem jednak, że unikać należy – szczególnie w kosmetykach dla dzieci – parabenów i alkoholu. I w chusteczkach Ebebe ich nie ma, podobnie jak PEG-ów. Jest natomiast m.in. naturalny sok z liści aloesu i ekstrakt z rumianku. Jeśli nie orientujemy się za bardzo w chemicznym nazewnictwie, zawsze warto po prostu ocenić długość składu – zazwyczaj im krótszy, tym lepiej. W przypadku chusteczek Ebebe składników jest 11. Są wprawdzie chusteczki o krótszej liście, ale trafiłam też na takie, które mają ich aż ok. 20.

Polecam, bo to naprawdę jedne z lepszych chusteczek, jakich miałam okazję używać. Opakowanie zawiera 72 szt. i kosztuje 6 zł. Kupić można tu.


0 komentarze:

5 dowodów na to, że bycie mamą dwulatka jest naprawdę fajne

14:22 Gosia Komentarzy: 6


Wielu rodziców z niepokojem wypatruje momentu, kiedy ich dziecko stanie się dwulatkiem. Tak, DWULATEK, to brzmi groźnie, bo nieodłącznie kojarzy się z buntem. I choć rzeczywiście zdarzają się gorsze momenty, z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że dwulatek jest naprawdę fajną istotką. Może więc tym wpisem dodam trochę otuchy rodzicom, którzy straszeni są wizją histerycznych scen z udziałem ich jeszcze_wciąż_aniołka. Otóż, uwaga, bycie rodzicem dwulatka bywa naprawdę fajne. Mam na to dowody.

1. Rozumie, co do niego mówisz. To prawda, że już niemowlęta mniej lub bardziej łapią, co oznaczają wypowiadane przez ciebie słowa. Ale jakość tej komunikacji nabiera całkowicie innego wymiaru, kiedy dziecko ma więcej niż dwa lata. 

Do tej pory, kiedy mówiłam coś do Lenki, liczyłam się z tym, że znaczenia połowy słów może nie zrozumieć, nie mówiąc już o otrzymaniu sensownej odpowiedzi. Teraz nie jest to już jednostronny monolog, lecz prawdziwa interakcja. Kiedy opowiadam coś Lence, ona patrzy na mnie tymi swoimi rozumnymi oczami i na końcu przytakuje/robi to, o co poprosiłam/nie robi tego, o co poprosiłam, ale tłumaczy powód podjęcia takiej, a nie innej decyzji. To naprawdę cudowne uczucie wiedzieć, że dziecko NAPRAWDĘ ROZUMIE słowa, które płyną z twoich ust.

2. Mówi, śpiewa, opowiada. Oczywiście, dzieci rozwijają się w różnym tempie, ale zwykle dwulatek potrafi już sklecić pierwsze proste zdania, a dwuipółletnie dziecko nieraz już opowiada przeżycia z całego dnia i śpiewa krótkie piosenki. 

Uwielbiam słuchać, jak Lenka mówi. Z jakim namaszczeniem próbuje ubrać swoje myśli w słowa, jak sama siebie poprawia, kiedy słyszy, że powiedziała coś innego, niż chciała powiedzieć. Lubię patrzeć, ile emocji wkłada w to, żeby opowiedzieć wszystko to, co chce mi przekazać. A już w szczególności chwyta mnie za serce moment, kiedy śpiewa od początku do końca "wlazł kotek na płotek".

3. Potrafi powiedzieć, że KOCHA. Jeśli już wspomniałam o chwytaniu za serce, to ten punkt zdecydowanie należy do kategorii najbardziej wzruszających. Każdy rodzic czeka na moment, kiedy usłyszy z usteczek swojego dziecka słowo "kocham". I zwykle moment ten następuje właśnie po drugich urodzinach.

Początkowo to ja dopytywałam Lenkę, kogo kocha. Odpowiadała mi więc: "mamusieee, tatusiaaa, babcieeee, dziadziaaaa, pieskaaa, ciocieee, wujkaaa" i tak wymieniała wszystkich, kogo zdołała sobie przypomnieć. Pewnego dnia zaskoczyła mnie jednak, podchodząc do mnie, uśmiechając się psotnie i mówiąc: "kocham cię". Nie "Lenka kocha mamusię", lecz w pierwszej osobie "kocham cię". No, kto by się nie wzruszył?

4. Jest coraz bardziej samodzielny. Dwulatek to już nie jest dzidziuś, wokół którego wszystko trzeba robić samemu. To dziecko coraz bieglejsze w tzw. samoobsłudze. Rozumie też, że przed wyjściem gdziekolwiek czasem trzeba poczekać i wykonać określone czynności.

Kiedy rzucam hasło: "idziemy na spacer", u Lenki włącza się tryb "szykuj się do wyjścia". Szuka bucików, sama je sobie zakłada, wkłada do koszyczka przy rowerku bidon z piciem, każe się nasmarować kremem (czy raczej sama próbuje, odpychając moje dłonie i mówiąc "ja sama!!"), do tego przypomina mi, że jeszcze trzeba zabrać czapeczkę i na koniec zamknąć drzwi. Po powrocie sama biegnie do łazienki, stawia przed umywalką podest, wchodzi na niego, puszcza wodę i myje ręce (choć jeszcze musimy opanować namydlanie dłoni). Ileż czasu dzięki temu człowiek zyskuje dla siebie <lekka nutka ironii>.

5. Bo po prostu jest. I każdego dnia dziwisz się, jak jeszcze dwa lata temu (czy dwa i pół roku temu, bo przecież już niedługo Lenka będzie mieć DWA I PÓŁ!) mogłaś żyć bez tego łobuziaka.

6 komentarze:

Atojestmoje, czyli co zrobić, jeśli twoje dziecko notorycznie gubi swoje rzeczy

10:43 Gosia Komentarzy: 5


Piórnik? Jest. Zeszyt? Jest. Kredki? Są. Wrzucasz wszystko do małego plecaczka, zakładasz na plecy swojemu brzdącowi (z łezką wzruszenia, bo on/ona tak szybko rośnie...) i ruszacie na podbój przedszkola. Już po kilku dniach gubi się pudełeczko z kredkami, potem zapodziewa się gdzieś piórnik, a na domiar złego w otchłani przedszkolnej ginie też bluzeczka z ukochaną Peppą. W rzeczywistości więc proces kompletowania wyprawki przerabiasz kilka razy w roku. 

Problem gubienia rzeczy nie jest wyłącznie domeną przedszkolaków. Mamy starszych dzieci pewnie kiwną potakująco głową, przypominając sobie, jak ich Ania czy Kacper nieraz wraca ze szkoły bez stroju gimnastycznego czy w butach kolegi/koleżanki, bo wyglądały identycznie i zostały zamienione w szatni. Można podpisywać flamastrem? Można. Można bawić się w wyszywanie inicjałów? Też można. Ale istnieje jeszcze inne - zdecydowanie łatwiejsze i mniej czasochłonne - rozwiązanie. Jakie?

Naklejki atojestmoje powstały właśnie z myślą o dzieciach, którym zdarza się zapodziać swoje rzeczy (czy raczej z myślą o obolałych portfelach ich rodziców). Wystarczy wejść na stronę http://atojestmoje.pl i zaprojektować swoją naklejkę i/lub naprasowankę. Wybieramy tło, ikonę, która ozdobi naklejkę, oraz rodzaj i kolor czcionki, za pomocą której umieścimy na naklejce podpis. Do dyspozycji mamy maksymalnie trzy wersy, można więc zamieścić samo imię, ale można też wstawić imię, nazwisko i np. numer telefonu do rodzica. Osobno można zaprojektować naklejkę i osobno naprasowankę. Zestaw 72 naklejek (lub naprasowanek) to koszt 29 zł (plus przesyłka).

Producent obiecuje, że naklejki/naprasowanki są bardzo trwałe. Aby tę trwałość przetestować, naklejki umieściłam na talerzyku i kubeczku, a naprasowankę na plecaku. Po kilkakrotnym myciu wodą i płynem do mycia naczyń naklejki wciąż są w doskonałym stanie. Plecak natomiast został wyprany. Jak widać (zdjęcia wykonane po praniu), naprasowanka również nadal w świetnej formie. Nie trzeba więc obawiać się konieczności każdorazowego sięgania po nową naklejkę po kontakcie przedmiotu z wodą.

Naklejki atojestmoje to przydatny gadżet nie tylko do szkoły. Sprawdzą się wszędzie tam, gdzie dziecko przebywa w większej grupie, a więc np. na kolonii, szkolnej wycieczce, na placu zabawy czy (tfu, tfu) w szpitalu.

Chcecie sprawdzić? Podczas dokonywaniu zakupu wpiszcie kod rabatowy 57c409ba, a otrzymacie 15% zniżki! I dajcie znać, czy pomogły wam uporać się z dziecięcym roztargnieniem.




5 komentarze:

Matka też kobieta: mineralny balsam do rąk i oliwka do ciała z betuliną

14:39 Gosia Komentarzy: 1


Nie przepadam za kremami do rąk i (niestety) nie mam nawyku ich systematycznego stosowania. Kiedy jednak otrzymałam do recenzji balsam do rąk firmy Yope, powzięłam mocne postanowienie poprawy. Balsam więc stanął na półce pod lustrem, tak żeby był takim wyrzutem sumienia i mówił do mnie: "no weź mnie, zadbaj o te swoje dłonie". Więc zadbałam.

Mineralny balsam do rąk Yope z pewnością przyciągnie uwagę wielbicielek ekopielęgnacji. Zawiera 97 proc. składników pochodzenia naturalnego, nie ma za to silikonów, parabenów, olejów mineralnych, PEG-ów. No dobrze, to co w takim razie ma? Oprócz wspominanych w nazwie minerałów jest mnóstwo naturalnych olejów roślinnych, takich jak oliwa z oliwek, masło shea, olej kokosowy czy olej arganowy. Co ważne, oleje te znajdują się w czołówce listy składników, a nie - jak to zwykle bywa - w środku lub na końcu. Tutaj faktycznie oleje grają pierwsze skrzypce.

Balsam jest niezwykle przyjemny w użytkowaniu. Ma świeży, ale bardzo delikatny, nieprzytłaczający zapach. Łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Cudnie nawilża i wygładza skórę.

Duży plus za pojemność, czyli 500 ml, co sprawia, że kosmetyk starcza na naprawdę bardzo długo (choć jeśli ktoś lubi trzymać tubkę z kremem do rąk w torebce, to może to być wada). Kolejny duży plus za dozownik. Tym, co zniechęca mnie do stosowania większości kremów do rąk, jest postać, w jakiej są sprzedawane, czyli we wspomnianej tubce, którą trzeba wyciskać. Tutaj raz, dwa i już krem jest na dłoni.


Drugim kosmetykiem, który trafił w moje ręce, jest oliwka do ciała z betuliną firmy Sylveco. Teoretycznie przeznaczona dla dziecka, ale przetestowałam ją na własnej skórze, bo skóry Lenki nigdy niczym nie smarowałam i wg mnie nie ma takiej potrzeby (ale jak ktoś jednak szuka dobrej oliwki dla dziecka, to tę gorąco polecam).

Oliwka jest hypoalergiczna, zawiera oliwę z oliwek, olej ze słodkich migdałów, wosk pszczeli i betulinę, czyli ekstrakt z kory brzozy, który działa m.in. przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo (więcej o właściwościach betuliny można przeczytać tu).

Generalnie nie przepadam za oliwkami i wszelkimi olejkami do ciała, bo irytuje mnie tłusta warstwa, która pozostaje na skórze. Mam wrażenie, że wszystko się wtedy do mnie lepi. Z oliwką Sylveco jest inaczej. Postanowiłam przetestować ją na nogach, bo ostatnio skóra na nich jest nieco bardziej przesuszona. Już po pierwszym użyciu skóra stała się przyjemnie nawilżona, a co najważniejsze - nie było śladu po tak nielubianej przeze mnie błyszczącej warstewki. Warto kupić - czy to dla siebie, czy dla dziecka.


Produkty kupić można tu: Eco & Well

1 komentarze:

Cała prawda o polskich porodówkach, czyli dlaczego jest źle i lepiej raczej nie będzie

17:58 Gosia Komentarzy: 15

ciąża i poród

Gdzie nie spojrzę, tam alarmujące nagłówki o raporcie NIK, który nie pozostawia suchej nitki na polskich porodówkach. Nie jest dobrze. Standard opieki okołoporodowej nie jest przestrzegany. Zabrzmię pesymistycznie, ale wg mnie jeszcze dłuuugo sytuacja się nie zmieni.

Kojarzycie zagraniczne seriale pokazujące amerykańskie albo brytyjskie porodówki? Lubię oglądać te obrazki. Wyczuwam panujący tam spokój, zaufanie, wzajemną życzliwość. Troskliwe położne okazują rodzącej empatię, z uśmiechem na twarzy dbają o to, żeby to, co nastąpi, nie śniło jej się po nocach jako najgorszy koszmar. Ok, możecie powiedzieć, że to tylko serial. Mam jednak dziwne przeświadczenie, że gdy kamery zostają wyłączone, nic nie ulega zmianie. Atmosfera wciąż jest miła, a położna sympatyczna i pomocna.

A w Polsce? No cóż. W tym przypadku mam przeświadczenie, że w takim serialu po wyłączeniu kamer cała farba życzliwości naniesiona na czas filmowania spłynęłaby w mgnieniu oka. Miła atmosfera by się gdzieś ulotniła. Może przesadzam. Wiem, że są szpitale, gdzie rodzi się z przyjemnością. Wiem, że są położne z powołania. Problem w tym, że i takich szpitali, i takich położnych powinno być o wiele więcej.

Dlaczego tak nie jest? Na nic standardy, na nic ustalone procedury, bo to nie procedury zawodzą, lecz czynnik ludzi. Po obu stronach (choć po jednej szczególnie).

Rodząca powinna domagać się przestrzegania swoich praw. Jak ma jednak to zrobić, gdy ból porodowy zgina ją wpół i gdy przekraczając próg szpitala rośnie w niej przekonanie, że od tego momentu zdana jest na łaskę i niełaskę personelu. Ból, lęk, czy wszystko pójdzie dobrze, poczucie "mniejszości" wobec lekarzy - to wszystko sprawia, że kobieta nie ma ani siły, ani odwagi, żeby upomnieć się o to, co jej się należy. Tak, NALEŻY.

Zawodzi też (czy raczej - przede wszystkim) druga strona "interakcji", czyli personel. Nieco zobojętniały, bo przecież przez porodówkę przewijają się setki kobiet rocznie. Pozbawiony empatii, bo ileż można się uśmiechać i okazywać troskę. Trochę przemęczony i liczący na to, że wszystko pójdzie jak najszybciej (stąd nagminne podawanie oksytocyny).

Nie zmieni się nic, dopóki personel nie zacznie traktować rodzącej jak podmiotu, a nie przedmiotu. Blogosfera aż kipi od nawoływania kobiet w ciąży do tego, aby domagać się swoich praw, gdy już trafią na porodówkę. Jednak dopóki personel nie przywita takiej kobiety z otwartością i empatią, ona nie będzie mieć odwagi, żeby zadbać o przysługujące jej przywileje. 

Dlaczego tak nieustannie piszę o tej empatii i roli personelu szpitala? Bo pamiętam swój poród. Jak szłam z przekonaniem, że komu jak komu, ale mi to asertywności nie brakuje i na pewno zadbam o swoje prawa. Ta pewność siebie ulotniła się, gdy tylko zobaczyłam umęczoną i nieobecną twarz położnej na izbie przyjęć. Położnej, która z ironicznym zapytaniem "sama to pani pisała?" zareagowała na podsunięty jej mój plan porodu. I jak w takiej atmosferze myśleć o czymś takim, jak standard opieki okołoporodowej? Że, kurczę, to ona jest tu dla mnie, a nie ja dla niej.

Poród na Ujastku generalnie wspominam dobrze i za drugim razem pewnie wybrałabym ten sam szpital. Choć teraz, po ponad 2 latach od porodu, pojawił się pewien niesmak. Z czasem dopiero, w miarę uświadamiania sobie, do czego mam prawo, przypomniałam sobie tę kroplówkę z oksytocyną. Kroplówkę, którą położna podłączyła bez słowa wyjaśnienia. Na szczęście byłam na tyle przytomna, żeby zapytać, co ma zamiar wtłoczyć w moje żyły. Przypomniałam sobie stertę papierów podsuwanych do podpisania, gdy skręcałam się z bólu i nie miałam żadnych szans na to, aby przeczytać, co właściwie jest tam napisane.

Aż wreszcie przypomniałam sobie chwyt Kristellera. Tak. Chwyt, który teoretycznie nie jest zakazany (klik), ale który może wyrządzić więcej szkody niż pożytku i już dawno nie powinien gościć na porodówkach. A jednak gości (klik). Jak przez mgłę pamiętam moment, kiedy parłam, a lekarz przyłożył łokcie do mojego brzucha i nacisnął. Chwila, kilka sekund, o których wspomnienie jakoś zatarło się w natłoku emocji. Dopiero niedawno do mnie powróciło.

I w końcu niesmak, że nacięcie krocza jednak było, o czym dowiedziałam się całkiem przypadkiem, pytając niedawno ginekolog, co to za zgrubienie wewnątrz pochwy. "Zgrubienie po nacięciu", powiedziała. "Ale jakim nacięciu", nie zapytałam na głos, ale tak pomyślałam. Przez te 2 lata tkwiłam w przeświadczeniu, że nie byłam nacięta. Byłam, ale nikt nie raczył mnie o tym poinformować.

15 komentarze:

Wpis gościnny: Bałam się dzieci, teraz nie mogę doczekać się swojego...

10:06 Gosia Komentarzy: 3




Mija już prawie pół roku, od kiedy staram się o dziecko. Przez „staram” nie mam na myśli tylko odłożenie antykoncepcji, ale cały plan, który realizuję od wielu miesięcy. Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy to naprawdę ma sens. Może powinnam odpuścić, wrócić do robienia kariery i zwyczajnych codziennych szaleństw (ta niezdrowa kanapka z serem o północy przed snem)? W końcu rok temu bałam się dzieci, a teraz wpadam w depresję, gdy wszystkie testy ciążowe zawsze pokazują tylko jedną kreskę.

Co naprawdę myślałam o dzieciach 
Trudno przyznać się do tego, że naprawdę nie lubi się dzieci. Jest mi łatwiej to powiedzieć teraz, gdy ten fakt zmienił się w przeciągu ostatniego roku. Wcześniej częściowo były mi obojętne, a częściowo naprawdę ich nie znosiłam. Do tej pory mam wrażenie, że jeśli nie polubię rodziców, to ich dzieci tym bardziej. Wiem, że to głupie i przesadzone, ale geny to geny.

Życie wiele razy pokazało mi, że zbyt szybko wydaję osądy, dlatego staram się zmieniać mój wredny charakter na ile umiem i nie myśleć tak szablonowo. Pierwsze bliższe mi dzieci należą do mojej przyjaciółki. Choć nie powiem, nadal wprawiają mnie w lekkie przerażenie. Umiem jednak do nich zagadać, pokazują mi swoje zabawki i opowiadają nowe przygody, więc chyba nie jest ze mną najgorzej. Moja rodzicielka ma naturalne zdolności – gaworzy do dzieci, obdarowuje je słodyczami i zawsze wie, o co zapytać, żeby zagaić rozmowę. Ja z drugiej strony jestem jak jej przeciwieństwo i najczęściej stoję po prostu jak słup soli.

Decyzja o dziecku i nowy światopogląd 
Ja, jedynak, egoista i introwertyk, postanowiłam, że chciałabym mieć dziecko. Nie wiem jak. Pewnego ranka obudziłam się i po prostu wiedziałam, że nadszedł czas. Brzmi jak z opowieść z baśni braci Grimm, ale nie mam rozwiniętego instynktu macierzyńskiego. Kilka dni od mojej własnej decyzji rozpoczęłam dyskusje z mężem, który po pewnym czasie uznał, że nigdy nie ma dobrego momentu i spróbujemy powiększyć rodzinę. Jeśli dobrze pamiętam, były to okolice moich urodzin, czyli listopad 2015.

Wzięłam kalendarz w dłoń i oznajmiłam mężowi, że zaczynamy w lutym, bo wtedy urodzę w okolicach moich urodzin, a chciałabym w rodzinie drugiego Strzelca. Śmieję się na wspomnienie o tym, co sobie wtedy myślałam. Od stycznia badałam się pod kątem chorób, starałam się zdrowo odżywiać i trenowałam, a mąż po prostu był. Każdy, kto mnie zna, wie o tym, że obok mnie nie można po prostu być. Zaczęłam się irytować i tłumaczyć mu, że powinien się starać, a nie zostawiać mnie z tym samą. W końcu chciał dziecka i się na nie zgodził. Minęło wiele ciężkich dni zanim doszliśmy do porozumienia i mąż zaczął być bardziej aktywny.

Planowanie jak w zegarku 
Lubię planować i przewidywać różne rzeczy, dlatego do tematu dziecka podeszłam podobnie. Codziennie zdrowe posiłki, garść witamin, lekki trening i dokładna obserwacja cyklu. Na tej podstawie wiedziałam, kiedy zaciągać męża do łóżka (lub gdziekolwiek indziej), by udało się zrobić malucha. Standardowe leżenie na plecach z lekko uniesioną pupą i możemy iść spać. Uznałam nawet, że nie kupię nowych wkładek, bo przecież zajdę od razu w ciążę.

Nietrudno wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy idealnie jak w zegarku dostałam okres. Upewniłam się kilkoma testami – brak ciąży. Od tej pory minęło już pół roku. Po 2 miesiącach starań mąż uznał, że coś jest nie tak. Równie niecierpliwy co ja sądził, że uda nam się za pierwszym, co najwyżej za drugim razem. Po burzliwej rozmowie uznaliśmy, że pójdzie na badania – w końcu szukanie problemów u mnie będzie o wiele droższe. Wybrał badanie nasienia CASA z dodatkowym pakietem na własne życzenie. Okazało się, że jest w 100% zdrowy i płodny.

Poczułam jak grunt osuwa mi się pod nogami – czyli to jednak ja? To ja jestem zepsuta, nie działam, być może w ogóle nie mogę mieć dzieci? Z takim nastawieniem przeżyłam kolejne 2 miesiące bezowocnych starań. Moje samopoczucie stawało się coraz gorsze. Przestałam ćwiczyć, wprowadziłam do diety na nowo słodycze i fast foody. Zdarzało mi się nawet zapominać o posiłku, gdyż przestałam odczuwać głód. W końcu postanowiłam, że zbiorę się na odwagę i wykonam testy hormonalne.

Moje własne badania 
Badania zajęły mi miesiąc. Sprawdziłam LH, FSH w 3. dniu cyklu i testosteron, prolaktynę i progesteron w 21. dniu cyklu. Okazało się, że wyniki są średnie – stosunek LH do FSH wynosi zaledwie 0,6 (powinien ok. 1,0) i cierpię na hyperprolaktynemię. Trudno mi powiedzieć, czy odczułam ulgę, że znalazłam to, co może być przyczyną niepłodności, czy strach o to, że nie uda mi się w ogóle zajść w ciążę.

Moja mama załatwiła mi specjalistę od niepłodności, gdyż uznałam, że pójście do mojego ginekologa na NFZ to za mało. Ginekolog‐endokrynolog zerknął na wyniki bez słowa i zaczął od badania. Podpytał o miesiączkę i zaczął tłumaczyć, że nie mogę kąpać się w wannie po stosunku, że powinnam nie kochać się 3 dni przed dniami płodnymi i dał mi do ręki prosty kalendarzyk. Popatrzyłam na niego z powątpiewaniem,  przypominając sobie mój prywatny rozbudowany kalendarz płodności. Dostałam receptę na Clostilbegyt i witaminy. Mąż, który uparł się wejść ze mną zapytał, czy ten lek ma obniżyć poziom prolaktyny. Lekarz odparł, że on nie wie, jak robiłam badania, dlatego dostałam coś na oszukanie mózgu, żebym zaszła w ciążę.

Zaczęłam zażywać leki zgodnie z zaleceniem i już po paru dniach dostałam ostrego bólu lewego jajnika, ale uznałam, że tak widocznie musi być. Za kilka dni miałam wizytę u lekarza na NFZ, zarezerwowaną przez męża ponad miesiąc temu. Długo zastanawiałam się, czy powinnam ją odwołać, jednak ostatecznie uznałam, że więcej lekarskich opinii mi nie zaszkodzi. W poczekalni mnóstwo kobiet w ciąży. Każda wywoływała u mnie smutek i ból, który do tej pory trudno mi opisać. Mój ginekolog zbadał mnie i oznajmił, że mam torbiel na lewym jajniku, po czym próbował go przebić. Nie wiem, na ile można tak robić i czy jest to bezpieczne, ale po badaniu ostrzegł mnie, że gdy poczuję ostry ból mam jechać od razu do szpitala. Przepisał mi Bromergon na obniżenie prolaktyny i kazał pokazać się za miesiąc.

Poczułam, że ktoś wreszcie bierze mnie na poważnie i wie, jak pokierować moje leczenie. Przyznałam się, że byłam u innego lekarza, a on tylko uśmiechnął się i kazał odłożyć wszystkie inne lekarstwa.

Nowa nadzieja na dziecko 
Przyjmuję lek od tygodnia. Mam mdłości, bóle brzucha i jestem ciągle rozdrażniona. Staram się nie przejmować tym, że nie wiem, ile czasu będzie trwało leczenie i czy w ogóle prolaktyna jest jedynym źródłem problemu. Nie mogę patrzeć na książki o ciąży, oglądać innych szczęśliwych kobiet i jednocześnie staram się prowadzić mój blog, który wbrew pozorom daje mi duże pocieszenie. Boję się, że nigdy mi się nie uda, że całe starania o dziecko skończą się źle dla mojego związku. Co miesiąc żyję jednak nadzieją, że może tym razem zobaczę dwie kreski i będę mogła ogłosić ciążę najbliższym. Nie chcę nawet myśleć o tym, że później coś może pójść nie tak. Chcę najpierw być w ciąży, nie wybiegam już myślami dalej. Przestałam planować i mam nadzieję, że to po prostu pomoże.

Autorka: Monika, http://malywrednymis.pl

3 komentarze:

Idealny prezent dla dwulatka: interaktywny Kubuś Puchatek marki Disney

18:12 Gosia Komentarzy: 2


Rzadko zdarza mi się pisać recenzje zabawek. Głównie dlatego, że mało która zabawka mnie zachwyca. Do większości podchodzę z obojętnością, a część mnie drażni swoją piskliwością czy jaskrawością. Dlatego już sam fakt, że czytacie tę oto recenzję interaktywnego Kubusia świadczy o tym, że naprawdę warto się nim zainteresować.

Kubuś Puchatek marki Disney wpadł w oko Lence daaawno temu, kiedy przypadkiem natrafiła na niego w jednym ze sklepów z artykułami dziecięcymi. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Musieliśmy jednak ostudzić jej zapał, bo cena nas trochę zniechęciła (250 zł).

Kilka miesięcy później zastanawiałam się, co kupić Lence na drugie urodziny. Myślałam, myślałam i... przypomniałam sobie o Kubusiu. Żebyście widzieli tę radość w jej oczach, kiedy rozpakowała prezent!

Jej zachwytowi wcale się nie dziwię, bo to nie jest zwykła zabawka. Aż ma się ochotę usiąść i słuchać, jak śpiewa. Wystarczy go włączyć, aby usłyszeć charakterystyczny dla Kubusia Puchatka głos. Po włączeniu Kubuś się wita i zachęca do dalszej zabawy. Dostępne są dwa tryby zabawy: opowiadania i piosenki, a dokładniej - 8 opowiadań, poświęconych każdemu z bohaterów bajki, i 8 piosenek. Co więcej, Kubuś jest dwujęzyczny, czyli dodatkowo mamy jeszcze 8 opowiadań i 8 piosenek po angielsku.

Jednak miłe dla ucha dźwięki nie są jedyną zaletą. Kubuś bowiem podryguje w rytm melodii i - co zaskakuje mnie najbardziej - rusza "buzią" zgodnie z wymawianym tekstem. Jego ruchy są płynne i naprawdę aż przyjemnie się na niego patrzy. Jedyny malutki minus za to, że dość głośno pracuje mechanizm poruszający Kubusiem (co nawet słychać na załączonym filmie), ale przy tylu zaletach można to wybaczyć. Ogromny plus za to, że można regulować głośność dźwięku. W większości grających zabawek takiej możliwości nie ma i zwykle przed utratą słuchu ratuje nas zaklejenie głośnika taśmą klejącą.

Przez kilka pierwszych dni Kubuś włączony był niemal nieustannie. Lenka nauczyła się, pod którym przyciskiem kryje się konkretna piosenka. Zaczęła razem z nim śpiewać. Jak to z zabawkami bywa, teraz włączany jest rzadziej, ale zdarzają się takie dni, że wraca do łask i znowu słychać sympatyczne melodie.

Naprawdę polecam! Wg mnie świetny pomysł na prezent dla mniej więcej dwu-, trzyletniego dziecka. Poszukując Kubusia, warto zajrzeć na Allegro. Tak jak pisałam: w sklepie kosztował 250 zł, podczas gdy w internecie można kupić go za... 150 zł.

A tu film na zachętę:

2 komentarze:

Nowość: chusteczki MAMO z roztworem soli morskiej i sodą oczyszczoną

09:51 Gosia Komentarzy: 3


Ostatnio otrzymałam do recenzji ciekawy produkt: nawilżane chusteczki. Niby nic, bo przecież takich chusteczek jest pełno w sklepach. Zazwyczaj jest to jeden z podstawowych gadżetów na wyposażeniu rodzica. Przydają się podczas przewijania czy w trakcie zabawy w piaskownicy, żeby oczyścić zabrudzone łapki.

Chusteczki MAMO powstały jednak w innym celu.

Niebieskie opakowanie to chusteczki łagodzące katar nasączone fizjologicznym roztworem soli morskiej. Oprócz niej w składzie znajduje się również wyciąg z aloesu, rumianku i witamina E. Jak pisze producent: oczyszczają zapchany nos, usuwają zaschnięty śluz, działają kojąco i nawilżająco. Bez parabenów i alkoholu, przebadane dermatologicznie, dla maluchów od 6. miesiąca życia. Chusteczki w różowym opakowaniu mają identyczne przeznaczenie, różnią się jedynie obecnością przyjemnego truskawkowego zapachu.

Moje wrażenia? Chusteczki są mięciutkie, delikatne, nie podrażniają delikatnej skóry pod nosem dziecka (akurat Lenka złapała katar, więc nadarzyła się okazja do przetestowania). Duży plus za krótki, prosty skład (kieruję się zasadą, że im krótszy skład, tym lepiej, szczególnie jeśli jest to skład kosmetyku dla dziecka).

Strzałem w dziesiątkę są wg mnie chusteczki w zielonym opakowaniu, zawierające sodę oczyszczoną. Nie jestem zwolenniczką chowania dzieci w zbyt sterylnych warunkach, ale w stosowaniu tych chusteczek wcale nie o to chodzi. Nieraz zdarzają się kryzysowe sytuacje, kiedy np. podczas spaceru upadnie na ziemię grzechotka, gryzak czy smoczek. Co zrobić: schować czy z powrotem dać zapłakanemu niemowlakowi? Właśnie w takich sytuacjach chusteczki te mogą okazać się ratunkiem. Wystarczy przetrzeć zabrudzony przedmiot i gotowe. Również i w tym przypadku duży plus za krótki skład.

Polecam!






3 komentarze:

Karolku, nie baw się piaskiem, bo się wybrudzisz

15:01 Gosia Komentarzy: 8

nadopiekuńczość

Karolek (imię zmienione). Lat (na oko) 3-4. Schludnie ubrany. Opanowany, ale ciekawski. Zagląda to tu, to tam. Odnoszę wrażenie, że najchętniej zdarłby z siebie te sztywne szaty i wytarzał się w piasku.

Ale jak cień podąża za nim babcia. Dusząc w zarodku wszelką spontaniczność, utrudniając zanurzenie się w swobodnej zabawie, zabijając budzącą się do życia kreatywność.

"Karolku, nie syp piaskiem. Chodź, pójdziemy na huśtawkę. Potem pozjeżdżasz. Wybrudzisz się, na zjeżdżalni pełno piasku. No ale uważaj! Nie biegnij, bo się wywrócisz".

Najlepiej stań w miejscu, nie ruszaj się, nie bądź dzieckiem, no, ewentualnie możesz oddychać.

Nie był to pojedynczy epizod. Widząc tę scenę, wstrząśnięta wróciłam do domu, bo Karolka zrobiło mi się zwyczajnie żal. Żal tej dziecięcej duszy, która aż rwie się do tego, żeby poznawać świat i doświadczać go wszystkimi zmysłami. Tak myślałam o Karolku kilka dni. W końcu zapomniałam. Aż do chwili, kiedy to mąż wrócił ze spaceru z Lenką i zaczął w drzwiach: "Wiesz, na placu jest taki Karolek...". Dostrzegł to samo, co mnie tak bardzo zasmuciło.

Babcia, pewnie w dobrej wierze, stara się kierować Karolkiem, aby uchronić go przed całym złem tego świata. Ale przy tym nieustannie nim kieruje, dosłownie każdym jego krokiem, traktując Karolka jak robota, który najpierw ma iść tu, a potem tam, broń Boże nie próbując nawet podążyć własną ścieżką.

Dlaczego mnie to tak zasmuciło? Bo w myślach od razu pojawił się obraz: nie Karolka, ale już Karola. Mężczyzny, który zdaje się być nieco zagubiony, bo całe życie ktoś nim kierował, a teraz nagle musi radzić sobie sam. Który nie ryzykuje, woli bezpieczną drogę, którą wytyczył ktoś inny. Który nie walczy o swoje, bo po co się wychylać, jeszcze mu się nie uda. Nieporadnego, pozbawionego wiary w siebie, wciąż słyszącego głos: "uważaj, bo się przewrócisz".

Może przesadzam...

A może nie?



8 komentarze:

Buszująca w trawie, czyli jakie zabawki ogrodowe sprawią dziecku frajdę

10:57 Gosia Komentarzy: 3

piaskownica

Na co dzień gnieździmy się w bloku. Wprawdzie tuż obok jest plac zabaw, nawet jakaś rzeczka płynie, a w niej pluskają się kaczki, ale ogród to ogród: kawałek prywatnej zieleni, gdzie możesz robić to, na co tylko masz ochotę (no, prawie). Dlatego kiedy jedziemy do dziadków (obojętnie których, bo i jedni, i drudzy mają to szczęście, że mieszkają w domu) i pogoda dopisuje, całymi dniami Lenka przesiaduje w ogrodzie. Próba zaciągnięcia jej chociażby na obiad zwykle kończy się na tym, że to ja kapituluję i latam za nią po tym ogrodzie, próbując podsuwać jej łyżkę z zupą. 

Jak już te dziadkowe ogrody są, to żal byłoby ich nie wykorzystać. Stopniowo zapełniają się więc zabawkami, coraz bardziej zamiast zacisznego kącika przypominając kolorowy plac zabaw. Jakie zabawki wg mnie są ogrodowym must have?

Piaskownica. Konieczna, niezbędna, nieodzowna. Musi być i koniec. To właśnie piaskownica – obok huśtawki powieszonej na trzepaku – była jednym z naszych pierwszych nabytków. Kiedy Lenka zaczyna się w niej bawić, to jest ten moment, gdy można na chwilę usiąść na ławce i w spokoju – przy akompaniamencie ćwierkających w karmniku wróbelków (ach, rozmarzyłam się) – napić się kawy. Kupując piaskownicę, warto zwrócić uwagę na to, czy posiada pokrywę. Przydaje się nie tylko podczas deszczu – wałęsającym się po okolicy kocurom piaskownica może aż zanadto kojarzyć się z kuwetą, lepiej więc zakrywać ją na noc. 

Namiot albo domek. Wariacji na temat ogrodowych namiotów i domków dla dzieci jest mnóstwo. Sami mamy kilka. U jednych dziadków jest zestaw dwóch namiotów połączonych tunelem, u drugich dziadków – namiot-zamek. Ale muszę przyznać, że kusi mnie jeszcze klasyczny domek plastikowy z okienkami, drzwiami itd. (sama bym chętnie w nim posiedziała). 

Zjeżdżalnia. Zjeżdżalnia jest na razie na liście rzeczy „do kupienia” i podejrzewam, że prędzej czy później również pojawi się w naszym (w sensie dziadkowym) ogrodzie. Zwłaszcza że o ile do niedawna Lenka podchodziła do zjeżdżalni na placu zabaw z lekkim dystansem, teraz sama dzielnie wdrapuje się po schodkach, siada i sunie w dół z uśmiechem (uprzednio popędzając dzieci, które stoją na górze i zastanawiają się, czy zjechać, ekhm). 

A jakie zabawki są w waszych (dziadkowych) ogrodach? 



Na zdjęciu widać: 

Wpis powstał we współpracy z Lelushop.

3 komentarze: