Czy to już? Objawy zbliżającego się porodu

15:26 Gosia Komentarzy: 2


Ciąża trwa niby dziewięć miesięcy, ale można odnieść wrażenie, że ten ostatni, dziewiąty, miesiąc ciągnie się przez co najmniej rok... Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Przyglądasz się swojemu brzuchowi, wsłuchujesz w organizm, starając się dostrzec jakiekolwiek znaki, które wskazywałyby, że TO już niedługo. Jakie to mogą być sygnały?

Opadnięcie brzucha. To był pierwszy, dość niepokojący, objaw zbliżającego się porodu. Brzuch może opaść już na 3-4 tygodnie przed porodem (choć opaść może dopiero kilka dni przed). Dlaczego niepokojący? W ciąży z Bartkiem obniżenie brzucha zauważyłam już ok. 32/33 tygodnia ciąży. Szybko więc policzyłam, że oznaczałoby to poród ok. 36/37 tygodnia. Przyznam, że mnie to porządnie zestresowało. Jak się okazało, nie pomyliłam się w obliczeniach, bo poród rozpoczął się 36+5 tc.

Biegunka. W ciąży z Lenką oczyszczanie organizmu rozpoczęło się zaledwie 2-3 dni przed porodem. Tym razem toaletę zaczęłam częściej odwiedzać 2 tygodnie przed porodem. Nie wiedząc, że nastąpi on przedwcześnie, zastanawiałam się, czy to dopadł mnie wirus czy inne diabelstwo. Podskórnie jednak czułam, że to jest to słynne oczyszczanie przed godziną zero. Po tygodniu takich jelitowych akcji pojechałam na izbę przyjęć na Ujastku, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku z dzieckiem. Położna stwierdziła, że wszystko dobrze, a szyjka jest skrócona do 2 cm. Choć mówiła, że na tym etapie ciąży to normalna długość, ja już wiedziałam, że coś się szykuje. Poród rozpoczął się niecały tydzień później.

Uczucie ucisku na okolice łona. Bartek był położony niżej niż Lenka. Na kilka dni przed porodem wyraźnie czułam, jak jego główka napiera ku dołowi. Idąc na ostatnie kontrolne badania krwi, miałam wrażenie, że nie dotrę na miejsce. Czułam, jakby mi zaraz "wszystko" miało wylecieć dołem. Poród zaczął się 4 dni później.

Wypadnięcie czopa śluzowego. Na około 2 tygodnie przed porodem zaczęłam dostrzegać na wkładce żółtawą wydzielinę. Nie przejęłam się jednak zbytnio, uspokajała mnie również ginekolog, twierdząc, że pod koniec ciąży wydzielina może się zmieniać i być bardziej obfita. Jednak na ostatniej wizycie kontrolnej, kiedy zapytałam o czop, odpowiedziała, że już go nie ma. Wtedy zorientowałam się, że ta wydzielina to był jednak powoli odchodzący czop śluzowy. Poród zaczął się tego samego dnia, w którym odbyła się wizyta.

Odejście wód płodowych. Jakiś czas temu ze zdziwieniem przeczytałam informację, że zdecydowana większość porodów rozpoczyna się od akcji skurczowej i dopiero później odchodzą wody płodowe. U mnie w obu ciążach było na odwrót - najpierw odejście wód, potem dopiero skurcze. 36+5 tc ok. godziny 21.30 usłyszałam ciche "pyknięcie" w okolicy podbrzusza. To pękł pęcherz płodowy. Godzinę później odeszły mi wody płodowe. Urodziłam w nocy o godzinie 2.00.


2 komentarze:

Ekologia na pupie, czyli pieluszki Muumi Baby

17:18 Gosia Komentarzy: 3


Podziwiam mamy, które decydują się na stosowanie pieluszek wielorazowych. Mój wewnętrzny leń jest wdzięczny za to, że ktoś kiedyś wymyślił pieluszki jednorazowe. Zdjąć, wyrzucić i po sprawie. Wiem jednak, że jednorazówki mają sporo grzechów na sumieniu, jak choćby dodatek różnego rodzaju substancji mogących podrażniać delikatną skórę na pupie dziecka. Z odsieczą przychodzą przyjazne skórze dziecka i środowisku, jednorazowe pieluszki Muumi Baby.

Znajdujące się na nich sympatyczne Muminki jednoznacznie wskazują na kraj pochodzenia pieluszek – Finlandię. Kraj, który kojarzy się chyba wszystkim z czystym powietrzem, dbałością o środowisko i zasoby naturalne. Pieluszki Muumi Baby to nie jest świeżynka na rynku – historia ich powstania sięga lat 70. ubiegłego wieku, a na pomysł produkowania ekologicznych pieluszek wpadł... zwykły tata. Dodajmy – tata malucha, którego pupa reagowała alergią na wszelkie jednorazówki. Powstały więc ekologiczne pieluszki, w których celuloza bielona jest czystym tlenem, w przeciwieństwie do większości jednorazówek, w których w procesie bielenia wykorzystywany jest chlor.

Muumi Baby są hipoalergiczne, pozbawione substancji zapachowych i innych, które mogłyby negatywnie oddziaływać na skórę dziecka, a ich opakowanie jest biodegradowalne. Pieluszki posiadają certyfikat Fińskiej Federacji Astmy i Alergii oraz Nordic Swan Ecolabel, które to oznaczenie wskazuje, że pieluszki są przyjazne środowisku. Pieluszki Muumi Baby choć idealnie nadają się dla każdego malucha, szczególnie polecane są w przypadku skóry bardzo wrażliwej i przy atopowym zapaleniu skóry.

Zaletą pieluszek jest również to, że dostępne są aż w 6 rozmiarach (od 2 do 24 kg). Można również kupić pieluchomajtki w 3 rozmiarach (od 7 do 26 kg). W moje ręce trafiły Muumi Baby w rozmiarze nr 4 (7-14 kg).

Jako pierwszy do testów został zaangażowany... mój nos. Niektóre pieluszki jednorazowe mają nieładny, silnie wyczuwalny chemiczny zapach. Co więcej, zapach ten nasila się w połączeniu z moczem dziecka. Problemu tego nie ma w przypadku pieluszek Muumi Baby. Sucha pieluszka jest praktycznie bezzapachowa, co jest potwierdzeniem, że do ich produkcji faktycznie nie są stosowane żadne zbędne substancje zapachowe.

Nie mam żadnych zastrzeżeń co do chłonności. Pieluszka wytrzymuje całą noc bez przeciekania (Bartek pije w nocy raz i z tym pieluszki bez problemu sobie radzą). Przed przeciekaniem chronią dodatkowo ściągacze przy nóżkach.

Bartek staje się coraz bardziej ruchliwy. Fika nóżkami, wierci się na wszystkie strony, próbuje przewracać na boki, ważne jest więc dla mnie również to, żeby pieluszka dobrze trzymała się na miejscu. Tak właśnie jest z pieluszkami Muumi Baby, które nie odpinają się, ani nie zsuwają z pupy, m.in. dzięki elastycznemu paskowi z tyłu. Fakt ten z pewnością szczególnie docenią rodzice starszych dzieci, które pełzają, raczkują, siadają i stawiają pierwsze kroki.

Warto też wspomnieć, że pieluszki są zwyczajnie... ładne. Estetycznie wykonane, z zielonymi akcentami i oczywiście wizerunkami sympatycznych Muminków.

Biorąc pod uwagę to, że przez pierwsze 2-3 lata życia dziecka do kosza wyrzucamy co najmniej kilka pieluszek dziennie, nietrudno sobie wyobrazić, jak ogromna ich ilość trafia na wysypiska. Pieluszki Muumi Baby polecam więc każdemu rodzicowi, któremu leży na sercu los środowiska, zasypywanego klasycznymi jednorazówkami. Ich rozkład może trwać nawet 100 lat! Przede wszystkim jednak pieluszki Muumi Baby polecam w przypadku, gdy skóra waszego malucha reaguje podrażnieniem czy alergią na kontakt z jednorazówkami bielonymi chlorem. To będzie prawdziwy ratunek dla jego pupy.

Więcej informacji na temat pieluszek znajdziecie na stronie: http://muumibaby.pl/





3 komentarze:

Ujastek: wrażenia po porodzie numer dwa

14:42 Gosia Komentarzy: 2


Szpitalne drzwi przekroczyłam ok. godziny 23. Po, na szczęście dość krótkim, oczekiwaniu na izbie przyjęć, wstępnym wywiadzie medycznym i miłej pogawędce z lekarką, zostałam przeprowadzona do sali przedporodowej. Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się, na jaką trafię położną. Przy pierwszym porodzie towarzysząca mi położna miała dość obojętne i chłodne podejście. Tym razem trafiłam o wiele lepiej.

Została mi przydzielona przemiła, sympatyczna położna, która autentycznie okazywała zainteresowanie. Z uwagi na fakt, że poród zaczął się za wcześnie i znienacka, byłam lekko przerażona. To przerażenie, czy raczej poczucie, że nie jestem kompletnie gotowa na ten poród, chyba wyraźnie malowało się na mojej twarzy, bo położna zapytała z troską w głosie, czemu jestem taka wystraszona. 

Rozwieranie następowało błyskawicznie. Położna i lekarka co chwilę do mnie zaglądały. Nie było czasu na znieczulenie, zresztą nawet nie pomyślałam, żeby o nie poprosić. Skurcze były o wiele bardziej znośne niż przy porodzie Lenki. Wystarczyły głębokie wdechy, żeby je przetrwać. Kiedy pojawiło się uczucie parcia, położna przeprowadziła mnie na salę porodową.

Tu kolejny plus za to, że nie położyła mnie od razu plackiem na fotelu, tylko zaproponowała pozycję stojąco-kucającą. Czyli stanie, a kiedy zbliża się skurcz - kucanie. Po kilku próbach jednak doszłam do wniosku, że brakuje mi sił na takie kucanie i sama poprosiłam o możliwość położenia się na fotelu. Kolejny plus za to, że nie zostałam nacięta. Położna wyraźnie powiedziała, że zrobimy wszystko, żeby ochronić krocze. Pilnie więc jej słuchałam i wspólnymi siłami faktycznie udało się urodzić bez nacięcia. Podczas porodu położna wspierała mnie i dodawała otuchy, mówiąc, że świetnie mi idzie, że pięknie rodzę itd. To naprawdę pomagało.

Podczas porodu oczywiście obecna była lekarka, równie sympatyczna co położna. Bardzo miła była również pani neonatolog, która pojawiła się zaraz po porodzie, aby obejrzeć Bartka. Muszę więc przyznać, że personel towarzyszący mi podczas porodu oceniam bardzo wysoko.

Sala poporodowa dwuosobowa. Obiady - pyszne! Jedyny minus za bardzo wczesną kolację - nieraz podawana była już przed 17. Musiałam więc dokarmiać się bułkami ze szpitalnego bistro, bo nie byłam w stanie dotrwać do śniadania. 

Bardzo miła pani salowa, która bez zająknięcia wymieniła mi pościel na nową już po kilku godzinach od założenia pierwszej. Po pierwszym porodzie nie byłam zbytnio zadowolona z pomocy laktacyjnej. Teraz było inaczej. Wprawdzie nie mogłam przystawiać Bartka do piersi, ale pani od laktacji sama do mnie przyszła, o wszystko wypytała i zachęcała do rozkręcenia laktacji laktatorem. Przychodziła kilka razy dziennie, żeby dopytać, jak mi idzie i czy potrzebuję pomocy. Nie mam też żadnych zarzutów wobec obecnych na oddziale położnych, pielęgniarek i lekarzy. Złego słowa powiedzieć nie mogę.

Biorąc pod uwagę to, że Bartek zachorował na zapalenie płuc, tym razem mogę wypowiedzieć się również na temat oddziału patologii noworodka. Położne zajmujące się tam maluszkami i lekarze - cudowni! Naprawdę, aż byłam spokojna, że Bartek jest w dobrych i troskliwych rękach. Jedyny minus za dwie niezbyt sympatyczne położne na drugim odcinku. Pierwszy odcinek to ten, na którym maluchy leżą w inkubatorach. Na drugi przewożone są, kiedy stan zdrowia jest już dobry, normalnie jedzą, oddychają i leżą w otwartych "mydelniczkach". To z odcinka drugiego noworodki wypisywane są do domu. Dwie panie z tego odcinka - niemiłe, oziębłe, aż strach było zapytać o cokolwiek czy poprosić o pomoc. Na szczęście co chwilę następowała zmiana "obsady", więc trafiłam na nie tylko dwukrotnie.

Jeśli więc miałabym rodzić po raz trzeci (ha, ha, ha), ponownie bez wątpienia wybrałabym Ujastek.

2 komentarze:

Bartek: 2. miesiąc

11:25 Gosia Komentarzy: 1


Ten oto uśmiechnięty kawaler ze zdjęcia to już dwumiesięczny Bartek. Od kiedy odkrył w swoim oprogramowaniu funkcję uśmiechów, obdarza nimi wszystkich domowników. W szczególności upodobał sobie Lenkę. Wystarczy, że usłyszy jej głos i już się buźka śmieje.

Te uśmiechy trochę osłodziły 2. miesiąc życia, bo do łatwych to on nie należał. Przez ok. 2 tygodnie dokuczał brzuszek. Nie jakoś dramatycznie, ale jednak pojawiły się wzdęcia, Bartek stał się płaczliwy. Mąż po znajomości zakupił arsenał kropli Sab Simplex, których użycie ostatecznie okazało się niepotrzebne. Wystarczyła zmiana mleka na inne (nazwy wymieniać nie będę, aby reklamy nie robić). I nagle problem zniknął. Problem, w sensie wzdęcia, całodzienne rozdrażnienie, wybudzanie z drzemek.

Wciąż jednak wieczorami rozlegały się wrzaskliwe koncerty. Rozpoczynały się po kąpieli ok. 19 i trwały do ok. 21. Nie był to typowy płacz z bólu, z góry więc wykluczyłam opcję, że przyczyną złego humoru jest słynna kolka. Był to raczej wrzask ze zmęczenia (przebodźcowania - lubię to słowo). Próbowałam różnych sposobów wyciszania - a to całkowita ciemność, a to całkowita cisza albo przeciwnie - szum suszarki. Z różnym skutkiem. Najbardziej pomocna okazała się... zmiana pory kąpieli. Zaczęłam urządzać ją wcześniej, ok. 18. Około godz. 19 Bartek lubi się chwilę zdrzemnąć, więc wyszło na to, że to my rozdrażnialiśmy go, fundując mu wtedy zanurzenie w wodzie. Czasem najtrudniej wpaść na najłatwiejsze rozwiązania.

Noce są całkiem znośne. Budzi się dwukrotnie: pierwszy raz ok. 23-24, drugi raz ok. 3-4. Choć noc nocy nierówna. Czasem śpi twardo i spokojnie, a czasem co chwilę fika kończynami i domaga się pogłaskania.

Uwielbia spędzać czas na zewnątrz. W wózku postawionym w ogrodzie potrafi przespać 3 godziny. Jest więc szansa na spokojne spacery. Spacery z Lenką to od początku był koszmar, serio. Spała co najwyżej godzinę, a jak tylko się obudziła - zaczynał się wrzask. Spacery nieraz wyglądały więc tak, że pchałam pusty wózek, a rozdartą Lenkę niosłam na rękach. Wracałam wykończona. Patrząc na obecne zachowanie Bartka, jest nadzieja, że w końcu będę mogła zaznać czegoś takiego jak normalne, niespieszne spacery.

Na koniec dodam, że Bartek to chłop jak dąb. Waży już prawie 7 kg! Lenka ważyła tyle mając ok. 4-5 miesięcy.

1 komentarze:

Bartek: 1. miesiąc

14:46 Gosia Komentarzy: 10


Najwyższa pora, aby napisać kilka słów o nowym członku rodziny. Bartek teoretycznie jest wcześniakiem. Piszę "teoretycznie", bo urodził się dokładnie w 36+6 tc, a więc według definicji do donoszenia zabrakło mu jednego dnia. 

Bartek skończył miesiąc z wagą 5 kg. Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że ma już 2-3 miesiące. Lenka w tym samym czasie ważyła 1 kg mniej. Ta waga mnie jednak nie dziwi, bo Bartek jest strasznym głodomorem. Podobnie jak przy Lence odciągam pokarm. Szybki przyrost wagi sprawia, że już teraz odłożone zostało całe pudło za małych ciuszków (że też w ogóle przyszło mi do głowy kupowanie ubranek w rozmiarze 56...).

Lenka nie znosiła leżenia na brzuchu. Po kilku sekundach zaczynał się wrzask. Bartek z kolei uwielbia taką pozycję. A to uwielbienie sprawia, że bardzo szybko zaczął sobie doskonale radzić z unoszeniem główki. Książkowo w 5. tygodniu życia przeszedł skok rozwojowy. Nagle, z dnia na dzień, zaczął się interesować otoczeniem. Przygląda się twarzom, wodzi wzrokiem za zabawkami, odwraca głowę w kierunku, z którego dochodzi dźwięk grzechotki. Kilka dni temu też po raz pierwszy uraczył mnie świadomym uśmiechem. 

Po cichu liczyłam na to, że może drugie dziecko będzie lepiej spać w nocy, ale złudne były to nadzieje. Jak na łakomczucha przystało, Bartek budzi się na jedzonko co 2,5-3 godziny. A ja snuję marzenia o przespanych ciągiem 4 godzinach...

Z uwagi na wcześniactwo przy wypisie ze szpitala otrzymaliśmy całą listę zalecanych badań kontrolnych. Za sobą mamy wizytę w poradni patologii noworodka, USG stawów biodrowych, mózgowia i jamy brzusznej. Przed nami jeszcze kontrolne badanie oczu i słuchu. 

Jak Lenka zareagowała na braciszka? Zadziwiająco dobrze, ale o tym będzie osobny wpis.

10 komentarze:

List, którego treść mrozi krew w żyłach

13:50 Gosia Komentarzy: 8


"Wstępna analiza krwi nie pozwoliła jednoznacznie wykluczyć jednej z chorób wrodzonych. Choroba ta może prowadzić do zaburzeń rozwoju, którym zapobiega się poprzez rozpoczęcie leczenia w pierwszych miesiącach życia. Objawy tej choroby mogą być początkowo słabo 
widoczne, dlatego konieczna jest ponowna analiza krwi dziecka."

Co byś zrobiła, otrzymując list o takiej treści? Mam nadzieję, że możesz tylko snuć podejrzenia i nigdy nie będziesz musiała się przekonywać, jaka byłaby twoja reakcja.

Ja - niestety - taki właśnie list otrzymałam. 

Po 2-tygodniowym wspólnym pobycie u moich rodziców w Tarnowie mąż musiał wracać do pracy do Krakowa. Tego dnia od samego rana czułam dziwny niepokój. Nawet przeszła mi przez głowę myśl "ciekawe, jak wyszły badania przesiewowe" i miałam napomknąć mężowi, żeby sprawdził skrzynkę, jak tylko dojedzie do Krakowa. Jak wiadomo, w przypadku tych badań brak wiadomości jest dobrą wiadomością. Jeśli przychodzi list, to znak, że coś jest nie tak.

Zadzwonił ok. 22.30. Gdy tylko usłyszałam słowa "przyszedł list", poczułam, jak kurczy mi się żołądek. Kiedy czytał jego treść, zaczęło mnie mdlić, a ręce się roztrzęsły. 

Informacja o tym, że twoje wymarzone dziecko może być obciążone chorobą genetyczną, zwala z nóg. Tym bardziej że w liście nie pojawiła się informacja, o jaką konkretnie chorobę chodzi. Przeglądałam więc z przerażeniem kolejne opisy chorób, w kierunku których wykonywane są badania przesiewowe. Co jedna to gorsza. 

W poniedziałek z samego rana pojechaliśmy do przychodni, aby ponownie pobrać krew i dostarczyć do szpitala w Prokocimiu. Wszyscy pocieszali, że na pewno będzie dobrze. Tak bardzo chciałam, żeby faktycznie było dobrze, ale nie dawała mi spokoju myśl "a co, jeśli...?". 

Byłam przerażona. Powiem szczerze, że chyba nigdy w życiu tak przerażona nie byłam, nawet podczas pobytu w szpitalu.

Zadzwoniłam do poradni chorób metabolicznych, która to właśnie badania te wykonuje, aby dopytać, o jaką właściwie chorobę chodzi. Dowiedziałam się, że o wrodzony przerost nadnerczy. Google. Nie jest tak tragicznie. Ze wszystkich chorób ta wydaje się być jeszcze najmniej uciążliwa dla dziecka. Czytam, że gorsze skutki ma w przypadku dziewczynek, chłopcy mogą z nią w miarę normalnie żyć, przyjmując jedynie niewielkie dawki hormonów. Lekka ulga, ale wiadomo - najlepiej, aby wyniki powtórnego badania chorobę wykluczyły.

Po wyniki miałam dzwonić w środę po 13. Odliczałam kolejne minuty. Gdy tylko wybiła wskazana godzina, chwyciłam za telefon. Znowu ręce się roztrzęsły, czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Czekałam na słowa w słuchawce jak na wyrok.

"Poziom hormonu się obniżył i jest w normie". Dopytuję, żeby się upewnić. "Tak, jest wszystko dobrze".

Poziom w pierwszym badaniu był podwyższony dlatego, że krew była pobrana, kiedy Bartek przechodził zapalenie płuc, a zarówno infekcja, jak i wcześniactwo mogą mieć w przypadku tej choroby wpływ na uzyskany wynik.

Ulga, niebywała ulga.

Nikomu, naprawdę nikomu nie życzę takiego stresu.

8 komentarze:

Trudne początki nowej drogi... i szczęśliwe zakończenie

12:01 Gosia Komentarzy: 11


Wchodzę na salę patologii noworodka. Inkubatory, kabelki, migające światełka. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, żołądek ściśnięty. Szukam Bartka. Jest. Leży w samej pieluszce, do jednej stópki podpięty jeden kabel, do rączki drugi, w ustach sonda, do noska włożone rurki od maszyny wspomagającej oddychanie.

Taki mały, bezbronny, nieruchomy.

Niewydolność oddechowa, związana prawdopodobnie z wcześniactwem. Płuca potrzebowały po prostu więcej czasu na rozwój. Nie jest tak źle, pomyślałam. Trochę go wzmocnią, płuca dojdą do siebie i wyjdziemy do domu.

Następnego dnia nigdy nie zapomnę.

Okazuje się, że Bartek ma zapalenie płuc. Mój Boże, myślę sobie. Przecież to nie jest banalny katarek. Zapalenie płuc. U noworodka. Nie pocieszają mnie słowa lekarzy, którzy wprost mówią, że konkretna przyczyna nie jest znana. Być może doszło do zachłyśnięcia przy porodzie, wody płodowe nagromadziły się w płucach i rozwinęły się bakterie. CRP dodatnie. Zaczynają podawać dwa antybiotyki.

Przerażają mnie powściągliwe stwierdzenia lekarzy: "RACZEJ proszę być dobrej myśli", "CIĘŻKO wyrokować", "na CHWILĘ OBECNĄ nie ma zagrożenia życia". W głowie pojawiają mi się czarne scenariusze, podsycane słowami, że muszą jeszcze wykluczyć odmę płucną i że Bartek musi to zapalenie przespać, żeby płuco nie pękło wysilane płaczem.

Chciałam być silna, ale czułam, że mnie to przerasta. Wpadłam do sali, weszłam do łazienki i płakałam tak, jak już dawno nie płakałam. Kiedy wyszłam, koleżanka z łóżka obok zaczęła mnie pocieszać. Że to dobry szpital, że świetni lekarze, że na pewno wszystko będzie dobrze.

WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.

Może się wydawać, że te trzy słowa to banał, wypowiadany, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć. Ale w tamtym momencie potrzebowałam je usłyszeć. Potrzebowałam w końcu usłyszeć od kogoś, że WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.

Postanowiłam wziąć się w garść, a żeby czymś zająć myśli, przystąpiłam do rozkręcania laktacji. Co 3 godziny odciągałam pokarm, w dzień i w nocy. Przynajmniej to mogłam dla Bartka zrobić.

Dopiero po 5-6 dniach nastąpiła poprawa. Weszliśmy z mężem na oddział, zaglądamy przez drzwi, nie ma Bartka. W pierwszym momencie wystraszyłam się, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy weszliśmy na salę, zobaczyliśmy niemowlę bez kabelków, bez maski, uśmiechające się przez sen.

Nie poznaliśmy własnego dziecka. Wczytywaliśmy się w tabliczkę przy inkubatorze, żeby upewnić się, że to faktycznie jest Bartek. Tak, to ON. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.

Bartek wyszedł ze szpitala po 10 dniach. Rośnie jak na drożdżach - ma 3 tygodnie i już waży 4700 g. Wszystko jest dobrze.

11 komentarze:

Trudne początki nowej drogi

14:41 Gosia Komentarzy: 5


Przyznam szczerze, że zabieram się za napisanie tego wpisu od kilku dni. Czuję, że w głowie mam natłok myśli i emocji, które chciałabym już przelać na "papier". Z drugiej strony jednak - jak tylko zaczynam składać zdania, wracają do mnie jak obrazy wszystkie ciężkie chwile i przerywam. Może więc najłatwiej będzie, jak po prostu zacznę od początku.

Początku, czyli - załóżmy - pierwszych dni lipca. 32/33 tydzień ciąży, a ja zauważam z niepokojem, że brzuch jakby opadnięty. Myślę sobie, że kurczę chyba za wcześnie. Na szybko liczę, że zwykle od opadnięcia do porodu mijają maksymalnie 3-4 tygodnie. Wychodzi więc, że miałabym urodzić już 36/37 tc. "Nie, niemożliwe", myślę, ale gdzieś w głębi duszy zaczynam czuć lekkie podenerwowanie i codziennie przyglądam się swojemu brzuchowi.

Początek sierpnia. Dopada mnie rozwolnienie. Zastanawiam się, czy to może wina upałów, które ledwo znosiłam. Tak ganiałam do toalety od tygodnia. W niedzielę 6 sierpnia postanowiłam podjechać na IP na Ujastek, żeby sprawdzić, czy biegunka nie wpływa jakoś negatywnie na dziecko. Wszystko dobrze, ale zapada mi w pamięć zdanie wypowiedziane przez położną: "szyjka lekko skrócona". "Jak to skrócona?", pytam. "To znaczy ma 2 cm, ale to odpowiednia długość jak na ten etap ciąży". Ponownie jednak poczułam niepokój, bo przy Lence niemal do samego porodu szyjka miała prawie 4 cm. Wracamy do domu.

Od poniedziałku Lenkę dopada wirus jelitowy. Padam ze zmęczenia. Upały wciąż trwają. Mam dość.

Czwartek 10 sierpnia. Poranne cukry zawsze oscylowały u mnie w okolicach 90. Tego dnia nagle, bez żadnych zmian w diecie, rano na glukometrze widzę 78. Następnego dnia - to samo. Kołacze mi po głowie zdanie "nagły spadek cukrów jest zapowiedzią porodu". Nie, niemożliwe.

W piątek 11 sierpnia jadę na wizytę kontrolną. Ginekolog stwierdza, że główka bardzo nisko, rozwarcie na 0,5 cm, czopa śluzowego już nie ma. ALE - wg niej spokojnie pochodzę jeszcze ze 2 tygodnie (pamiętacie? IDENTYCZNIE było przy Lence - miałam pochodzić jeszcze 2 tygodnie, a poród zaczął się kilka godzin po wizycie). Wracamy do domu.

Tego samego dnia, ok. godziny 22 słyszę... lekkie "pyknięcie" w okolicach spojenia łonowego. Dostałam gęsiej skórki, bo brzmiało to, jak - tak, dokładnie - jak pęknięcie worka owodniowego. Nie chcę jednak siać paniki. Wstaję, chodzę, kaszlę. Nic nie leci. "Może mi się wydawało?". Kładę się do łóżka, zasypiam. Budzę się jednak sama po ok. 30 minutach, siadam na łóżku i czuję, jak wypływają ze mnie wody płodowe. Biegnę do łazienki, wołam do męża, że odeszły mi wody. "Co my zrobimy z Lenką?". Teściowa miała przyjechać do nas w niedzielę, brat z bratową w Tarnowie. "Boże, co my zrobimy z Lenką?". Dzwonię do rodziców do Tarnowa z pytaniem, czy mogliby na gwałt jechać TERAZ do Krakowa na Ujastek odebrać od nas Lenkę, bo ja właśnie zaczęłam RODZIĆ. Dzięki Bogu, rodzice jadą, odbierają Lenkę, a ja zmierzam z mężem na porodówkę.

Poród? Rewelacja. Jeśli w ogóle tak można powiedzieć o porodzie. Bolało, wiadomo, ale tempo było błyskawiczne. Rozwieranie niecałe 3 godziny, parcie 10 minut. A i faza rozwierania jakaś taka łatwiejsza do zniesienia niż przy Lence. Nie zdążyłam nawet wejść pod prysznic, nie zdążyłam nawet pomyśleć o znieczuleniu. Nie było nacięcia, nie było pęknięcia. Po 10 minutach na fotelu na moim brzuchu położony został Bartuś. Wszystko dobrze, 3240 g, 51 cm, 10 punktów. Ale że urodził się w 36 tygodniu (dokładnie 36+6, więc 1 dnia zabrakło do donoszenia), musi być jako wcześniak zabrany na obserwację.

I dobrze, że został zabrany.

Kładę się do łóżka na sali poporodowej. Nie czuję, że rodziłam, serio. Po ok. 2-3 godzinach przychodzi do mnie lekarka z informacją, że Bartek "został przeniesiony na patologię noworodka w stanie średnim z nasilającą się niewydolnością oddechową". Słucham, ale nie słyszę. Po policzku płynie mi łza. "Ale jak to? Że moje dziecko?". Mam wrażenie, jakby to nie dotyczyło mnie, tylko działo się gdzieś obok.

W tamtym momencie rozpoczął się najtrudniejszy tydzień w moim życiu.

CDN.

5 komentarze:

Ratunek dla zmęczonych nóg w ciąży: Mustela Maternite - żel lekkie nogi

15:21 Gosia Komentarzy: 2


Kiedy w nocy zaczął mi dokuczać nieprzyjemny ból nóg, postanowiłam poszukać jakiegoś kosmetyku, który przyniesie choć chwilową ulgę. Tak trafiłam na żel z serii Mustela Maternite. Do tanich nie należy (jak zresztą wszystkie kosmetyki tej marki), ale pomyślałam, że dam mu szansę.

Tubka o pojemności 125 ml wypełniona jest żelem, w którego składzie znajdziemy m.in. mentol i peptydy awokado. Biorąc pod uwagę zawartość mentolu, łatwo się domyślić, że głównym zadaniem kosmetyku jest przyniesienie ulgi w postaci schłodzenia nóg. Efekt ten można wzmocnić (co bardzo polecam), przechowując żel w lodówce. 

Podczas nakładania kosmetyku warto wykonać masaż nóg. Ja często w tym celu sięgam po drewniany masażer z wypustkami. Taki zabieg nie tylko przyjemnie chłodzi nogi, ale również pobudza krążenie krwi i limfy - co szczególnie powinny mieć na uwadze przyszłe mamy zmagające się z obrzękami. 

Czy kosmetyk faktycznie działa?

Uczucie schłodzenia jest, choć niestety tylko chwilowe - jednak przy obecnie panujących upałach nawet chwila ulgi jest na wagę złota, więc po kosmetyk sięgam nie tylko rano i wieczorem, ale też w ciągu dnia. W kwestii zmniejszania obrzęków wypowiedzieć się nie mogę, bo na szczęście (tfu, tfu) nie mam z nimi problemu. Nie wiem, czy to efekt stosowania żelu, czy zwykły przypadek, ale nieprzyjemne uczucie bólu i mrowienia nóg w nocy wyraźnie się zmniejszyło. 

Wg mnie warto przetestować.

2 komentarze:

Torba do szpitala: co zabrać do porodu?

16:49 Gosia Komentarzy: 2


Lada dzień wkroczę w 9. miesiąc, najwyższa więc pora, żeby spakować do torby to i owo. Podobnie jak za pierwszym razem planuję rodzić na Ujastku, z grubsza więc wiem, co może się przydać zarówno podczas samego porodu, jak i w trakcie późniejszego pobytu w szpitalu. Co upchnęłam w torbie?

DO PORODU

- koszula do porodu - dokładnie ta sama, którą miałam na sobie podczas pierwszego porodu, czyli czarna tunika H&M. Pierwszy poród przetrwała w doskonałym stanie, a że czułam się w niej komfortowo, nie widziałam powodu, żeby szukać innej. 
- klapki pod prysznic
- ręcznik
- butelka wody mineralnej

PO PORODZIE

- 3 koszule nocne do karmienia piersią
- szlafrok
- ręcznik (czyli w sumie dwa duże ręczniki)
- pantofle
- 1 biustonosz do karmienia piersią
- 6 szt. majtek siateczkowych Hartmann
- 3 pary bawełnianych skarpetek
- 10 szt. wkładek laktacyjnych eBebe
- maść do pielęgnacji brodawek sutkowych Skarb Matki
- nakładki na brodawki Medela (nauczona doświadczeniem wolę mieć pod ręką)
- 2 paczki podpasek poporodowych Bella Mama
- 4 szt. podkładów higienicznych na łóżko Babyono
- mała suszarka do włosów
- kosmetyki (głównie w wersji mini, kupione w sklepie internetowym Rossman, do tego pełnowymiarowy płyn do higieny intymnej Lactacyd i maść na hemoroidy Procto Glyvenol)

DLA DZIECKA

- rożek
- 6 szt. pieluszek tetrowych
- kocyk
- 6 kompletów ubranek (komplet to np. pajacyk + body z krótkim rękawem albo półśpiochy + body z krótkim rękawem + kaftanik)
- pieluchy Pampers 3-6 kg
- paczka chusteczek nawilżanych Lansinoh
- maść przeciw odparzeniom Bepanthen

Do spakowania zostały jeszcze oczywiście dokumenty i wyniki badań. Rzeczy na wyjście dla mnie i dla dziecka mam zamiar zapakować do reklamówki i zostawić w domu. Na wierzchu w pogotowiu czeka też poduszka z dziurą do siedzenia, którą mąż dowiezie mi w razie potrzeby.

2 komentarze:

Jak przetrwać upały w ciąży?

15:02 Gosia Komentarzy: 3


Nie cierpię upałów. Będąc w zaawansowanej ciąży, nie cierpię ich podwójnie. Najtrudniejsze są noce, kiedy pot leje się z czoła, pościel klei się do ciała, a otwarte okna nie przynoszą prawie żadnego ochłodzenia. Prognozy nie są optymistyczne - w przyszłym tygodniu ma nadejść fala upałów sięgających nawet 35-36 stopni Celsjusza. Czuję już lekkie przerażenie, ale mam nadzieję, że prognozy się nie sprawdzą.

A jeśli jednak się sprawdzą... Z upałami radzę sobie tak:

Piję duuużo wody. Codziennie opróżniam 1,5-litrową butelkę wody mineralnej. Kiedy temperatura rośnie, ilość ta wzrasta. Do wody dodaję wyciśnięty sok z cytryny, który daje przyjemne uczucie orzeźwienia. Nie dodaję natomiast lodu, nie schładzam też wody w lodówce - z obawy przed przeziębieniem.

Otwieram okna na noc, zamykam rano. Wszystkie okna mieszkania bardzo pechowo skierowane są na stronę południową. Oznacza to - ni mniej, ni więcej - że od południa do samego wieczoru słońce maksymalnie grzeje i nie mam się gdzie schować (no, pozostaje jeszcze łazienka...). Na noc otwieram więc na oścież wszystkie okna, licząc na jakiekolwiek schłodzenie mieszkania. Natomiast około godziny 10 okna szczelnie zamykam i zasuwam zasłony. Jeśli nie ma sytuacji na wagę życia i śmierci, nie wychodzę w ogóle na zewnątrz.

Nie gotuję. Przebywanie w kuchni staram się ograniczyć do minimum, dotyczy to szczególnie pory obiadowej, kiedy temperatura w mieszkaniu jest najwyższa. Ratuję się wtedy gotowcami ze sklepu (np. pierogi, gołąbki) albo mrożonkami.

Schładzam ręce wodą. Daaawno temu oglądałam jakiś program podróżniczy, w którym prowadzący radził, aby w razie upału polewać chłodną wodą okolice nadgarstka, od wewnętrznej strony dłoni. Nie wiem czemu, ale utkwiło mi to w pamięci. W czasie upałów jak najczęściej więc wkładam dłonie pod zimną wodę. Wiadomo, że ukojenie jest chwilowe, ale dobre i to. Na noc można zamoczyć w zimnej wodzie ręczniczek, położyć go obok łóżka i przecierać nadgarstek w razie potrzeby. 

Używam wiatraczka. Umieściłam tę pozycję na końcu, bo staram się to robić bardzo oszczędnie. Obawiam się przewiania, więc wiatraczka używam niedużego, nastawionego na minimum. 

Tak radzę sobie z upałami. A całkiem serio to z upałami sobie nie radzę i każdy kolejny dzień z temperaturą powyżej 30 stopni to dla mnie męczarnia. Powyższe sposoby pozwalają mi jedynie jakoś ten czas przetrwać - i "przetrwać" jest tu odpowiednim słowem.

3 komentarze:

Nowości w wyprawce: otulacz, ubranko, koszula i ponczo Medbest

13:24 Gosia Komentarzy: 1


Jak to przy drugim dziecku, większość wyprawki stanowią rzeczy po pierwszym. Podczas sobotnich wojaży po sklepach dokupiłam kilka chłopięcych ciuszków i "drobiazgi" takie jak podkłady poporodowe, kosmetyki niemowlęce czy akcesoria kąpielowe. Wyprawka uzupełniła się dodatkowo o kilka cudowności marki Medbest. 

Zachwyciła mnie piękna koszula ciążowa i do karmienia piersią. Będąc w pierwszej ciąży, wielokrotnie pisałam, że nie jestem zwolenniczką infantylnych koszul ciążowych oferowanych przez większość producentów. Nie dla mnie są różowe słoniki czy misie i - szczerze powiem - nie wiem, skąd ten trend, aby takie nadruki umieszczać na koszulach dla kobiet w ciąży. I między innymi dlatego zakochałam się od pierwszego wejrzenia w koszuli marki Medbest. Dostępna w dwóch wariantach kolorystycznych: szarym i wrzosowym. Wykonana z niezwykle miękkiej, przyjemnej w dotyku tkaniny. Bardzo kobieca, z wiązaniem w talii. Z praktycznymi kieszeniami. Dużym plusem są zapinane na napy ramiączka, co sprawia, że koszula idealnie nadaje się do karmienia piersią. 


W moje ręce trafiło również wielofunkcyjne ponczo do karmienia piersią. Przy Lence niestety karmienie piersią nie udało się, ale chcę spróbować ponownie. Wtedy takie ponczo bardzo mi się przyda, bo zapewnia intymność mamie i dziecku - a ja jestem osobą, która nie czułaby się komfortowo publicznie karmiąc piersią bez takiej "zasłony". Ponczo może również służyć jako osłona na nosidełko czy... bluzka dla mamy. 


Bardzo jestem ciekawa, jak sprawdzi się otulacz wiązany dla niemowląt NIUNIU, również marki Medbest. Większość niemowląt lubi być otulana, choć oczywiście zdarzają się wyjątki. W przypadku Lenki było tak pół na pół - uwielbiała spać w ciasno zawiązanym rożku, ale równocześnie rączki wolała mieć "wolne". Otulacz NIUNIU umożliwia zarówno luźniejsze, jak i nieco bardziej ciasne zawiązanie "rękawków". Plus za wygodne rozpięcie w formie zamka błyskawicznego.


I na koniec również przeznaczone dla malucha pierwsze ubranko. Co w nim niezwykłego? Można powiedzieć, że jest to pajacyk z długimi rękawkami, jednak nie ma nogawek, lecz praktyczne wiązanie. Nie trzeba więc mocować się z fikającymi nóżkami, wystarczy rozwiązać dół i zmienić pieluszkę. Do ubranka dołączona jest czapeczka. Otulacz i ubranko wykonane są z mięciutkiej bawełny.


Jeśli spodobał wam się któryś z produktów marki Medbest, wszystkie dostępne są na stronie http://medbestshop.eu.






1 komentarze:

Trzeci trymestr, czyli kiedy ciąża zaczyna ciążyć

13:50 Gosia Komentarzy: 8


33. tydzień ciąży, ósmy miesiąc, trzeci trymestr. To czas, kiedy ciąża zaczyna nieco (nomen omen) ciążyć. Choć póki co nie przytyłam wiele (ok. 5 kg), to czuję, jakbym nosiła przynajmniej dwa razy więcej. Najtrudniej jest mi się zwlec z łóżka o poranku. Podpieram się na łokciu, opuszczam nogi, siadam i tak siedzę kilka minut, próbując dojść do siebie. Dopiero wtedy podnoszę się i kuśtykam do łazienki.

Noce też niestety nie są dla mnie łaskawe. Nie wysypiam się kompletnie, mówiąc wprost. Dwie wizyty w toalecie to minimum. Nieraz też budzę się o 5 i nie ma już mowy o ponownym zaśnięciu. Do tego - podobnie jak w pierwszej ciąży - dopadł mnie syndrom niespokojnych nóg. Tym razem jednak dolegliwości mają nieco inny charakter. W pierwszej ciąży odczuwałam coś na kształt irytującego mrowienia. Teraz odczucie to przypomina bardziej zakwasy po zbyt dużym wysiłku. Tak czy siak - skutecznie utrudnia sen. Zakupiłam żel chłodzący do nóg z zamiarem intensywnego wieczornego masowania nóg. Na cud nie liczę, ale mam nadzieję, że przyniesie to choć niewielką ulgę.

Zauważyłam, podobnie jak mąż i mama, że brzuch się obniżył. To by wyjaśniało, dlaczego dosłownie co chwilę biegam do toalety. Zastanawiam się też, czy to trochę nie za wcześnie na opadnięcie brzucha. Jak to było u was?

Wyprawka już prawie skompletowana. W najbliższą sobotę planuję ostatnie zakupy. Najwyższa też pora na spakowanie torby. Co uświadamia mi, jak niewiele czasu już zostało. Przyznam szczerze, że nastawienie psychiczne w pierwszej ciąży było o wiele bardziej pozytywne. Na poród czekałam z podekscytowaniem i pewną niecierpliwością. Teraz dominuje strach, głównie przed bólem. Pocieszam się, że może faktycznie za drugim razem poród jest szybszy.

8 komentarze:

Gra Loteryjka - Świat od Kapitana Nauki

17:34 Gosia Komentarzy: 0


Brakuje wam pomysłu na prezent dla dziecka? A może nie wiecie, czym je zająć, kiedy pada deszcz lub jest chore? Oto rozwiązanie, które chętnie wam podsuwam: gra Loteryjka, z którą świetnie poradzą sobie już trzyletnie brzdące.

Nie po raz pierwszy piszę o serii Kapitan Nauka. Tworzące ją karty, gry i łamigłówki należą do moich faworytów, jeśli chodzi o zajęcie dziecka czymś innym niż puzzle, kolorowanie czy układanie klocków. Tym razem w moje ręce trafiła gra Loteryjka - Świat (są też: Kolory, Zwierzęta i Ubrania).

Jednym z największych atutów gier i kart Kapitana Nauki jest ich niepowtarzalna, barwa szata graficzna. Uwielbiam ją. Jest jedyna w swoim rodzaju, tworzona w stylu charakterystycznym właśnie dla tej serii. Jest kolorowa, ale nie w sposób tandetny i kiczowaty, lecz bajkowy, przemyślany, wyważony. Duży plus także za samo wykonanie kart, które są bardzo wytrzymałe i solidne. 

Na czym polega sama gra? Zestaw składa się z 6 plansz i 36 żetonów. Producent oferuje kilka wariantów rozgrywki: oczywiście od najprostszej do nieco trudniejszych. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o dopasowywanie obrazków znajdujących się na żetonach do tych znajdujących się na planszach. W najłatwiejszym wariancie dziecko po prostu otrzymuje jedną planszę i sześć pasujących do niej żetonów i jego zadaniem jest odpowiednie ułożenie żetonów na planszy. Z takim zadaniem spokojnie poradzi sobie nawet niespełna trzyletnie dziecko. W trudniejszych wersjach w rozgrywce uczestniczy kilka osób, żetony odwrócone są spodem do góry. Jeśli gracz wybierze pasujący żeton, układa go na swojej planszy. W przeciwnym razie odkłada na miejsce. Pozostali gracze mogą wówczas zapamiętać rozmieszczenie żetonów pasujących do ich planszy, tak aby wybrać je, gdy nadejdzie ich kolejka.

Grze nie brakuje też oczywiście walorów edukacyjnych. Każda plansza poświęcona jest innemu "środowisku" - jest m.in. powietrze, kosmos, woda, ląd. Dziecko więc przy okazji uczy się typowych dla danego miejsca obiektów/pojazdów.

Jak najbardziej polecam!






0 komentarze:

30. tydzień ciąży

14:01 Gosia Komentarzy: 0


Za mną już 3/4 ciąży. Powiem szczerze, że im bliżej terminu, tym większe podenerwowanie zaczynam odczuwać. Trochę się obawiam, kiedy i jak zacznie się akcja, czy zacznie się w terminie, czy poród trzeba będzie wywołać (z uwagi na cukrzycę ciążową). Jedna wielka niewiadoma - a ja takich niewiadomych nie lubię.

Staram się jednak o tym za dużo nie myśleć. Póki co zrobiłam porządki w szafach, przejrzałam niemowlęce rzeczy, które zostały po Lence i które mogą się przydać. Ruszyło pierwsze pranie z pościelą, rożkami, śpiworkami itd. Z praniem ciuszków pewnie jeszcze chwilkę poczekam, ale nie za długo, bo lada tydzień trzeba będzie pakować torbę do szpitala. Większość wyprawki stanowić będą właśnie rzeczy po Lence. Skompletować muszę właściwie tylko drobiazgi, takie jak smoczki do butelek, pieluszki, podkłady poporodowe, Octenisept itp. Z większych zakupów będzie tylko fotelik.

Co u mnie?

Czuję się całkiem nieźle. Obawiałam się upałów, ale - o dziwo - znoszę je całkiem dobrze. Może dlatego że po 2-3 dniach upału zwykle nadchodzi ochłodzenie, więc mogę odpocząć i wychłodzić mieszkanie. Nie mam obrzęków, nie boli mnie kręgosłup (tfu, tfu). Cukrzyca opanowana dietą. Zapewne dzięki tej diecie przytyłam jak do tej pory zaledwie 4 kg. I może dzięki temu czuję się całkiem nieźle, nie jakoś przesadnie ociężała.

Nieco gorzej wyglądają noce. Dopadła mnie chyba jakaś ciążowa bezsenność. Codziennie budzę się ok. 5 i nie mogę już ponownie zasnąć. Dodatkowo w nocy 2-3 razy wstaję do toalety. Nie mówiąc o budzeniu się przy każdej próbie przewrócenia się na drugi bok. Teoretycznie zaleca się, aby w ciąży spać na lewym boku. Tymczasem jak pośpię tak chwilę, zaczynam odczuwać dość mocne pobolewanie pod lewymi żebrami. Domyślam się, że Bartek na coś uciska. Muszę więc spać głównie na prawym boku.

Bartuś rośnie zdrowo. Waży 1,5 kg. Ma urocze pucusie i pulchne rączki.

0 komentarze:

Czym druga ciąża różni się od pierwszej - drugi trymestr

17:31 Gosia Komentarzy: 1


Jestem z lekka przerażona. Tym, w jakim tempie mija mi ta ciąża. Wiem, że się powtarzam, ale naprawdę nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Kończę 27. tydzień, tym samym wkraczam w trzeci trymestr (trzeci!!!). W ramach podsumowania drugiego trymestru porównanie z tym samym okresem pierwszej ciąży.

Ruchy dziecka. W obu ciążach ruchy zaczęłam czuć mniej więcej w tym samym czasie, czyli ok. 18. tygodnia. Miały jednak nieco inny charakter. W przypadku Lenki było tak: nic, nic, nic, a tu nagle kopniak w okolicach pępka. Zupełnie inaczej w przypadku Bartka: nic, nic, lekkie łaskotanie, delikatne uczucie rozpychania pod prawymi żebrami, pierwsze nieśmiałe kopniaki.

Samopoczucie. W pierwszej ciąży było o wiele lepsze. W drugim trymestrze przy Lence było faktycznie tak jak opisują: przypływ energii, uczucie, że można góry przenosić. W tej ciąży ledwo żyję, serio. W ogromnej mierze na pewno jest to efekt tego, że jest już jedno dziecko, bardzo absorbujące dziecko. Kiedy wraca z przedszkola, nie ma szans na to, żeby się położyć i odpocząć. Jestem o wiele bardziej zmęczona niż w pierwszej ciąży, brakuje mi też tego słynnego przypływu energii. Standardowo natomiast kilka razy w nocy wstaję do toalety, co skutecznie utrudnia mi porządne wyspanie się.

Zdrowie. Nie mogę narzekać, bo wiem, że niektóre kobiety mają gorzej. Ale porównując obecną ciążę z pierwszą, zdrowie mam nieco gorsze. Częściej jestem przeziębiona (to akurat zasługa przedszkola), pojawiła się wspomniana cukrzyca ciążowa i niedoczynność tarczycy. Dokucza mi też ból pachwin, który w pierwszej ciąży pojawił się dużo później. Poza tym, tfu, tfu, wszystko w porządku.

Nastawienie do porodu. Coraz częściej zaczynam o tym myśleć. Muszę przyznać, że w pierwszej ciąży do porodu podchodziłam z entuzjazmem, zaciekawieniem, podekscytowaniem. Teraz dominuje lekki niepokój. Boję się bólu, boję się też, czy cukrzyca ciążowa pozwoli mi szczęśliwie dotrwać do naturalnego rozpoczęcia akcji porodowej, czy może będzie konieczność wcześniejszego wywoływania (np. z uwagi na rozmiary dziecka czy stan łożyska). Staram się jednak o tym za dużo nie myśleć.

Przybieranie na wadze. Z uwagi na fakt, że w obecnej ciąży mdłości dokuczały mi dużo dłużej niż w pierwszej, przybrałam jak do tej pory zaledwie 3,5 kg. Choć w sumie powodów do obaw nie ma, bo dziecko rośnie zdrowo, a jak tak dalej pójdzie, to będę mieć po prostu mniej do zrzucania po porodzie. W pierwszej ciąży na tym etapie miałam na plusie ok. 6 kg, więc niemal dwa razy więcej. Ostatecznie przy Lence przytyłam 11 kg. Ciekawa jestem, jaką wagę osiągnę pod koniec tej ciąży.



1 komentarze:

Cukrzyca ciążowa: pierwsze starcie

10:20 Gosia Komentarzy: 3


Powiem wprost, kiedy usłyszałam "pani Małgosiu, mamy cukrzycę ciążową", poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. Dosłownie. Zamurowało mnie. Głównie dlatego że kompletnie nie spodziewałam się takiej informacji. Wyniki wydawały mi się w normie, dopiero na wizycie dowiedziałam się, że w ciąży normy są nieco inne.

Przekroczenia nie były duże. Zarówno na czczo, jak i po dwóch godzinach wynik był w normie. Jedynie po godzinie lekko przekroczony. No ale czytałam później, że cukrzycę diagnozuje się nawet wtedy, gdy tylko w jednym punkcie krzywej wynik jest ponad normę.

Siedziałam w gabinecie, ale czułam się, jakbym przeniosła się gdzieś indziej. Nie potrafiłam o niczym innym myśleć, tylko w kółko słyszałam w głowie głosik "cukrzyca, cukrzyca, cukrzyca...". Nawet podczas USG, zamiast podziwiać kształtny nosek i usteczka Bartusia, myślami byłam gdzie indziej. Otrzymałam zalecenie, aby poczytać o diecie cukrzycowej, udać się po bezpłatny glukometr i umówić do diabetologa (wizyta 6 czerwca).

Po wyjściu z gabinetu miałam ochotę się rozpłakać. Po pierwszej ciąży przywykłam do braku jakichkolwiek problemów zdrowotnych. A tu i niedoczynność z podejrzeniem Hashimoto, i nagle cukrzyca ciążowa. Wpadłam w lekkiego doła, wyobrażając sobie oczywiście scenariusze najgorsze z możliwych.

Dół pogłębił się, kiedy zaczęłam zapoznawać się z zasadami diety cukrzycowej. Ważenie każdego pokarmu, przeliczanie zamienników węglowodanowych... Miałam ochotę siąść i płakać. Zwłaszcza że ja po prostu lubię jeść. Postanowiłam jednak wziąć się w garść i poczekać z załamaniem się do momentu, aż będę mieć glukometr, rozpocznę pomiary i będę wiedziała, jak te moje cukry wyglądają.

Jak więc wyglądają?

Nie jest źle, powiedziałabym nawet, że jest dobrze. Wprawdzie pomiary wykonuję dopiero od trzech dni, ale jeszcze ani raz nie zdarzyło mi się przekroczyć normy (na czczo wynosi 90, godzinę po posiłku 140). A jem w sumie całkiem przyzwoicie - nie chodzę głodna, czuję się najedzona. Zamieniłam jasne pieczywo na żytnie, w odstawkę poszła zdecydowana większość słodkości (patrz niżej) i dania smażone, jem dużo więcej warzyw. Zamiast smażyć, piekę w piekarniku albo duszę. A przede wszystkim: jem regularnie co 2-3 godziny (pierwszy posiłek zwykle ok. 8, ostatni ok. 21). Jednym słowem: odżywiam się po prostu zdrowiej.

Na czczo pomiary wynoszą zwykle ok. 87, godzinę po posiłku ok. 100 (więc teoretycznie mogłabym jeść nawet więcej). Pomiarów dokonuję aż 6 razy dziennie: na czczo, po pierwszym śniadaniu, po drugim śniadaniu, po obiedzie, po podwieczorku i po kolacji.

Tego, czego bałam się najbardziej, to to, że będę musiała całkowicie zrezygnować z uwielbianych przeze mnie truskawek i czereśni, na które obecnie jest sezon, a które - jak to owoce - mają cukier. Na szczęście tak nie jest. Nawet po zjedzeniu niemal pół kg czereśni mój cukier po godzinie nie przekracza 100. Co ciekawe, mogę jeść również lody (ważne - nie w polewie czekoladowej, lecz zwykłe gałkowe). Po jednej gałce pomiar po godzinie wynosi poniżej 90. Trochę mnie to pocieszyło, bo obawiałam się, że wszelkie jedzeniowe przyjemności będą musiały odejść w zapomnienie. Robię więc tak, że jeśli mam ochotę na coś słodszego - po prostu testuję na sobie, jak zareaguje mój organizm. Zjadam rozsądną porcję, a następnie po godzinie kontroluję cukier.

Powoli więc oswajam się z nową sytuacją. Plus jest niewątpliwie taki, że - tak jak już pisałam - moja dieta jest po prostu zdrowsza, z korzyścią i dla mnie, i dla dziecka. Na dodatek przy takiej diecie nie powinnam za wiele przytyć, więc i mniej będzie do zrzucania po porodzie.

Póki co jest nieźle. Mam nadzieję, że tak będzie nadal.

Wszystkim słodkim mamom polecam grupę na FB - Cukrzyca ciążowa

3 komentarze:

Badanie moczu w ciąży. Zrób to dobrze!

16:57 Gosia Komentarzy: 1

badanie moczu w ciąży

Muszę uderzyć się w pierś. Przyznaję, że sposób pobierania próbki moczu do badania traktowałam do tej pory nieco po macoszemu. Głównie dlatego, że wyniki zawsze wychodziły idealne. Do czasu...

W ostatnią sobotę jak zwykle nasiusiałam do pojemniczka i zadowolona zaniosłam próbkę do badania. Przekonana, że i tym razem wyniki będą perfekcyjne, doznałam lekkiego szoku, gdy okazało się, że jest inaczej. A były co najwyżej przeciętne. W moczu liczne bakterie i - co wystraszyło mnie najbardziej - liczne leukocyty (przy normie do 5 było ich 70-100). Wyniki zaskoczyły mnie tym bardziej, że nie odczuwałam żadnych dolegliwości ze strony układu moczowego, absolutnie żadnych.

Wpadłam w popłoch. Jak to ja, zaczęłam naprędce przeczesywać internet w poszukiwaniu informacji, co oznaczają leukocyty w moczu (nie róbcie tego, internet w ciąży powinien być zakazany). Dowiedziałam się dość szybko, że to może być bezobjawowy bakteriomocz, który może przekształcić się w zapalenie nerek. Nie umknęła mi też informacja, że wzrasta ryzyko przedwczesnego porodu.

No to teraz wyobraźnie sobie mnie, czytającą o ryzyku przedwczesnego porodu.

Zadzwoniłam szybko do mojej ginekolog, która doradziła mi brać Urosep i ponownie wykonać badanie. To było w sobotę. W niedzielę zorganizowałam sobie intensywną kurację, na którą poza stosowaniem Uroseptu składało się picie bardzo dużej ilości wody mineralnej z cytryną. Oprócz tego popijałam też herbatę żurawinową.

W poniedziałek miałam ponownie zanieść próbkę moczu do badania. Tym razem jednak postanowiłam naprawdę przyłożyć się do sposobu jej pobrania.

Porządnie się podmyłam (wcześniej zdarzało mi się tego nie robić bezpośrednio przed pobraniem). Równie porządnie umyłam dłonie. Do pojemniczka nabrałam mocz ze środkowego strumienia (przyznam, że wcześniej nie zwracałam na to większej uwagi). Zakręciłam i schowałam do lodówki, bo do laboratorium mogłam iść za ok. 1,5 godziny.

Już wieczorem miałam wyniki.

Mocz idealny. Bez śladu bakterii i leukocytów.

Nie wierzę, że aż tak pomogła jednodniowa kuracja wodą, cytryną i Uroseptem. Bardziej skłaniam się ku temu, że główną rolę odegrał tu sposób pobrania obu próbek.

Dlatego przyszłe mamy, zwracajcie baczną uwagę na to, w jaki sposób pobieracie mocz do badania. Można sobie w ten sposób zaoszczędzić trochę nerwów.

1 komentarze:

Test obciążenia glukozą w ciąży + aktualizacja

14:33 Gosia Komentarzy: 5

krzywa cukrowa w ciąży

Test obciążenia glukozą to chyba jedno z tych badań, które wśród kobiet w ciąży cieszą się niezbyt dobrą sławą. Odnoszę wręcz wrażenie, że wzbudza lekki popłoch. Wykonać jednak trzeba, bo pomaga wykryć groźną cukrzycę ciążową. Wczoraj miałam okazję wykonać go po raz w drugi w życiu. Jak wyglądało badanie i jak je zniosłam?

Przyznam, że mnie też na kilka dni przed badaniem ogarnęła lekka nerwowość. W pierwszej ciąży wprawdzie krzywa cukrowa wypadła świetnie i jej wykonanie nie wiązało się z żadnymi nieprzyjemnymi dolegliwościami. Mimo to jednak obawiałam się, czy za drugim razem badanie będzie dla mnie równie łaskawe. Tym razem poszłam sama - ostatnio towarzyszył mi mąż. 

Pierwsze pobranie krwi odbywa się oczywiście na czczo. Zaraz po pobraniu został mi wręczony kubeczek z wodą i rozpuszczoną w niej glukozą (75 g). Napój był przeraźliwie słodki, ale jakoś dało się wypić. Posiedziałam ok. 10 minut pod czujnym okiem pielęgniarki, a następnie poszłam do poczekalni. Na szczęście nie mdliło mnie, nie kręciło się w głowie, nie było mi słabo. Jedynym objawem była ogromna senność, która nagle mnie ogarnęła.

Po godzinie krew pobrana została po raz drugi, a po następnej godzinie (czyli po dwóch godzinach od wypicia glukozy) po raz trzeci. W pierwszej ciąży krew miałam pobieraną tylko dwukrotnie - na czczo i po dwóch godzinach. Nie wiem, skąd te różnice. Może weszły jakieś nowe zalecenia dotyczące badania?

Powiem szczerze, że te dwie godziny minęły mi błyskawicznie. Nie byłam też głodna, czego się trochę bałam, bo ostatnio pożeram wszystko, co znajdzie się w zasięgu mojego wzroku. Badanie minęło więc bez żadnych sensacji i z ogromną ulgą wróciłam do mieszkania. Wyniki już są - na szczęście bardzo dobre.

AKTUALIZACJA: Niestety trochę za wcześnie ucieszyłam się, że cukier jest w normie. Owszem, jest w normie po 2 godzinach, ale po 1 godzinie lekko przekracza. Okazało się, że w ciąży są inne normy (po godzinie do 10, a ja miałam wynik 10,23). Mam więc stawić się w poradni diabetologicznej, gdzie otrzymam glukometr i zalecenia dietetyczne. 

5 komentarze:

Wiję gniazdo

16:10 Gosia Komentarzy: 3

syndrom wicia gniazda

Najpierw pojawiła się w głowie nieśmiała myśl, aby poukładać rzeczy w szafie. Tak tliła się przez kilka dni, spychana przez pilniejsze sprawy. Aż w końcu chęć sprzątania, układania, wyrzucania, segregowania wybuchła ze zdwojoną siłą.

Dopadł mnie syndrom wicia gniazda. Co ciekawe, w podobnym momencie, jak w pierwszej ciąży - czyli na przełomie 5. i 6. miesiąca.

Przejrzałam wszystkie niemowlęce ciuszki po Lence, odkładając te, które będą nadawać się na chłopca. Zrobiłam porządek we wszystkich możliwych szafach, dzieląc rzeczy na te, które na pewno się przydadzą, te, które być może się przydadzą i te, które są całkowicie zbędne, więc trzeba się ich pozbyć. Dopiero przy takich gruntownych porządkach okazuje się, jak mieszkanie jest zagracone i bez ilu przedmiotów można się obyć. Na półkach zrobiło się więc sporo miejsca, w sam raz na rzeczy nowego członka rodziny.

W pierwszej ciąży ogarnęła mnie niemożliwa do przegonienia chęć wymiany dywanów w mieszkaniu. Tym razem - póki co - obyło się bez takich rewolucji, ale wszystkie kąty zostały odkurzone i umyte (to nic, że do września jeszcze zdążą się porządnie zakurzyć).

I cały czas mam poczucie, że JESZCZE coś MUSZĘ posprzątać i uporządkować.

A Was kiedy dopadł syndrom wicia gniazda?

3 komentarze:

4 pomysły na prezent dla trzylatki

15:05 Gosia Komentarzy: 3

prezent dla dziecka

1. Kołyska dla lalki

Od co najmniej roku na topie są u nas zabawki, które pozwalają się wcielić Lence w rolę troskliwej mamy. Na wyposażeniu jest już wózek, nocniczek, wanienka i różne akcesoria pielęgnacyjne. Do kompletu dołączyła ostatnio kołyska dla lalek z grającą karuzelką. Lenka z namaszczeniem układa w niej lale i misie, przykrywa dołączoną kołderką i kołysze. Urocze.

2. Zabawkowa kasa sklepowa

Zastanawiałam się, czy Lenka jest już na tyle duża, żeby zrozumieć, na czym polega kupowanie w sklepie i na jakiej zasadzie działa kasa sklepowa. Okazało się jednak, że zakup takiej zabawki z okazji trzecich urodzin był strzałem w dziesiątkę. Od razu zabrała się za sprzedawanie nam dołączonych do kasy produktów, wydawała pieniądze, włączała głośnik, wołając klientów do kolejki. Taka kasa sklepowa to naprawdę świetna zabawka.

3. Zabawkowe sprzęty AGD

Oprócz zabawy w mamę Lenka uwielbia też bawić się w gospodynię domową. Zestaw sprzętów AGD tworzą u nas: pralka, żelazko, mikser, odkurzacz i oczywiście kuchenka z akcesoriami. Obecnie nic tak nie zajmuje Lenki jak właśnie pranie lalkowych ubranek w pralce, przelewanie wody z garnuszka do garnuszka i "gotowanie" jej na kuchence czy towarzyszenie mi podczas prasowania.

4. Książki ćwiczące spostrzegawczość

Od pewnego czasu w księgarniach coraz więcej jest książek dla dzieci... bez tekstu. Nie jest to jednak błąd w druku. Zadaniem tych książek jest ćwiczenie spostrzegawczości dziecka. Każda strona to inny barwny obrazek pełen drobnych szczegółów, spośród których znaleźć trzeba jeden konkretny (bądź kilka). W naszej domowej biblioteczce są już trzy takie książki: "Znajdź mnie", "Zima na ulicy Czereśniowej" i "24 godziny. Coś się dzieje w porcie!". Każdą polecam.






3 komentarze:

Na półmetku ciąży

17:44 Gosia Komentarzy: 8


Dotarłam na półmetek ciąży. Teraz będzie już tylko bliżej niż dalej. W głowie mi się to nie mieści, naprawdę. Mam wrażenie, jakbym zaledwie miesiąc temu robiła test ciążowy. Jak to możliwe, że w drugiej ciąży czas tak nieubłaganie pędzi? Może dlatego że już jest jedno dziecko, które absorbuje całą uwagę i nie ma czasu na powolne i uważne kontemplowanie rosnącego brzucha.

A brzuch rośnie i rośnie. Choć wagowo przybrałam niewiele, bo zaledwie ok. 1,5 kg, to brzuszek powiększa się z każdym dniem. Już trzech lekarzy potwierdziło, że mieszka w nim chłopiec. Zakładam, że trzech lekarzy mylić się nie może, więc raczej powinna mnie ominąć taka niespodzianka jak w pierwszej ciąży. Mąż podrzucił pomysł, żeby synek miał na imię Bartuś (Bartosz, nie Bartłomiej). Spodobało mi się (a babcia na punkcie tego imienia już oszalała), więc pewnie tak zostanie.

Bartuś waży 30 dag i coraz śmielej sobie w brzuchu poczyna. Choć jego ruchy czuję o wiele słabiej niż ruchy Lenki, a wszystko przez to, że łożysko jest na przedniej ścianie, więc nieco tłumi kopniaki. Delikatne kopnięcia odczuwam więc głównie po bokach, zazwyczaj ok. 6-7 i 20-21. Wg USG połówkowego z Bartusiem jest wszystko w jak najlepszym porządku, więc oby tak dalej. Termin porodu wg USG to 3 września.

Czuję się nieźle, powiedziałabym wręcz, że naprawdę dobrze. Mdłości trzymały mnie dość długo, ale w końcu ustąpiły ok. 17. tygodnia. Mimo to apetyt nie jest jakiś oszałamiający. Jem tyle, co zawsze, specjalnych zachcianek też raczej brak. Jedyna uciążliwość, która mi obecnie dokucza, to okropna "męczliwość". Wystarczy, że zrobię kilka kroków i już serce zaczyna mi walić i sapię jak lokomotywa. Odnoszę wrażenie, że w pierwszej ciąży i sił, i energii miałam dużo więcej.

A to mój brzuszek. Zdjęcie jest z 18. tygodnia, więc od tego czasu już mu troszkę przybyło.


8 komentarze:

Świetna gra dla przedszkolaka: 'Memory na 3 sposoby' od Kapitana Nauki

13:01 Gosia Komentarzy: 0


Zimno, ponuro. Dziecko stoi z nosem wlepionym w szybę. Po chwili odchodzi od okna i zaczyna się kręcić po pokoju, zajmując się 5 minut jedną zabawką, 5 minut drugą, aż w końcu dostrzega ciebie. Już wiesz, co zaraz nastąpi - marudzenie. Jedynym sposobem, aby temu zapobiec, jest wymyślenie zabawy, która przegoni nudę. Co to może być?

Podsuwam wam doskonały pomysł: gra "Memory na 3 sposoby" od Kapitana Nauki. Dostępna jest w kilku wariantach tematycznych, do mnie akurat trafiła wersja "Zwierzaki". Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z Kapitanem Nauką, warto wiedzieć, że jest to edukacyjna seria obejmująca różnego rodzaju gry i karty, która łączy wspomnianą naukę z zabawą. W zależności od wybranego zestawu dziecko uczy się nazw otaczających go przedmiotów, zwierząt, przyswaja angielskie słówka czy zasady ortografii, ćwiczy spostrzegawczość i umiejętność logicznego myślenia. Powiem wprost, ja Kapitana Naukę uwielbiam. Mamy już kilka różnych kart, gier i łamigłówek, które Lenka naprawdę bardzo lubi.

Tym razem jednak skupmy się na "Memory...". Kapitan Nauka podbił moje serce m.in. za sprawą jedynej w swoim rodzaju szaty graficznej. Jest oryginalna i zabawna, nie inaczej jest w przypadku 20 kart składających się na grę "Memory...". Ogromnym plusem jest jakość wykonania kart. Są naprawdę solidne i wytrzymałe, co nabiera szczególnego znaczenia w przypadku małego dziecka, które - powiedzmy sobie szczerze - nie zawsze przykłada wagę do dbania o zabawki.

Teraz kilka słów o samej grze. Chyba każdy wie, na czym polega zabawa typu memory. Kapitan Nauka oferuje trzy warianty rozgrywki, w zależności od wieku najmłodszego gracza. Pierwsza najprostsza wersja dla dzieci 2+ ćwiczy przede wszystkim pamięć. Zadaniem malucha jest więc zapamiętanie, gdzie leży drugi element z pary. Oczywiście, nie ma potrzeby rozkładania wszystkich kart. Im dziecko młodsze, tym mniej kart z zestawu można wykorzystać. Druga wersja dla dzieci 4+ ma na celu rozwijanie spostrzegawczości. Mały gracz ma więc dodatkowo wskazać, jakimi szczegółami różnią się tworzące parę ilustracje. Trzecia wersja dla dzieci 6+ dodatkowo ćwiczy refleks - wygrywa ten, kto jako pierwszy wskaże wszystkie trzy różnice.

Wg mnie gra "Memory na 3 sposoby" jest naprawdę świetną propozycją dla całej rodziny. Doskonała rozrywka, mnóstwo śmiechu, a przy tym połączenie przyjemnego z pożytecznym - dziecko uczy się bądź utrwala nazwy zwierząt. Polecam!

Całą ofertę Kapitana Nauki można zobaczyć na stronie www.kapitannauka.pl.



0 komentarze:

Będę sobie przedszkolaczek...

17:55 Gosia Komentarzy: 2

przedszkole

Olaboga, to już niedługo. Bardzo niedługo, bo pojutrze. Zacznie się nowy rozdział w naszym życiu - Lenka zostanie przedszkolakiem. Najpierw dwa dni adaptacji, a od poniedziałku ruszamy pełną parą. Na tę zmianę nastrajam Lenkę już od jakiegoś czasu. Jak przygotować dziecko na pójście do przedszkola?

1. Mów o przedszkolu wyłącznie pozytywnie

Lenka od kilku miesięcy ma ogromną potrzebę przebywania z innymi dziećmi. Widząc grupę przedszkolaków na spacerze, najchętniej podbiegłaby do nich i dołączyła do wędrówki. Opowiadam więc nieraz, że w przedszkolu będzie mieć mnóstwo koleżanek i kolegów, z którymi będzie mogła się bawić. Nie zabraknie też oczywiście sterty zabawek. Często używam sformułowań: "ale będzie fajnie, prawda?", "będzie super, aż ci zazdroszczę" itp. Lenka nieraz sama dopytuje, kiedy w końcu pójdzie do przedszkola, więc cel - stworzenie atmosfery podekscytowania i pozytywnego napięcia - chyba udało mi się osiągnąć.

2. Czytajcie książeczki o przedszkolu

Uwielbiam te dziecięce książeczki, które poruszają konkretne problematyczne zagadnienia. Kiedy Lenka była na etapie pożegnania z pieluszką, często sięgałyśmy po te, które opowiadały historię głównego bohatera oswajającego się z nocnikiem. Z chęcią kupiłam więc również książeczki, które poświęcone są przygodzie z przedszkolem, np. "Marysia i wesoły dzień w przedszkolu", "Nasze przedszkole. Zuzia już nie płacze".

3. Wspólnie kompletujcie wyprawkę

Warto pozwolić dziecku uczestniczyć w gromadzeniu rzeczy niezbędnych do przedszkola. Zabrałam więc Lenkę do sklepu i pozwoliłam jej wybrać plecaczek, kubek, pastę, szczoteczkę do zębów, ręczniczek itd. Powtarzając oczywiście, że są to rzeczy do przedszkola i że "super będzie ich używać w przedszkolu, prawda?".

4. Pozwalaj na samodzielność

Lenka nieźle radzi sobie w tzw. samoobsłudze. Potrafi skorzystać z toalety, samodzielnie jeść, pić z kubeczka, założyć buty, ubrać większość ciuchów (powiedzmy, że problem stwarza jeszcze kurteczka). Przyznam, że czasem korci mnie, żeby jej pomóc, kiedy np. spieszymy się, a Lenka ociąga się z jedzeniem zupy. Zaraz pojawia się jednak myśl, że przecież w przedszkolu będzie musiała poradzić sobie sama i cierpliwie czekam, aż skończy (no dobra, lekko ją poganiając).


A jak ja się przygotowuję? Powiem szczerze, że jestem dość spokojna. Widzę, że Lenka jest samodzielna, towarzyska, ciągnie ją do dzieci. Wiem, że sobie poradzi. Jedyne, czego się obawiam, to chorowania, zwłaszcza że jestem w ciąży. Ale może nie będzie tak źle, trzymajcie kciuki.


2 komentarze:

Dieta cud na zaparcia u dziecka

18:03 Gosia Komentarzy: 1

zaparcia u dzieci

Nie myślałam, że doczekam się momentu, kiedy Lenka znowu zacznie robić kupę codziennie. Serio. Na pewno rozumie mnie każda mama, której dziecko ma problem z zaparciami. Zwłaszcza że po chwilowej poprawie znowu nastąpił kryzys. Pięć dni bez wypróżnienia, czopek, płacz i zgrzytanie zębów.

Ponownie zastanowiłam się, co jeszcze mogę zrobić. Nie chciałam faszerować Lenki syropami przeczyszczającymi. Jedynym wyjściem było więc bardzo, bardzo gruntowne przyjrzenie się jej diecie. I mogę wam napisać, że odkąd poniższych sposobów przestrzegam naprawdę bardzo skrupulatnie, kupka jest codziennie. Do tej pory nie mogę wyjść z szoku, bo przez ostatnie półtora roku za sukces uważałam wypróżnianie się Lenki co trzy dni.

Wiem, jak dużym problemem są zaparcia nawykowe u dziecka, dlatego o tym piszę. Jeśli wasze dziecko też ma problem z zaparciami, mam nadzieję, że uda mi się pomóc.

1. Płatki owsiane/kasza jaglana.

Wiem, że u niektórych dzieci będzie problem z realizacją tego punktu. Do niedawna Lenka też odwracała głowę od owsianki, ale właśnie od ok. dwóch tygodni chętnie się nią zajada. Już kiedyś pisałam, że jeśli za żadne skarby dziecko nie chce jeść owsianki, można spróbować przemycać płatki owsiane w formie smażonych placuszków.

2. Activia.

Do owsianki/kaszy jaglanej dodaję całą Activię. Oprócz tego dorzucam też np. pokrojone kiwi czy jabłko. Z owoców wyeliminowałam zapierającego banana.

3. Len.

O tym już też kiedyś wspominałam. Wcześniej zdarzało mi się machnąć ręką i zapomnieć podać. Teraz bardzo się pilnuję, żeby Lence codziennie podać 4-5 łyżeczek całych nasion lnu (po wcześniejszym zalaniu ich odrobiną wrzątku, żeby powstał śluz). Len dodaję do owsianki i zupy.

4. Łyżka oleju.

Słyszałam wcześniej o tej metodzie, ale dopiero teraz wcieliłam ją w życie. Do zupy (bo tak najłatwiej przemycić) dodaję łyżkę oleju rzepakowego. Oczywiście, porcja zupy powinna być taka, żeby mieć pewność, że dziecko zje całą razem z olejem.

5. Słoiczek ze śliwkami.

Polecam słoiczek BoboVity czy innej firmy ze śliwkami. Dlaczego akurat tak? Bo wiem, że czasem ciężko "wcisnąć" w dziecko zwykłe suszone śliwki. Tak przynajmniej jest z Lenką. A słoiczek zjada chętnie cały. Śliwka to śliwka.

Powtórzę jeszcze raz: efekt jest naprawdę imponujący, ale pod warunkiem, że zaleceń tych przestrzega się cały czas, codziennie, bez wyjątku. 

Polecam też wpisy:
Zaparcia nawykowe u dwulatka, czyli jak oswoić dziecko z kupą (cz. 1. - badania, dieta i leki)
Zaparcia nawykowe u dwulatka, czyli jak oswoić dziecko z kupą (cz. 2. - psychika)


1 komentarze: