Kto rozdaje dzieciom prezenty?

13:51 Gosia Komentarzy: 2


W niektórych krajach dzieci otrzymują podarunki w Mikołajki oraz w Wigilię Bożego Narodzenia, w innych bardziej popularny jest przełom starego i nowego roku czy Święto Trzech Króli. Jednym prezenty przynosi Święty Mikołaj, innym – Dziadek Mróz, a jeszcze innym bardziej „egzotyczne” postacie, takie jak... latająca na miotle Befana.

Świętego Mikołaja, czyli poczciwego staruszka z długą, siwą brodą znają dzieci na całym świecie. To zdecydowanie najbardziej popularna postać związana z tradycją obdarowywania dzieci prezentami. W większości krajów wygląd sympatycznego staruszka jest bardziej zbliżony do krasnala niż biskupa Miry, który był pierwowzorem świętego. Znakiem firmowym Świętego Mikołaja jest nie tylko długa broda, ale i charakterystyczny strój: czerwony płaszcz obszyty białym futrem, czerwone spodnie, czerwona czapka z białym pomponem, czarny pas ze złota klamrą i czarne buty z cholewami. Obowiązkowym atrybutem Mikołaja jest oczywiście wypełniony prezentami worek, przewieszony przez ramię i dźwigany na plecach.

Na świecie Święty Mikołaj znany jest pod różnymi imionami, np. Weinachtsmann albo Der Heilige Nikolaus w Niemczech czy Julemanden w Danii. W ostatnią sobotę listopada do wybrzeży Holandii na statku parowym przybywa co roku Sinterklaas. Jego nadejście jest transmitowane w mediach na żywo, co pokazuje, jak ważne jest to wydarzenie w życiu lokalnej społeczności. Zamiast stada reniferów Sinterklaas ma swojego wiernego konia Schimmela. Nosi tradycyjny strój biskupi, czyli białą albę przewiązaną sznurem, długi czerwony płaszcz, stułę, a na głowie mirtę. W ręku trzyma laskę. Towarzyszy mu grupa Czarnych Piotrusiów, znanych również jako Zwarte Pieten. Podczas podróży śpiewają, grają na instrumentach, żonglują, a napotkane na swojej drodze dzieci częstują ciasteczkami zwanymi „pepernoten”. Noszą kolorowe stroje i śmieszne czapeczki z piórkiem. Dłonie i twarze mają pomalowane na (ma się rozumieć) czarno.

W Austrii pomocnikami Świętego Mikołaja są Krampusy. Nie są to jednak postacie przyjazne, wręcz przeciwnie: są odrażające. Ich ciało pokrywa grube futro, a na twarzy noszą upiorną maskę z rogami. Na terenie Islandii dzieciom bardzo często Mikołaj rozdaje dzieciom prezenty w towarzystwie skrzatów. Oni z kolei swoim wyglądem przypominają krasnali. Mają długie, siwe brody, czapki z pomponami, noszą grube, wełniane ubranie i worek na plecach. Czasem podpierają się kijem.

W Rosji oraz w krajach sąsiednich osobą, która obdarowuje dzieci prezentami, jest postać świecka: Dziadek Mróz. Nosi futrzaną czapkę albo uszatkę i kożuch w kolorze czerwonym, srebrnym albo błękitnym, przepasany sznurem. Prezenty zostawia pod choinką lub wręcza je dzieciom osobiście w sylwestrową noc. Podróżuje zaprzęgiem z trzech koni, a towarzyszy mu piękna pomocnica, jego wnuczka Śnieżynka. Ona z kolei ubrana jest w długi, bogato zdobiony płaszcz, obszyty białym futerkiem, czapkę oraz rękawiczki.

W Hiszpanii, a także na terenie Meksyku, bardziej popularni od Mikołaja są Trzej Królowie, czyli Kacper, Melchior i Baltazar. Ubrani w odświętne szaty królowie podróżują na wielbłądach i wkładają dzieciom prezenty do butów w Święto Trzech Króli, czyli 6 stycznia. Na tę okazję najmłodsi przygotowują dla nich trzy kieliszki sherry oraz marchewki dla ich wielbłądów. Ponadto 6 stycznia w Hiszpanii organizowane są specjalne parady uliczne, w których najważniejszymi postaciami są właśnie Kacper, Melchior i Baltazar. Trzej Królowie zazwyczaj noszą powłóczyste szaty, na głowach mają korony albo turbany.

Mimo że zarówno we Francji, Niemczech, jak i we Włoszech znana jest postać Mikołaja, to jednak warto zwrócić uwagę także na inne, lokalne postacie, które są związane ze zwyczajem obdarowywania się prezentami - są to trzy kobiety o charakterystycznym wyglądzie. Włoską Befanę można poznać po długim, zakrzywionym nosie, przewiązanej chustą lub szalem głowie oraz podartych, brudnych ubraniach. Befana lata na miotle i sieje postrach wśród niegrzecznych dzieci, zostawiając im w skarpetach czosnek albo cebulę oraz popiół. Grzecznym dzieciom rozdaje prezenty w nocy z 5 na 6 stycznia. Niemiecka Frau Berta to, podobnie jak Befana, postać odrażająca. Kobieta przypomina czarownicę, ma wielkie stopy i wchodzi do domów przez komin. Prezenty zostawia grzecznym dzieciom w różnych miejscach: na parapetach, poduszkach, schodach lub w skarpetach. Francuska Abonde to z kolei postać dobrej wróżki, która odwiedza grzeczne dzieci w czasie snu. Przygotowane prezenty rozdaje w sylwestrową noc.

* wpis sponsorowany

http://sarafis.pl

2 komentarze:

10 drobnostek, które świadczą o tym, że jesteś mamą

17:41 Gosia Komentarzy: 6


1. Nie pamiętasz, jak wygląda dno kosza na brudne ciuchy. Masz wrażenie, że pranie robisz nieustannie, a on i tak wciąż jest pełny.

2. Gdyby głównym kryterium zdobycia tytułu Master Chefa było tempo przyrządzania obiadów, zostałabyś niekwestionowanym zwycięzcą (pod warunkiem oczywiście, że w konkursie nie brałyby udziału inne matki). Do perfekcji masz opanowane gotowanie potraw z tego, co akurat znajduje się w lodówce, a cały proces zajmuje ci ok. 30 minut. Dodajmy: smacznych i zdrowych potraw.

3. Twoja torebka jakby przestała być wyłącznie twoja. Wprawdzie jest w niej twój portfel, telefon, klucze, ale jest też pampers, pieluszka tetrowa, zapasowy smoczek, tubka z musem owocowym, paczka wafelków Hipp, zagubiona w zeszłym tygodniu kredka i wymamlana ćwiartka mandarynki.

4. Twój przestał też być notatnik. Obok zapisków na wagę życia (tzn. harmonogramu realizacji zleceń) co i rusz pojawiają się nabazgrane długopisem kółka. Małe, duże, otwarte, domknięte. Kółka, kółka, wszędzie kółka. W środku twojej ulubionej książki też.

5. Jeśli ktoś śpi do 8, dziwisz mu się, jak może tak marnować cenny czas. Bo przecież tyle rzeczy można zrobić między 6 a 8! Właściwie to nawet nie pamiętasz, jak to jest spać dłużej niż do 6 (no dobra, powiedzmy, że czasem do 6.30), za to coraz częściej przekonujesz się, że można spać tylko do 5 i normalnie funkcjonować przez calutki dzień.

6. Kiedyś drażniła cię nawet najmniejsza rysa na wyświetlaczu telefonu. Teraz nawet nie zwracasz uwagi na to, że jest on pęknięty w trzech miejscach, a pokrowiec pogryziony.

7. Twój słownik równocześnie się i wzbogacił, i uległ znacznemu zubożeniu. Z jednej strony przyswoiłaś mnóstwo nowych terminów okołodziecięcych i okołorodzicielskich, ale z drugiej - odnosisz wrażenie, że nieustannie używasz tylko kilku stałych stwierdzeń, takich jak "nie wolno", "ale o co chodzi?", "na pewno nie chcesz?", "idziemy spać", "jesteś głodna?".

8. Zaczęłaś inaczej konstruować zdania. Zamiast np. pytać: "kochasz mnie?", pytasz "Lenka, kochasz mamusię?" (pół biedy, że nie pytasz: "mężu, kochasz swoją żonę?"). A już standardem jest mówienie w liczbie mnogiej: "zrobimy kupkę?", "zjemy obiadek?", "idziemy się kąpać?".

9. Marzy ci się sikanie w samotności, bez odgłosu syreny za drzwiami (czyt. dobijającego się dziecka).

10. Uważasz, że Nobla powinien dostać ten, kto wymyślił zakupy przez internet.

6 komentarze:

Książeczki z melodiami i odgłosami - nasz hit!

13:58 Gosia Komentarzy: 5


Lenka, pewnie jak każde dziecko w jej wieku, uwielbia książeczki. Generalnie wszystko, co ma okładkę, a w środku strony (niekoniecznie z obrazkami), cieszy się powodzeniem. Jednak bez dwóch zdań największym hitem są u nas książeczki z wgranymi melodiami i odgłosami. Lenka je kocha. Ja zresztą też, bo to niezła frajda (szkoda, że za "naszych czasów" takich nie było; za to teraz mogę sobie poużywać). 

Aktualnie posiadamy trzy egzemplarze. Każda z nich zakupiona gdzie indziej: szukać można w Entliczku, Auchan, Tesco. Każda kosztuje ok. 20-30 zł. W każdej też jest możliwość wymiany baterii, więc nie jest to jednorazowa zabawka. A poniżej więcej szczegółów.


"Głośna farma" wydawnictwa Olesiejuk - 14 odgłosów wsi, w tym m.in. konia, świnki, psa, kota, owcy, kozy, kaczki, kury, a nawet traktora (nie wiem czemu, ale dźwięk traktora strasznie Lenkę bawi). Na kartach książeczki oczywiście znajduje się wizerunek każdego zwierzaka, włącznie z nazwą i "funkcją". Nie są to narysowane ilustracje, lecz rzeczywiste zdjęcia. Dlaczego to takie istotne? Bo czasem grafika ponosi fantazja i koń w ogóle konia nie przypomina, a tu nie ma miejsce na inwencję twórczą. Jaki koń - każdy widzi. 


"Królewna Śnieżka", również wydawnictwa Olesiejuk - to bajka, którą czyta lektor. Każdej stronie, czyli każdemu fragmentowi bajki, odpowiada inny przycisk. Teoretycznie użytkowanie powinno wyglądać w ten sposób, że oczywiście wciska się je po kolei. Jak to wygląda przy półtorarocznym dziecku - wiadomo. Lektor ma bardzo sympatyczny głos i dobrą dykcję. Bardzo przypadła mi do gustu szata graficzna książeczki. Dostępne są w takiej wersji audio również inne bajki: "Złotowłosa i trzy misie", "Kopciuszek", "Trzy małe świnki" i "Czerwony Kapturek".


"Odgłosy nocy" wydawnictwa Yoyo Books - nie wiem czemu, ale od razu książka wpadła mi w oko. Bardzo ładna szata graficzna i miłe dla ucha odgłosy: nie jakieś dziwne skrzeczące, nieprzypominające oryginalnych (a takie czasem się zdarzają w różnych grających zabawkach). Tutaj do złudzenia przypominają autentyczne odgłosy wydawane przez zwierzęta. Jest tu wilk, sowa, świerszcz, kot, świetliki i nietoperz (wiecie, jakie odgłosy wydają świetliki albo nietoperz?). Plus również za ciekawe umieszczenie przycisków: nie stanowią one osobnego "modułu", lecz wbudowane są w rysunek.

Polecam!

G.

5 komentarze:

Jak mówi półtoraroczne dziecko?

14:26 Gosia Komentarzy: 2


Pisałam niedawno o tym, jakich słów używa Lenka. W ciągu dwóch miesięcy jej słownik się wyraźnie poszerzył, ale tym razem chciałabym się skupić nie na tym, CO mówi, ale JAK. Czyli - w jaki sposób konstruuje wyrazy i jakie głoski potrafi wymawiać. Logopedą nie jestem (mrugnięcie do Magdy), ale proces nauki języka wydaje mi się fascynujący.

Zauważyłam, że Lenka często używa początkowej bądź końcowej sylaby. W zależności więc od sytuacji i kontekstu:

pa może oznaczać - pajacyk (taki do zakładania), czapa (czapka), lampa
bu zazwyczaj odnosi się do butów
mo oznacza, że coś jest mokre (Lenka używa tego "słowa", gdy wyciągam ubrania z pralki, a ona ściska w dłoni każdy ciuch po kolei i z błyskiem w oku mówi, że jest on mo)
mi zamiast miś (choć tu raczej szkopuł tkwi w samym ś)

Trudność sprawia jej wymówienie połączeń, w których jest samogłoska i. Przykładowo:

zamiast babcia mówi babci
zamiast niania mówi nana
problem sprawia też nie ma, zamiast którego mówi ni ma 

Zastępuje jedne głoski innymi. Tutaj zdecydowanie prym wiedzie głoska l, zamiast której pojawia się j, np. Oja zamiast Ola (ale już np. czasem zdarza się powiedzieć ala, zamiast aja <- samo ala to skrót od lala).

j pojawia się też w przypadku trudniejszych połączeń, np. juja zamiast Zuzia

Nieśmiało zaczynam się dopatrywać pierwszych zdań, czy raczej prób łączenia orzeczenia z podmiotem. Zdarza jej się np. powiedzieć Ni ma mama (w sensie: nie ma mamy).

Oczywiście wielu trudniejszych głosek jeszcze nie wymawia, ale ma na naukę sporo czasu. Np. zamiast brawo jest bawo.

2 komentarze:

Słowa mogą wszystko...

09:35 Gosia Komentarzy: 0


Słowa mogą wszystko… dodawać skrzydeł, ranić, cieszyć, inspirować. Słowami przede wszystkim opisujemy rzeczywistość, w której żyjemy i otaczający nasz świat. Pomagają one w porozumiewaniu się, a czasem przeszkadzają. Nieraz zostają z nami na całe życie. Jest więc istotne, czy będą one budowały w nas siłę i radość czy smutek i zniechęcenie. Od nich bowiem w dużym stopniu zależy to, jak tę rzeczywistość odbieramy, jakie nadajemy jej znaczenie, a co za tym idzie - jak się czujemy. 

Za oknem widzę słońce. To jest czysta obserwacja: Moje oczy widzą słońce. A co wówczas dzieje się w moim umyśle?

Mogę pomyśleć sobie: 

O rety, ale upał, tego się nie da wytrzymać! 

lub

Ale dzisiaj dużo światła, to będzie dobry dzień! 

W zależności od tego, co sobie pomyślę, jaką wagę i znaczenie nadam temu, co zauważyłyśmy - takie pojawią się w nas uczucia, które pozwalają nam dojść do tego, co głębiej, co niewidoczne.

W naszych głowach nieustannie odbywa się wewnętrzny dialog, czasem przybiera on formę bezlitosnego krytyka, czasem mobilizującego trenera czy lidera. Rodzicu, słowa, które mówisz sam do siebie mają znaczenia, a nawet duże znaczenie. Mogą Cię wspierać, mobilizować, pomagać otwierać serce, ale mogą też budować mury w relacjach z innymi, wprowadzać rozdrażnienie i niepokój. Bo tak jak my mówimy do siebie - tak, być może, będziemy mówili do dziecka.

Przyjrzyjmy się następującej sytuacji. 

Dziecko, około 4 lat, bawi się zabawkami w salonie. Układa klocki, buduje drogi, tworzy miasto. Rodzic jest w pobliżu, jednak nie angażuje się w zabawę z dzieckiem. Co i rusz zerka na dziecko, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. W pewnej chwili okazuję się, że potrzebuje ono do swojego miasta drzew i pasów dla pieszych i kreatywnie postanawia domalować farbami potrzebne rekwizyty na podłodze. Farby są w pobliżu i paluszkami malec rysuje zielone drzewa pomiędzy domami, pasy pomiędzy drogami, a nawet budę dla psa, bo przecież bardzo lubi zwierzęta. I oto tak po 10 minutach mamy podłogę w salonie w kolorowe rysunki i umorusanego malucha. Gdy rodzic to zauważa, przez jego głowę może przebiec lawina myśli, nad których pojawieniem się w tej chwili nie ma kontroli, tak samo jak nie ma kontroli nad uczuciami, które się w nim teraz pojawią.

Myśli i uczucia każdego z nas są wewnętrzną reakcja na otaczającą rzeczywistość, na to co słyszymy, widzimy i co odbieramy z otoczenia. Pojawiają się mimowolnie i niespodziewanie. Jednak, jako ludzie, obdarzeni jesteśmy świadomością i mamy możliwość wybierania, jak zareagujemy na zewnętrze bodźce. Mamy wpływ na nasze reakcje. Co więcej, możemy zdecydować, której z tych myśli nadamy znaczenie i jakie, którą z nich wybierzemy jako prawdziwą dla siebie na dany moment. I tu następuje finał tego procesu, bo w zależności od tego, w co uwierzy rodzic i czemu nada znaczenie (i jakie ono będzie) w scence opisanej powyżej, takich słów użyje w rozmowie z dzieckiem.

Rodzic ma przynajmniej 4 wybory zobaczenia tego, co zrobiło jego dziecko. Te rodzicielskie myśli są na razie tylko w głowie, lecz w zależności od drogi, którą wybierze, takie zdania sformułuje do dziecka.

Wariant 1: On zawsze tak narozrabia. Ani chwili spokoju. Stale coś wykombinuje, a ja potem muszę sprzątać. Samo utrapienie z nim. 

Wariant 2: Kiepski ze mnie rodzic. Nawet dziecka nie umiem upilnować, aby nie zniszczyło podłogi. 

Wariant 3. Hmm, ale mam kreatywne dziecko. Nie było kartki to sobie sam poradził. Pewnie w przedszkolu też sobie poradzi, gdy pojawią się przeszkody. I jednocześnie martwi mnie to sprzątanie. Jestem zmęczona i chciałabym mieć teraz trochę wytchnienia dla siebie. 

Wariant 4. Ciekawa jestem, co on sobie teraz myśli, kiedy tak maluje, jak mi o tym opowie, jakie ona nadał znaczenie temu, co zrobił? 

Jakie słowa czy czyny mogłyby popłynąć w ślad za myślami rodzica?

Wariant 1: Coś Ty zrobił? Ani na chwilę nie można Cię spuścić z oka! Zawsze coś narozrabiasz. 

Wariant 2: Zrezygnowany rodzic nic nie mówi, tylko bierze mopa i zmywa porysowaną podłogę.

Wariant 3 i 4: Kochanie, widzę, że stworzyłeś miasto: są drogi i pasy i drzewa, a nawet buda dla psa. Tak? [Tu pozostawmy miejsce na interakcję z dzieckiem, jego reakcję.] Wiesz, cieszę się, że dobrze się bawisz i jednocześnie chcę byś wiedział, iż w domu nie chcę, abyś malował na podłodze. Podłoga może się w ten sposób zniszczyć, a my chcemy mieć czystą i ładną podłogę. Jeśli nie masz kartek do malowania, poproś i ja Ci wtedy podam lub powiem, gdzie są. Co ty na to? [Tu pozostawmy miejsce na interakcję z dzieckiem, jego reakcję.] Co Ty na to, że jak skończysz malować razem zmyjemy podłogę, by było czysto? 

Dlaczego warianty 3 i 4 zostały potraktowane razem? Kontakt z własnymi potrzebami [wariant 3] buduje przestrzeń na potrzeby drugiej osoby [wariant 4]. Kontakt buduje kontakt. Oczywiście to są tylko hipotetyczne reakcje rodzica. To, co miał pokazać ten przykład, to zależność między słowami – myśli, które pojawią się w głowie rodzica i tego, jakie nada im znaczenia, a słowami, które wypowie do dziecka.

Nie ma jednej dobrej odpowiedzi czy sposobu na budowanie relacji z dzieckiem. Jest ich tyle co dzieci i rodziców. I co więcej - każdego dnia, niemal w każdej sytuacji mogą one być inne. Jak więc się odnaleźć jako rodzic w gąszczu wyzwań i sytuacji dnia codziennego, jaki podjąć wybór? 

Zatrzymaj się, weź jeden wdech i wydech, a potem drugi wdech i wydech. Dzięki temu możesz zatrzymać swoją reaktywność i działać świadomie w zgodzie z wartościami. A następnie: Zauważ myśli i słowa, które pojawiają się w Twoje głowie. Co się stało: Jakie są fakty – odłóż na bok oceny, analizy, etykiety i skup się na czystych obserwacjach, tak jakby kamera nagrywała to, co się przed Tobą dzieje. Daj uwagę swojemu ciału: zobacz, jak oddychasz, sprawdź, czy ciało jest napięte czy rozluźnione, jak układasz ręce, jaką masz mimikę twarzy. Sprawdź, co czujesz. A potem zapytaj sam siebie: Czego ja teraz potrzebuję? Co jest dla mnie teraz ważne? A nim powiesz cokolwiek do dziecka, zadaj sobie jeszcze jedno pytanie: Co było/jest teraz ważne dla mojego dziecka? Czego ono potrzebuje, czego chce dokonać?

Henry Ford powiedział: „Jeżeli istnieje jakiś jeden sekret sukcesu, to jest to umiejętność przyjmowania cudzego punktu widzenia i patrzenia z tej perspektywy z równą łatwością jak z własnej.” 

Kluczem do budowania głębokiej relacji, opartej na zaufaniu i szczerości z dzieckiem jest świadomość tego, co jest dla mnie ważne połączona z uważnością na to, co jest ważne dla dziecka. I dopiero z miejsca połączenia tych dwóch perspektyw możemy budować komunikaty, które wspierają, budują i bazują na współpracy.

A jaką Wy drogą wybieracie w tym momencie? Którym myślom pozwolicie przeważyć? Jakie widzicie konsekwencje, jeśli wybierzecie wariant 1, 2, 3 czy 4?

Autorki: Joanna Berendt, Magdalena Sendor

Tekst opublikowany dzięki uprzejmości Fundacji Rodzice Przyszłości

0 komentarze:

10 pomysłów na prezent dla półtorarocznej dziewczynki

13:57 Gosia Komentarzy: 9


Lenkowe gusta są nieprzewidywalne. Zabawkę, którą kupię z drżącymi od podekscytowania rękami, nieraz po pobieżnych oględzinach rzuca w kąt. Inną, którą kupię przy okazji, będąc np. na poczcie, bawi się z wypiekami na pucusiach. Zdaję sobie też sprawę z tego, że to, co lubi Lenka, niekoniecznie sprawi frajdę innemu dziecku. Ale na podstawie jej preferencji pokusiłam się o stworzenie krótkiej listy z pomysłami na prezent dla półtorarocznej dziewczynki.

1. Wózek dla lalek (plus lalka oczywiście)

Wózek Lenka dostała w prezencie na roczek. Ale musiał się wyleżeć i kurzyć przez pół roku, zanim na dobre się nim zainteresowała. Teraz wiem, że z wózkiem trzeba się po prostu wstrzelić w odpowiedni czas (czyt. wiek). A ukończenie 18. miesiąca życia jest właśnie tym czasem. Lenka z namaszczeniem i niezwykłą troskliwością układa w nim lalę, przykrywa ją kocykiem i wozi po mieszkaniu. Czasem przy tym przykłada swój paluszek do ust i dźwiękiem "ćsiiiii" daje mi znak, że mam być cicho, bo lala właśnie śpi (co zdarza jej się dodatkowo potwierdzać słowem "[ś]pi").

2. Książeczki z naklejkami i książeczki z odgłosami

Lenka jest fanką książek, co niebywale mnie cieszy. Uwielbia je przeglądać. Nieważne, jaka to książka, ważne, że książka. Co nieraz skutkuje tym, że ściąga z regału opasłe tomisko, np. "Polszczyzna na co dzień" i z ogromną uwagą przegląda. Zdecydowanie największą popularnością cieszą się u niej książki z odgłosami (np. "Głośna farma" wydawnictwa Olesiejuk), ale chętnie "czyta" także bardziej klasyczne losy Kici Koci czy Zuzi. Ale, ale - hitem nad hitami są książeczki (czy raczej zeszyty) z naklejkami (przeważnie nabywane przeze mnie właśnie na poczcie). Jeśli nie wiem, czym zająć Lenkę, naklejki ZAWSZE okazują się wybawieniem.

3. Flamastry do rysowania po wannie

Ostatnio trochę popadły w niełaskę, ale przez kilka dobrych tygodni skutecznie zapewniały Lence rozrywkę podczas kąpieli (my mamy takie). Po kąpieli wanna wyglądała dość dramatycznie, ale rysunki można łatwo zetrzeć za pomocą gąbki.

4. Koń na biegunach

Czy raczej pluszowy fotelik w kształcie konia, umieszczony na biegunach (o, coś takiego - sprzedawcy nie znam, podaję jako przykład). On też zagościł u nas po imprezie z okazji roczku, ale początkowo stał nieużywany. Teraz Lenka go sama wyciąga na środek pokoju, dosiada i buja się. A wczoraj stanęła przed nim, przytuliła swoją główkę do jego łba i tak stała przez chwilę.

5. Drewniane układanki

Naprawdę ciekawa propozycja dla dziecka, które jest jeszcze trochę za małe na układanie puzzli. Dostępne są w różnych wariantach tematycznych i o zróżnicowanej liczbie elementów. Na początku Lenka miała taką, teraz w mgnieniu oka układa taką, która składa się z większej liczby zwierzątek.

6. Drewniane klocki

Dlaczego akurat drewniane? Bo klasyczne plastikowe z wypustkami to jeszcze za trudne wyzwanie. Drewniane "bezwypustkowe" klocki to zdecydowanie lepsze rozwiązanie, przynajmniej na chwilę obecną. A radość, jaką ma Lenka, kiedy uda jej się ułożyć wieżę z kilku klocków, chwyta mnie za serce.

7. Karty obrazkowe

Ostatnio w nasze ręce wpadły karty obrazkowe. Dostępne są różne, ale my akurat mamy te. Nie jest to jednak zabawka, którą można dać dziecku z zamysłem "a niech się bawi, ja się czymś innym zajmę". Jest to zdecydowanie zabawa dla dwóch osób. Lenka podaje mi karty, ja mówię, co na nich jest i układam po kolei na kanapie. Kiedy już wszystkie leżą przed Lenką, zadaję jej różne pytania, np. "gdzie jest krówka?", a kiedy ją pokaże, pytam "jak robi krówka?". Bardzo fajny pomysł na wspólne spędzenie czasu.

8. Tablica kredowo-magnetyczna

Czyli tablica z jedną powierzchnią, po której można rysować kredą, i z drugą, magnetyczną, na której układać można napisy z literek-magnesików (np. taka). Na razie Lenka używa tej pierwszej powierzchni. W jednej rączce trzyma gąbkę, w drugiej - kredę. Rysuje, ściera, rysuje, ściera, zjada kredę, rysuje, ściera.

9. Pianinko z melodiami

Pianinko mamy już od daaawna, dokładniej takie z odgłosami farmy i różnymi melodiami. Po krótkiej przerwie powróciło do łask. Teraz jako źródło skocznych piosenek, do których Lenka może tańczyć.

10. Blok rysunkowy i kredki (lub długopis)

Na koniec zabawka najbardziej ekonomiczna, ale i najskuteczniej zajmująca dziecko. Co ciekawe, Lenka nie przepada za rysowaniem kredkami, woli zwykłym długopisem. Czasem rysuje coś sama, czasem domaga się, żeby narysować jej pieska, kotka, mamę czy tatę (po kilkunastu latach musiałam przypomnieć sobie, jak w ogóle rysuje się takie rzeczy - jak widać, zajęcie rozwija nie tylko dziecko, ale i rodziców).

9 komentarze:

Moc empatii

13:47 Gosia Komentarzy: 4


7.30. Biegam z łazienki do kuchni i z powrotem, próbując równocześnie przygotować śniadanie i wysuszyć włosy. Liczę na to, że będzie to jeden z tych dni, kiedy Lenka zaszywa się w pokoju i zajmuje sama sobą, szczotkując misia, układając wieżę z klocków albo przeglądając książeczkę. Ale nic z tego. Dostrzegła na półce jej nowe zimowe buciki. Domaga się założenia, a gdy ma już buty na stopach, pokazuje na kurteczkę. Kiedy tłumaczę jej, że bucikami może pobawić się w domu, a na spacer pójdzie później z nianią, oczy zaczynają się szklić, buźka wygina się w podkówkę i już tylko krok dzieli nas od tragedii. 

Są dwie możliwe wersje dalszych zdarzeń.

W pierwszej (która, niestety, czasem mi się zdarza, mea culpa) cały czas jej tłumaczę, ale równocześnie zajmuję się swoimi sprawami. Jednym słowem: ignoruję jej wrzaski i liczę na to, że uspokoi się sama. I, faktycznie, uspokaja, ale dopiero po kilku, czasem kilkunastu, długich minutach, po których ona ma zepsuty humor, a ja czuję, że dzień nie zaczął się najlepiej. 

Ale jest też wersja druga, którą wdrożyłam w życie m.in. dzisiaj, a która tylko pozornie jest trudniejsza i bardziej czasochłonna. Lenka stoi z mokrymi oczami, kucam przed nią, wyciągam do niej ręce i mówię "chodź się przytulić". Ona podchodzi, tak jakby tylko czekała na taki mój gest i takie moje słowa, wtula się, główkę kładzie na moim ramieniu. Płacz milknie w ciągu sekundy. Powtarzam: "Już dobrze, niedługo przyjdzie niania, pójdziecie na spacer. O, chyba już idzie. Słyszysz?". Po marudzeniu nie ma śladu. Lenka zajęła się sobą. Ona odzyskała dobry humor, ja zapewniłam go sobie na cały dzień.

Utwierdzam się w przekonaniu, że dziecko nie zawsze chce, aby natychmiast spełnić to, czego od nas oczekuje. Nie zawsze faktycznie musi w tym momencie mieć założoną kurteczkę czy narysowanego pieska. Czasem po prostu chce być zauważone i wysłuchane

Tak, to takie proste.

4 komentarze:

5 paradoksów macierzyństwa

13:52 Gosia Komentarzy: 9


1. W trakcie porodu, darłaś się wniebogłosy, wzywając imię Pana Boga na daremno. Miałaś jednak wrażenie, że ten Bóg cię jednak opuścił (albo jak to stwierdziła podczas swojego porodu moja kuzynka - "widocznie przyjmował jakiś inny poród"), a nawet że być może wkrótce go zobaczysz, bo wydawało ci się, że tak boli, kiedy się umiera. Mimo tych wrzasków, potu i łez, po pewnym czasie dochodzisz do wniosku, że w sumie to nie było tak źle. A nawet - było całkiem fajnie. Na tyle fajnie, że masz ochotę to powtórzyć.

2. Podczas połogu wybuchasz niepohamowanym płaczem z byle powodu. Chciałabyś uciec, gdzie pieprz rośnie. Wyrzucasz sobie, że jesteś złą matką, bo miałaś pokochać dziecko od pierwszego wejrzenia, tymczasem jedyne, co wobec niego czujesz, to przytłaczające poczucie obowiązku. Z niewyspania i zmęczenia nie potrafisz budować logicznych wypowiedzi, masz wrażenie, jakby myśli w głowie przelatywały szybciej, niż jesteś w stanie je ułożyć w sensowne zdanie. Niedosypiasz przez kilka (jeśli jesteś szczęściarą) lub kilkanaście kolejnych miesięcy (a pewnie i lat), a mimo to... patrz punkt 1.

3. Wyczekujesz na każdą, nawet najkrótszą drzemkę dziecka. Gdy tylko zaśnie, jak wygłodniałe zwierzę rzucasz się w wir wszystkiego, co "powinnaś", "musisz", "chcesz", modląc się w duchu o to, żeby te chwile spokoju trwały jak najdłużej. Ale kiedy mija trzecia godzina, zaczynasz czuć się nieswojo. Jakoś tak cicho, nudno. Wpatrujesz się w okrągłą buźkę, myśląc "jak długo jeszcze zamierzasz spać?". Tęsknisz, zwyczajnie tęsknisz.

4. Choć tego czasu na swoje sprawy masz o wiele mniej niż przed nastaniem ery dziecka, jesteś w stanie zrobić więcej, szybciej, lepiej. Może to lepsza organizacja, a może kwestia poukładania priorytetów.

5. Gdy już miną zawieruchy niełatwych początków macierzyństwa, z każdym dniem odkrywasz swoje dziecko na nowo. I kiedy wydaje ci się, że mocniej kochać nie można, wkrótce przekonujesz się, jak bardzo się myliłaś. Patrzysz na tę niewinną istotkę i ściska cię w sercu, oczy robią się mokre i zastanawiasz się, czy ta lawina uczuć osiąga kiedykolwiek punkt kulminacyjny. Tak, teraz już wiesz, co znaczy (dosłownie) bezgraniczna miłość.

9 komentarze:

Każda matka to narkomanka

12:55 Gosia Komentarzy: 5


Uwielbiam zapach Lenki. Aromat, który ciężko opisać. Ale gdybym miała spróbować to zrobić, porównałabym go do czegoś słodkiego, ciepłego, miękkiego, niewinnego i beztroskiego. Kiedy Lenka siedzi na moich kolanach, niczym narkomanka nachylam się nad jej główką, pakuję swój nos w jej włosy i wdycham, wdycham, wdycham. Niby to tylko zapach, ale niemal fizycznie czuję, jak przepływa przez moje nozdrza, następnie gardło, aż roznosi się w klatce piersiowej, sprawiając, że odprężam się, moje mięśnie się rozluźniają, a w mózgu zapala się lampka podpisana szyldem "przyjemność".

I mój opis faktycznie ma wiele wspólnego z rzeczywistą reakcją organizmu. Okazuje się bowiem, co sprawdzili niezawodni amerykańscy naukowcy, że zapach noworodka (choć jak widać również starszych dzieci) aktywuje w mózgu ten sam szlak dopaminowy (ośrodek nagrody), który daje o sobie znać, kiedy odczuwamy różnego rodzaju przyjemności, związane np. z pysznym jedzeniem, seksem czy... braniem narkotyków. 

Czy tak samo jest u mężczyzn? Na razie - nie wiadomo. Ale podejrzewam, że nie, a w każdym razie nie w takim zakresie, jak to się dzieje u kobiet. A przynajmniej nie zauważyłam, żeby mój mąż z wyrazem błogości na twarzy zaciągał się zapachem Lenki. 

Ja to robię (nomen omen) nałogowo. 

A wy?

Dla zainteresowanych link do wyników badania: www.smithsonianmag.com

5 komentarze:

Bioderma Peri-oral: (jedyny) skuteczny sposób na podrażnioną skórę na brodzie

13:45 Gosia Komentarzy: 5


Pewnego dnia na brodzie Lenki pojawiło się kilka niepozornych krostek. Potem dołączyły się plamki, aż w końcu calusieńka broda nabrała żywoczerwonego koloru. Delikatną skórę podrażniła ślina. Naprawdę bardzo podrażniła, bo nie wyglądało to ładnie. Nie pomagały żadne maści: ani Alantan, ani Sudocrem, ani Hydrocortisonum. Zdarzało się, że następowała chwilowa poprawa, aby za dwa dni podrażnienie wróciło ze zdwojoną siłą. Trwało to kilka tygodni. 

Aż w końcu na forum trafiłam na nazwę Bioderma Peri-oral. Nie wierzyłam zbytnio, że pomoże. Sądziłam, że po prostu trzeba przeczekać, aż Lenka przestanie się tak obficie ślinić. I co? Żałuję, że nie kupiłam tego kremu wcześniej!

Po 3 dniach smarowania (3 razy dziennie) efekty są naprawdę zaskakujące. Bródka jest gładziutka, o jednolitym kolorze, bez śladu po jakichkolwiek zaczerwienieniach. Szczerze mówiąc, nie mogę wyjść z szoku, że krem zadziałał tak błyskawicznie.

Bioderma Peri-oral zalecana jest przy okołoustnym zapaleniu skóry, zarówno u dzieci, jak i dorosłych. Odbudowuje barierę ochronną skóry, nawilża, łagodzi podrażnienia, działa przeciwbakteryjnie i - co bardzo ważne - przeciwgrzybiczo. Oprócz klasycznych składników takich jak cynk, alantoina czy pantenol zawiera również tajemniczy kompleks AMYLPRIV, który "działa bezpośrednio na przyczynę podrażnień - zawartą w ślinie amylazę" (www.bioderma.com).

Bioderma Peri-oral ma bardzo przyjemną konstystencję, świetnie się rozprowadza i łatwo wchłania. Tubka 40 ml kosztuje ok. 40 zł - krem jest bardzo wydajny, jednorazowo wystarczy nałożyć naprawdę niewielką ilość. Hipoalergiczny. Bez parabenów.

Polecam!

5 komentarze:

Syndrom białego fartucha w ciąży

15:41 Gosia Komentarzy: 11


Z nadciśnieniem w ciąży nie ma żartów. Nie do śmiechu więc było mojej ginekolog, gdy na jednej z pierwszych kontrolnych wizyt zobaczyła na wyświetlaczu ciśnieniomierza wynik 150/90. Gdyby nie to, że znam swój organizm i wiem, skąd ta wartość, prawdopodobnie musiałabym brać leki.

Nie choruję na nadciśnienie. Wręcz przeciwnie - mam niskie ciśnienie, osiągające zwykle wartość 110/80. Przy wartości uznawanej za normalną - 120/80 - czuję się źle, bo to już dla mnie za wysoko. Skąd więc astronomiczne 150, które sprawiło, że na twarzy lekarki pojawił się wyraz lekkiego niepokoju?

Syndrom białego fartucha.

Z czym to się je? Gdy tylko przekroczę próg gabinetu - a nawet jeszcze nie gabinetu, tylko przychodni - już czuję, że serce zaczyna szybciej bić. Na nic zdają się próby uspokojenia samej siebie. Problem w tym, że im bardziej próbuję się uspokoić, tym szybciej serce bije. A jeszcze większy problem w tym, że tak naprawdę świadomie się nie denerwuję. To wszystko dzieje się jakby poza moją kontrolą. I to prawda - bo za syndrom białego fartucha odpowiada tzw. układ współczulny, czyli (za Wikipedią) "część autonomicznego układu nerwowego, odpowiadająca za mobilizację ustroju".

Mózg dochodzi więc do wniosku, że perspektywa badania to dobra okazja do wszczęcia alarmu. Przyspiesza tętno, rośnie ciśnienie, na policzkach pojawia się rumieniec. 

Uspokoiłam więc ginekolog, że ja tak po prostu mam. Żadnych leków brać nie musiałam. Skoro pomiar ciśnienia w gabinecie nie miał najmniejszego sensu, dostałam zadanie mierzenia go w domu, zapisywania wyników i przynoszenia ich ze sobą na wizyty. 

W przypadku syndromu białego fartucha niestety nie działa zasada: im częściej wystawiasz się na bodziec, tym bardziej się na niego uodparniasz. Myślałam, że po ciąży nie będzie mnie ruszać perspektywa wizyty u lekarza czy widok strzykawki. Nadal rusza.

G.


11 komentarze:

4 pytania, które pomogą ci wybrać idealny wózek

08:46 Gosia Komentarzy: 15


Wybór wózka to jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie trzeba podjąć, kompletując wyprawkę. Mnogość dostępnych modeli może przytłaczać i utrudniać dokonanie wyboru. Nie ułatwia go też ogromne zróżnicowanie cenowe. Wszystko to sprawia, że przyszły rodzic błądzi niczym (nomen omen) dziecko we mgle. Jak więc kupić idealny wózek? 

Po pierwsze, należy ustalić kwotę, jaką możemy przeznaczyć na zakup pojazdu dla malucha – taką, która nie zrujnuje naszego budżetu i która równocześnie da nam poczucie, że kupujemy dla dziecka to, co najlepsze. Następnie trzeba dokładnie określić swoje potrzeby i oczekiwania, zastanowić się nad tym, co dla nas najważniejsze. Pomocnych będzie kilka uniwersalnych pytań, które powinien zadać sobie każdy rodzic, bezradnie rozkładający ręce w dziale z wózkami.

1. Wózek wielofunkcyjny czy osobno gondola i spacerówka? 

Oszczędność wynikająca z zakupu samej gondoli jest tylko pozorna, ponieważ kupując cały zestaw osobno (gondola, spacerówka, fotelik samochodowy), w ostatecznym rozrachunku wydamy więcej. Bardziej ekonomiczna jest więc zazwyczaj opcja wózka wielofunkcyjnego. Na rynku dostępne są też wózki głęboko-spacerowe, np. Chicco Urban. W kilku prostych ruchach można zamienić go z wózka głębokiego w spacerówkę, i odwrotnie. To rozwiązanie świetnie sprawdza się, kiedy dziecko jeszcze dużo śpi na spacerach (opcja wózka głębokiego), ale po obudzeniu się jest ciekawe świata i preferuje pozycję siedzącą (opcja spacerówki).

Bez względu na to, jakiego wyboru dokonamy, trzeba przyjrzeć się cechom wózka. Zwróć uwagę na wielkość gondoli oraz jej wyściółkę, która powinna być odpinana – bardzo ułatwia to proces czyszczenia. W przypadku spacerówki siedzisko powinno posiadać pasy bezpieczeństwa oraz – co kluczowe – możliwość regulacji odchylenia. Najwygodniej, gdy siedzisko ustawiać można w trzech pozycjach (leżąca, półleżąca i siedząca). Ważnym udogodnieniem jest możliwość odwrócenia siedziska – starsze dzieci chętnie jeżdżą przodem do kierunku jazdy, z kolei młodsze wolą obserwować świat, mając opiekuna w zasięgu wzroku (a próby odwrócenia kończą się stanowczym protestem – coś o tym wiem).

 2. Jak często jeździsz autem? 

To naprawdę bardzo istotne pytanie. Częste wkładanie i wyciąganie wózka z bagażnika może być naprawdę uciążliwe. Dlatego koniecznie sprawdź, czy wózek łatwo się składa i rozkłada, jaka jest jego wielkość po złożeniu (przede wszystkim – czy w ogóle do tego bagażnika się zmieści) oraz czy nie jest zbyt ciężki. Jeśli bagażnik jest niewielkich rozmiarów, najlepiej, aby wózek składał się na płasko. Niewątpliwym atutem jest też wygodna rączka umożliwiająca przenoszenie złożonego wózka.

Wygodną opcją jest możliwość montowania fotelika na stelażu wózka. Koniecznie upewnij się, jakiej marki foteliki pasują do wybranego wózka oraz czy sam fotelik pasuje do samochodu.

 3. Gdzie będziesz spacerować? 

Amortyzacja zapewnia dziecku komfortową jazdę. Ważna jest także wtedy, gdy planujemy spacerować głównie po miejskich chodnikach czy parkowych ścieżkach. Również i tu natrafić można na mniejsze lub większe nierówności, będące źródłem nieprzyjemnych wstrząsów. Istotne, aby przednie kółka były obrotowe i miały funkcję blokowania. Dzięki obrotowym kółkom wózek jest zwrotny, łatwo zmieniać kierunek jazdy (bardzo przydatne przy manewrowaniu między półkami w sklepie), a z kolei blokowanie warto „włączyć”, kiedy poruszamy się po terenie, na którym spotkać można "niespodzianki" takie jak kamień, szyszka czy dziura – nie stracimy wówczas kontroli nad wózkiem. Dobrze więc, aby tylne koła były większe, a przednie nieco mniejsze i obrotowe, z blokadą.

4. Kiedy urodzi się dziecko? 

Pora roku ma znaczenie przy wyborze wózka. Jeśli dziecko ma przyjść na świat zimą, gondola koniecznie musi mieć odpowiednie koła (patrz punkt 3.), aby poradzić sobie z jazdą po śniegu czy błocie. Warto zwrócić uwagę, czy producent oferuje cieplejszą wyściółkę lub okrycie (śpiworek). Wybierając wózek, trzeba również zwrócić uwagę na jego budkę – latem powinna chronić oczy i skórę dziecka przed nadmiarem słońca, a w okresie jesienno-zimowym jej zdaniem jest osłona przed wiatrem i deszczem. Niektóre wózki, np. Chicco Urban, posiadają budkę z dodatkowym, wysokim filtrem UV.

Funkcjonalność funkcjonalnością, ale przy wyborze wózka warto kierować się również estetyką – jednym słowem, powinien cieszyć oko, a nie sprawiać, że nie możemy na niego patrzeć. Producenci oferują zwykle kilka wersji kolorystycznych, zarówno w nieco bardziej intensywnych barwach, jak i w łagodniejszych, neutralnych odcieniach. Istnieje także możliwość dobrania do wózka pasujących do niego akcesoriów, np. parasolki, osłonki na szelki, materacyka, osłonki z siateczką, a nawet mufki.

G.



* wpis sponsorowany

15 komentarze:

Co mówi półtoraroczne dziecko?

20:41 Gosia Komentarzy: 9


Moment, kiedy Lenka zaczęła mówić, niełatwo wskazać. Niełatwo, ponieważ nastąpiło to dość płynnie, bez wyraźnego początku. W wieku ok. 8-9 miesięcy wołała "mamama", ale nie wiedziałam, czy mam to już uznać za TO "mama". Tak naprawdę pierwsze wyraźne słowo Lenki to było... "dzidzi". Wypowiadała je, widząc ramkę ze zdjęciem swoim bądź kuzynki. Czas na takie prawdziwe "mama" przyszedł później. Kiedy dokładnie? Biję się w pierś, ale nie pamiętam. Wydaje mi się, że na długo po roczku. Co Lenka mówi teraz?

dzidzi
mama
tata
baba
dada - albo dziadzi
babci
nana - niania
mniam 
daj
nie
tak
nie ma (i rozkłada przy tym rączki)
nu nu nu (i macha paluszkiem) - nie wolno
tu
ala - lalka
miau - kotek
hau - piesek
mu - krówka
mija - misiu
tutu - pociąg
papa - gdy macha na pożegnanie
baach! - gdy coś spadnie
pija - pisać, czyli trzeba jej dać kartkę i długopis 
bibiiip - mówi tak, kiedy jeździ np. autkiem i celowo wjeżdża w czyjeś nogi albo psa, czyli "uwaga, nadjeżdżam"
czasem niewyraźnie: tota - ciocia, tatao - kakao

Zdarza jej się odmieniać, np. kiedy woła dziadzia - "daduu!". Ale to raczej kwestia naśladowania niż zamierzonej koniugacji. 

Wpis oparty jest na własnym doświadczeniu, czyli tytuł należy czytać - "Co teraz mówi Lenka?" Każde dziecko rozwija się w swoim tempie, więc jeśli Wasz maluch mówi mniej - na pewno wkrótce nadrobi, jeśli więcej - pogratulować!

9 komentarze:

Opieka poporodowa w szpitalu

11:48 Gosia Komentarzy: 16


Jak wygląda opieka nad kobietą po porodzie w szpitalu? Czyli - co się dzieje między porodem a wyjściem do domu? Czy personel pomaga w opiece nad dzieckiem? Wpis na prośbę jednej z czytelniczek. Z oczywistych powodów opierać się będę głównie na własnych doświadczeniach, a więc z pobytu na Ujastku. Ale podejrzewam, że w innych placówkach może to wyglądać całkiem podobnie.

A więc - urodziłam dziecko. Co dalej? Ponoć na Ujastku jest możliwość kontaktu skóra do skóry przez dwie godziny. Mnie nikt tego nie zaproponował. Z drugiej strony jednak - sama nawet wolałam, aby od razu zbadali dziecko, żeby potem bez zbędnych ceregieli przejść na salę poporodową. Oni więc nie zaoferowali, ale ja się jakoś specjalnie tego nie domagałam. Lenka więc była badana, ja rodziłam łożysko, potem mnie opatrywali.

Przyznam szczerze, że kompletnie nie pamiętam momentu przejścia z sali porodowej na poporodową. No kompletnie, zero, null, czarna plama. Nie wiem, czy najpierw Lenkę zawieźli i tam już na mnie czekała, czy na odwrót - czy to ja najpierw dotarłam na salę, a potem ona się pojawiła. Podejrzewam, że raczej to drugie. W każdym razie - kiedy już byłyśmy we dwójkę, przyszła położna, aby pomóc mi przystawić Lenkę do piersi. Tu optymizmem nie powiało, bo jak tylko zobaczyła lewą pierś, stwierdziła, że będzie ciężko i przeszła do prawej. Coś tam pościskała i poszła. Jak już pisałam w opinii nt. Ujastka, z pomocy laktacyjnej jestem średnio zadowolona. Ale jakoś przetrwałyśmy noc i poranek. Na drugi dzień znajoma, która akurat rodziła dwa dni wcześniej i leżała w sali obok, uratowała mnie i poszła do apteki po nakładki.

Ja po porodzie czułam się doskonale. Serio. Nie pamiętam dokładnie, ile czasu minęło, zanim wstałam, ale wiem, że było to dość szybko, bo nawet położna zrobiła wielkie oczy, że już skaczę jak sarenka i nawet prysznic wzięłam. W każdym razie wstałam, umyłam się, uczesałam, a nawet pomalowałam rzęsy (!).

Jak wygląda opieka nad dzieckiem? Generalnie trzeba radzić sobie samej, choć oczywiście - jeśli pojawiają się jakieś problemy, można prosić o pomoc. W nocy dziecko można oddać na kilka godzin na salę pod opiekę personelu. Teoretycznie można więc chwilę odpocząć. Praktyka wygląda jednak tak, że w szpitalu i tak jest gwar i ruch, a i dziecko sąsiadki z łóżka obok może być dość płaczliwe, więc spokoju raczej się nie zazna.

Noworodek kąpany jest przez pielęgniarki, ale nie od razu, tylko po dobie od porodu (jeśli dobrze pamiętam). Maź płodowa ma ponoć dobry wpływ na jego skórę. Przewijamy i przebieramy oczywiście samodzielnie. Obchody są dwa razy w ciągu dnia: wczesnym rankiem, ok. 6, i wieczorem. Podczas takiego obchodu ginekolog zagląda nam w krocze, czy wszystko się ładnie goi, a pediatra waży i ogląda malucha. Nie pamiętam, czy pępek czyszczony jest podczas obchodu czy wieczornej kąpieli - w każdym razie zajmuje się tym personel, rodzice są instruowani, jak to robić, dopiero przed wyjściem ze szpitala.

Na Ujastku jest tak, że na korytarzu znajduje się kącik kuchenny. Jest lodówka, zlew, czajnik itd. Można z niego korzystać o każdej porze dnia i nocy. Można też opuścić oddział położniczy i pójść do znajdującej się w tym samym budynku apteki.

To chyba tyle. Jeśli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach.

16 komentarze:

Delikatnie, ale skutecznie, czyli jak dbać o higienę intymną w ciąży i połogu

09:15 Gosia Komentarzy: 16

Provag

Niektóre kobiety z infekcjami intymnymi zmagają się niemal nieustannie. Inne nawet nie wiedzą, co to jest świąd, pieczenie i upławy. Po części to kwestia odporności organizmu i podatności na zakażenia drobnoustrojami, a po części wynik (nie)prawidłowej higieny intymnej. Zagrożenie ze strony bakterii i drożdżaków wzrasta w czasie ciąży i po porodzie. Dlaczego? I jak można ustrzec się przed infekcją?

Strefa intymna pod specjalną ochroną 
Drożdżaki (grzyby) nie lubią kwaśnego pH, za to doskonale czują się w środowisku zasadowym i wtedy namnażają się jak szalone. Wystarczy więc nawet niewielkie zachwianie pH pochwy, aby zaczęła się rozwijać infekcja. Do takiego właśnie zachwiania dochodzi w ciąży. Krążące w organizmie hormony (a jakże) sprawiają, że odczyn okolic intymnych zmienia się w kierunku zasadowego. Ale na tym nie koniec: te same hormony są przyczyną rozpulchnienia i zwiększonego ukrwienia śluzówki (nie tylko w pochwie, ale i np. w nosie, dlatego w ciąży często bywa zatkany). Wzrasta także produkcja śluzu – a jak wiadomo wilgoć również sprzyja infekcjom.

Nie lepiej sytuacja wygląda w połogu. Wniknięcie i namnożenie drobnoustrojów nie tylko może być przyczyną dyskomfortu, ale stanowić może także zagrożenie dla zdrowia (oczywiście w przypadku porodu naturalnego). Przez kilka tygodni występuje obfite krwawienie, a właściwie – wydalanie odchodów połogowych (nie brzmi to ciekawie, ale taki jest fakt). A uwalniana krew jest doskonałą pożywką dla bakterii i grzybów.

3 zasady prawidłowej higieny intymnej w ciąży i połogu 
Tyle teorii. Jak prawidłowa higiena intymna powinna wyglądać w praktyce? Na co więc zwrócić uwagę? Czego się wystrzegać?

Stosuj łagodny środek myjący. Żadnych mydeł, z których zdecydowana większość zaburza pH pochwy. Żadnych żeli pod prysznic, które naszpikowane są barwnikami. Z dwojga złego – zamiast sięgać po mydło, lepiej podmyć się samą ciepłą wodą. Najlepszym rozwiązaniem jest hipoalergiczna emulsja do higieny intymnej, np. Provag - lubię ją, ponieważ zawiera naturalne metabolity dobroczynnych bakterii Lactobacillus, wyciągi roślinne o działaniu przeciwzapalnym (m.in. aloes) oraz łagodzące podrażnienia alantoinę i pantenol. W składzie nie ma natomiast szkodliwych barwników, konserwantów, parabenów i drażniących SLS/SLES.

Prawidłowo się podmywaj. Czyli: od sromu w kierunku odbytu – nigdy na odwrót! Warto mieć osobny ręczniczek do osuszania okolic intymnych, szczególnie w ciąży. Po porodzie natomiast polecam stosowanie jednorazowych ręczników papierowych. Natomiast do samego podmywania się używamy wyłącznie dłoni – nie gąbek ani myjek, które są siedliskiem bakterii i grzybów. Jak często się podmywać? Na co dzień i w ciąży zwykle wystarczy raz dziennie (chyba że faktycznie mamy skłonność do infekcji, to można częściej), w połogu natomiast częstotliwość powinna być większa – dwa razy dziennie, a przy każdej zmianie podkładu przemyć się można nawilżaną chusteczką do higieny intymnej (ale w tym przypadku też zwracajmy baczną uwagę na skład).

Unikaj publicznych toalet. Wiadomo, że nie zawsze uda się uniknąć skorzystania z publicznej toalety – szczególnie w trzecim trymestrze ciąży, gdy pęcherz niemal nieustannie domaga się opróżnienia. Ja za wszelką cenę staram się na desce po prostu nie siadać. Ale... taka pozycja „na Małysza” może powodować, że pęcherz nie zostanie opróżniony do końca, co prowadzić może do infekcji, ale nie pochwy, lecz właśnie pęcherza. Najbardziej wskazane jest noszenie w torebce specjalnej nakładki na deskę, ale w ostateczności wystarczy rozłożenie na niej papieru toaletowego.

* wpis sponsorowany

16 komentarze:

Jak się zorganizować, żeby mieć na (prawie) wszystko czas?

14:29 Gosia Komentarzy: 12


Ostatnio kilka osób zadało mi podobne pytanie: jak ja to robię, że ogarniam dziecko, własną firmę, bloga i codzienne obowiązki. Przyznam szczerze, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Postanowiłam więc nieco uważniej przyjrzeć się swojemu harmonogramowi dnia, żeby wyłuskać te nawyki, które pomagają mi wszystko ze sobą pogodzić.

Notes, notes i jeszcze raz notes. Planowanie to absolutna podstawa. Nie da się pomieścić wszystkiego w pamięci, no po prostu się nie da. Na początku każdego tygodnia rozpisuję na poszczególne dni zlecenia, jakie mam wykonać. Oczywiście, jest to tylko szkic, który bardzo często ulega modyfikacji, bo akurat jedno zlecenie okazuje się bardziej pilne od drugiego albo pojawia się całkiem nowe. W notesie zapisuję też pozazawodowe rzeczy, takie jak: wizyta u pediatry, duże zakupy itp. itd.

Elastyczność. Matka musi być elastyczna. Może nie tyle matka, co po prostu kobieta, która chce sprawnie "zarządzać" kilkoma obszarami swojego życia. Tak jak wspomniałam: nieraz muszę zmieniać swoje plany, ale nie załamuję wtedy rąk, nie siadam zasmucona, że cały harmonogram trafił szlag. Po prostu rozpisuję nowy, mając równocześnie na uwadze, że i on może ulec zmianie.

Nie zostawiam "na później". Wg mnie to ogromny problem wielu osób - tzw. prokrastynacja, czyli odkładanie wszystkiego na później, szczególnie drobnych czynności, których wykonanie zajmuje dosłownie chwilę. I tak nawarstwiają się, dzień po dniu, aż przytłaczają swoim ciężarem. Jeśli wiem, że coś wymaga ode mnie kilku minut, robię to od razu. Dotyczy to różnych kwestii: odkurzenia mieszkania, wstawienia prania, odpisania na maile, podlania kwiatków itd.

Robię zakupy on-line. Drobne, codzienne sprawunki (np. pieczywo) robi mąż, wracając z pracy i wstępując do sklepu niedaleko bloku. Większe zakupy robię zwykle raz w tygodniu on-line. Taką możliwość oferuje m.in. Tesco. Ich dużą zaletą jest to, że logując się, mamy do dyspozycji listę najczęściej kupowanych rzeczy, a że zazwyczaj w kółko kupuje się to samo, "wyklikanie" wszystkiego zajmuje ok. 15-20 minut. A jeśli już planujemy wyjście do sklepu, ZAWSZE robię listę. Nie tylko po to, żeby uniknąć pokus, ale przede wszystkim po to, żeby nie marnować czasu, zastanawiając się, co właściwie chciałam ugotować na obiad i co będzie do tego potrzebne.

Planuję obiady na kilka dni. Zanim zrobię wspomniane zakupy, układam sobie plan obiadów. Choć "plan" to za dużo powiedziane. Po prostu zastanawiam się, co mogłabym w miarę szybko i smacznie ugotować. Niestety (a może "stety"?), w niepamięć poszły dania wymagające ode mnie spędzenia w kuchni więcej niż 30-45 minut. Zawsze staram się, żeby mieć obmyślony taki jadłospis na przynajmniej 3 kolejne dni.

Proszę o pomoc i korzystam z niej. Nie jestem typem osoby, która ma poczucie, że wszystko musi robić sama. Nie. Uważam, że jeśli ktoś oferuje pomoc, trzeba z niej korzystać. A czasem o tę pomoc warto poprosić. Kiedy więc moja mama proponuje, że ugotuje nam zupę i wleje do słoika, żebyśmy zabrali ze sobą - korzystam. Ja będę mieć z głowy gotowanie zupy przez dwa dni, a ona ma satysfakcję i poczucie, że jest potrzebna. Kiedy łazienka czy kuchnia krzyczą, żeby je posprzątać, proszę o to męża. Proś, a będzie ci dane.

Nie siedzę bezczynnie. Nie wypruwam sobie żył, próbując ze wszystkim zdążyć. Nie jestem umęczona życiem, bo chcę wszystko ogarnąć. Wręcz przeciwnie. Owszem, bywam zmęczona, ale nie jest to zmęczenie typu "o Boże, na nic nie mam już siły, chyba się położę i umrę". Zauważyłam, że nie potrafię usiąść bezczynnie i nic nie robić. Kiedy już siadam, to albo biorę do czytania książkę, albo notes, albo piję kawę i rozmyślam nad planami na najbliższe dni. Ale zazwyczaj już po chwili mnie "nosi" i czuję wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś, czegokolwiek. Po prostu nie lubię marnowania czasu. Ale do wszystkiego, co robię, czuję jakąś taką chęć i motywację. Może tu tkwi klucz? Że po prostu lubię swoje życie?

A Wy jakie macie sposoby na zorganizowanie się?

12 komentarze:

Jak przebiega wizyta patronażowa położnej?

15:20 Gosia Komentarzy: 17

noworodek

Kiedy byłam w ciąży, obiło mi się o uszy coś takiego jak "wizyta patronażowa". Nie wiedziałam kompletnie, na czym to polega i skąd jakaś położna ma wiedzieć, że urodziłam. Jeśli więc są tu mamy, które wkrótce urodzą i też zastanawiają się, o co chodzi, zamieszczam kilka podstawowych informacji.

Jak wybrać położną?

To dość obszerny temat. Generalnie każda kobieta powinna posiadać "swoją" położną (tak jak i pielęgniarkę) w ramach podstawowej opieki zdrowotnej. Jeśli jednak takowej nie mamy bądź chcemy ją zmienić, wypełniamy tzw. deklarację wyboru (dostępna np. tu) i składamy w wybranej placówce. Warto zapoznać się z położną już w ciąży, bowiem od 21. tygodnia KAŻDEJ (ubezpieczonej w NFZ) kobiecie przysługują BEZPŁATNE spotkania edukacyjne. I ta sama położna (o ile jej nie zmienimy) będzie odbywać wizyty patronażowe.

U mnie wyglądało to tak, że rodziłam w Krakowie, na Ujastku, ale pierwsze trzy miesiące spędziłam u rodziców w Tarnowie. W Tarnowie też miałam wybraną położną w ramach NFZ. Nie spotykałam się z nią, będąc w ciąży. Dopiero po porodzie zadzwoniłam do przychodni, że urodziłam i że będę pod wskazanym adresem. Gdybym pozostała w Krakowie, musiałabym wybrać położną właśnie tam.

Czy wizyty patronażowe są obowiązkowe i jak często się odbywają? 

Ponoć są dobrowolne, ale jednak prawda jest taka, że jeśli kobieta odmówi takich wizyt, może narazić się na to, że zapuka do jej drzwi ktoś, kto zainteresuje się, dlaczego odmówiła. W praktyce więc są obowiązkowe. Położna powinna się zjawić w ciągu kilku pierwszych dni po porodzie - jeśli dobrze pamiętam, u mnie była ok. 3-4 dnia. Ile tych wizyt jest? To już kwestia dość niejednoznaczna. Powinno ich być kilka, ale wiem, że niektóre mamy skarżą się, że położna pojawiła się raz i na tym się skończyło. U nas była 6 razy. Za każdym razem podsuwała kartkę do podpisania, aby potwierdzić, że wizyta się odbyła, co dodatkowo by sugerowało, że są one jednak obowiązkowe.

Jak wygląda wizyta patronażowa?

A w tej kwestii to już w ogóle rozbieżności są olbrzymie. Wszystko zależy od położnej, jej kompetencji, empatii i tego, czy zawód wykonuje z powołania, czy z przymusu lub przypadku. Mojej położnej przyznałabym punktów, powiedzmy, 8/10. Sympatyczna kobieta, otwarta, niewywyższająca się, z dużą wiedzą. Starała się pomóc z przystawianiem Lenki do piersi. Powiedziała, jak dokładnie czyścić kikut pępowinowy, przycięła go też odpowiednio, bo okazało się, że w szpitalu zostawili go za dużo, co utrudniało nam kąpiele i ubieranie. Z drugiej strony wizyty trwały... za długo. I to nie dlatego, że poruszała jakieś ważne tematy dotyczące opieki nad dzieckiem, ale dlatego, że była po prostu straszną gadułą i dwie godziny potrafiła opowiadać o ulubionych filmach, zespołach itd. itp. Było to po prostu okropnie męczące, a że połóg sam w sobie jest męczący - w pewnym momencie miałam już dość słuchania i nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu sobie pójdzie.

A u Was jak przebiegały takie wizyty? Jesteście z nich zadowolone?

17 komentarze:

Nie zachowuj się jak dziecko!

13:59 Gosia Komentarzy: 7


Nie ciesz się bez powodu.
Nie przyglądaj się z zachwytem listkowi, pszczółce czy motylowi. Najlepiej w ogóle niczym się nie zachwycaj.
Nie marnuj czasu na zabawę.
Nie pochylaj się nad każdym kotkiem i pieskiem. Nie głaszcz ich, lecz ignoruj. Nie wiadomo, jakie świństwa przenoszą.
Nie zadawaj głupich pytań. Najlepiej w ogóle nie pytaj, tylko przyjmuj z góry narzucone odpowiedzi.
Nie uśmiechaj się do obcych ludzi.
Nie wyznaczaj własnej ścieżki, tylko idź torem wyznaczonym przez mądrzejszych.
Nie brudź się, nie babraj w błonie, nie skacz po kałużach.
Nie zakładaj z góry, że coś się uda.
Nie wyrażaj otwarcie swoich emocji. Tłamś je w środku i udawaj, że ich nie ma.
Nie mów "tak", gdy myślisz "tak. Najlepiej to mów "nie", gdy myślisz "nie wiem", a w rzeczywistości chciałabyś powiedzieć "tak".
Nie bądź sobą.
Nie snuj marzeń. Przecież wiesz, że nie zostaniesz księżniczką.
Nie eksperymentuj. Świat jest prosty i nudny.
Nie bujaj w obłokach.
Nie spędzaj za dużo czasu na łonie natury.


Bądź zgorzkniałym dorosłym.
Zmęczonym, znudzonym, sfrustrowanym.
Pozbawionym marzeń, pasji i planów.
Realizującym cudzy plan na życie.
Ignorującym piękno przyrody, nieszanującym potrzeby zwierząt.
Nieufnym, wątpiącym w dobre intencje, węszącym wszędzie spisek.
Nierozumiejącym uczuć własnych i innych osób.
Pełnym wątpliwości, pesymizmu i lęku.
Stłamszonym, wyplutym, zapomnianym.

Twoje wewnętrzne dziecko jeszcze żyje czy już dawno je zabiłaś?

G.

Zdjęcie: pixabay.com

7 komentarze:

Jak wyglądały początki Twojego macierzyństwa? Wyniki ankiety!

15:03 Gosia Komentarzy: 7



Uff, w końcu są. Opracowanie zajęło mi chwilę, bo i odpowiedzi było sporo - w ankiecie wzięło udział aż 948 kobiet! Dziękuję każdej z osobna za poświęcony czas. Jaki obraz początków macierzyństwa wyłania się z ankiety?

Zdecydowana większość kobiet (74%) ciążę zaplanowała. Podczas porodu najczęściej towarzyszył partner (72%), w przypadku 2% kobiet była to mama (lub teściowa), a u 1% ankietowanych - przyjaciółka. Tym, co mnie zaskoczyło, był bardzo niski odsetek porodów, w których współuczestniczyły doule - zaledwie 4 przypadki. Temat doul jest od kilku lat wałkowany w mediach, wydawać by się więc mogło, że ich popularność jest zdecydowanie większa. Jak widać - kobiety wolą jednak, gdy w tym niezwykłym momencie wspiera je ktoś bliższy i lepiej znany. 24% ankietowanych udzieliło odpowiedzi "rodziłam sama". Tu jednak muszę przyznać się do małego przeoczenia - nie zawarłam w ankiecie pytania o rodzaj porodu (drogami natury czy cesarskie cięcie). Pojawiły się więc komentarze kobiet rodzących przez CC, że wprawdzie przed i po operacji towarzyszył im partner, jednak skoro nie było go w trakcie samego samego - zaznaczały tę właśnie odpowiedź.

Cieszy mnie to, że większość kobiet wspomina poród pozytywnie (24% - bardzo pozytywnie, 47% - raczej pozytywnie). Raczej negatywne wspomnienia posiada 21% ankietowanych, a bardzo negatywne - 8%.

Ciekawie prezentują się odpowiedzi dotyczące tego, z czego kobiety NIE były zadowolone podczas porodu i późniejszego pobytu w szpitalu. Nie najlepiej wypada jakość opieki personelu zarówno nad rodzącą (30%), jak i nad dzieckiem (18%). Wiele do życzenia pozostawiają też warunki lokalowe, z których nie było zadowolonych 37% ankietowanych, jak i dostępne metody łagodzenia bólu, których według 22% kobiet jest zdecydowanie za mało. Pojawiało się również wiele dodatkowych komentarzy wskazujących za niewielką pomoc w zakresie karmienia piersią - albo nie było jej w ogóle, albo była niewystarczająca. Niektóre kobiety pisały wręcz, że do karmienia piersią je zniechęcano, a dziecku bez zgody podawano butelkę. Z drugiej strony - 31% kobiet odpowiedziało, że były zadowolone ze wszystkiego.

Kto pomagał w opiece nad dzieckiem już po wyjściu ze szpitala? Najczęściej (87%) był to partner, choć wsparcie okazywali również rodzice/teściowie (55%), rodzeństwo bądź inni członkowie rodziny (16%) czy przyjaciele (7%). W 7% przypadków niestety nie pomagał nikt.

Mnóstwo dodatkowych komentarzy pojawiło się w pytaniu poświęconym emocjom w pierwszych miesiącach macierzyństwa, co tylko potwierdza, że połóg to prawdziwa huśtawka nastrojów. Z jednej strony wiele kobiet odczuwało radość (76%) i podekscytowanie (49%), z drugiej niestety - równie często towarzyszyły im niepokój (69%) i bezradność (49%). Często wpisywałyście dodatkowo m.in. strach, poczucie winy, że nie jesteście wystarczająco dobrymi matkami, frustrację, ogromne zmęczenie, złość, ale również - szczęście i miłość do dziecka i partnera.

Okazuje się, że to właśnie wspomniane już kłopoty z karmieniem piersią stanowiły dla większości ankietowanych największy problem (52%). Doskwierał również brak snu (48%), brak czasu dla siebie (42%), trudności w opiece nad dzieckiem (33%), ból poporodowy (25%) i brak wystarczającego wsparcia (15%). Niestety, często wśród dodatkowych odpowiedzi pojawiały się złośliwe komentarze ze strony bliskich osób, krytykowanie, wtrącanie się i udzielanie "dobrych rad".

A jak właściwie karmiłyście? 61% ankietowanych karmiło piersią (choć nasuwanie się pytanie, jak długo), 28% - sposobem mieszanym, a więc mlekiem modyfikowanym i odciąganym pokarmem, 7% - mlekiem modyfikowanym, a 4 % - wyłącznie odciąganym mlekiem. Wygląda więc na to, że mimo trudności i braku wsparcia w zakresie laktacji, większość kobiet nie poddaje się i podejmuje próby karmienia naturalnego. 76% kobiet decyzję o karmieniu podjęło samodzielnie, 16% - po przedyskutowaniu z partnerem, a 8%... pod presją otoczenia. Problemami, które podczas karmienia piersią, pojawiały się najczęściej były: ból brodawek (51%), nawał pokarmu (38%), niewystarczająca ilość pokarmu (36%) i zastoje (23%). Zaledwie 14% nie miało żadnych kłopotów.

16% kobiet doświadczyło depresji poporodowej. Niestety, aż 41% spośród nich odpowiedziało, że bliscy nie okazywali wsparcia, a zaledwie 13% szukało profesjonalnej pomocy u psychologa.

Jak wygląda kwestia akceptowania własnego ciała po porodzie? Okazuje się, że nie najgorzej. 50% kobiet raczej lubi swoje ciało, 18% - bardzo lubi, 22% - raczej nie lubi, a tylko (czy aż?) 10% odpowiedziało, że go nie akceptuje. Problemami natury kosmetycznej, które pojawiały się po porodzie (lub już w ciąży) najczęściej i które na pewno mają wpływ na akceptację nowego ciała, były: wypadanie włosów (64%), rozstępy (54%), utrata jędrności piersi (50%), obwisła skóra na brzuchu (45%), cellulit (28%). Wśród dodatkowych odpowiedzi pojawiały się także m.in. żylaki i nadwaga.

Bardzo interesował mnie temat tego, jak po narodzinach dziecka zmienił się (i czy w ogóle się zmienił) związek. 28% kobiet odpowiedziało, że wzmocnił się i jest jeszcze lepiej niż przed porodem. Tyle samo ankietowanych twierdzi, że jest tak samo jak przed porodem. W 22% przypadków zadowolenie ze związku spadło po narodzinach dziecka. 17% par przeżywało kryzys, z którego jednak udało się wyjść. Niestety, 6% związków rozpadło się niedługo po porodzie.

Na koniec metryczka: 58% ankietowanych to kobiety między 20. a 30. rokiem życia, 40% powyżej 30. roku życia, a 1% ma mniej niż 20 lat.

Jak więc wyglądają początki macierzyństwa?

Mimo że jeszcze wiele jest do zrobienia w obszarze opieki okołoporodowej, to jednak większość z nas wspomina poród pozytywnie. Połóg jest natomiast czasem prawdziwej burzy hormonalnej, której towarzyszy równie intensywna burza emocji. Radość i podekscytowanie przeplata się z lękiem, strachem, bezradnością. Natłok nowych obowiązków, poczucie, że nie radzimy sobie w nowej roli bywa przyczyną depresji poporodowej. Tym, co po zobaczeniu wyników ankiety zasmuciło mnie najbardziej, jest właśnie niewielkie wsparcie (czy nawet całkowity brak wsparcia), jakie młode mamy otrzymują w tych trudnych chwilach od swoich bliskich. A przecież właśnie wtedy to zrozumienie jest najbardziej potrzebne.

Okazuje się, że wiele do życzenia pozostawia również jakość doradztwa laktacyjnego w Polsce. Mimo że karmienie piersią jest w ostatnich latach bardzo mocno promowane, wygląda na to, że gdy nadchodzi moment rozpoczęcia go i zmagania się z pierwszymi trudnościami, kobiety zwykle pozostawione są same sobie. Nic więc dziwnego, że większość kobiet rezygnuje z karmienia naturalnego już kilka miesięcy po porodzie (z ostatnich doniesień wynika, że zaledwie 4% kobiet karmi piersią przez 6 miesięcy).

Cieszy mnie to, że większość młodych mam akceptuje swoje ciało. Raczej je lubimy i akceptujemy, mimo że odbiega od ideału, a po ciąży nierzadko pokryte jest rozstępami czy cellulitem.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za udział w ankiecie. Jesteście super!



7 komentarze:

Kiedy jest odpowiedni czas na drugie dziecko?

13:41 Gosia Komentarzy: 15


A czy w ogóle jest coś takiego jak "odpowiedni czas na dziecko"? Nieważne, czy pierwsze, drugie, czy trzecie. Czas na dziecko trzeba po prostu wygospodarować, poprzestawiać inne kwestie, które są na niższych szczeblach hierarchii i zrobić trochę miejsca, poupychać tu i ówdzie mniej istotne (dla nas) rzeczy z listy "do osiągnięcia w życiu".

Ciasno. Coś uwiera. Bo firma młoda, trzeba zarabiać, bo przecież co druga upada. Bo marzy się własne mieszkanie, a za ładny uśmiech kredytu nie dadzą. Bo pierworodne przechodzi raz lepsze, raz gorsze etapy. I gdy akurat są te gorsze, jakoś tak tego miejsca na drugie wydaje się być jeszcze mniej.

A może odpowiedni czas na drugie dziecko przychodzi wtedy, gdy tęsknota za stanem bycia w ciąży z dnia na dzień narasta, aż w końcu staje się nie do zniesienia?

A może wtedy, gdy łzy wzruszenia same ciekną po policzku podczas oglądania dokumentu o porodach? Bo przecież poród to taka fantastyczna sprawa! - o, a to znak, że wspomnienie o bólu i wielogodzinnych mękach uległo zatarciu, więc chyba czasu minęło aż nadto.

A może wtedy, gdy każdy kolejny cykl miesiączkowy wiąże się z myślami "to może by tak teraz"?

No, to kiedy jest TEN czas?

15 komentarze:

Drewniana układanka z uchwytami

13:12 Gosia Komentarzy: 12


Niezwykle interesujące w rozwoju dziecka wydaje mi się to, jak zmieniają się jego upodobania co do zabawek. Szczeniaczek Uczniaczek Fisher Price jeszcze do niedawna był hitem, teraz leży zapomniany na półce. Powoli w niełaskę popada też pętla edukacyjna. Za to uwagę zaczynają przyciągać wszelkiego rodzaju układanki i puzzle.

Jedną z nich jest drewniana układanka, w której w puste miejsca trzeba wpasować zwierzątka. Zabijcie - nie pamiętam producenta. Ale tego typu układanek jest mnóstwo, więc na pewno w sklepie znajdziecie podobne. A naprawdę warto się nimi zainteresować. Dostępne są w mniej lub bardziej skomplikowanych wersjach, dostosowanych do wieku dziecka. Nasza układanka ma pięć elementów, a każdy z nich ma uchwyt, który ułatwia manipulowanie nim.

Lenka uwielbia się nią bawić. Gdy już brakuje mi pomysłów i nie wiem, czym ją zająć, układanka ratuje sytuację. Z chęcią ją przynosi i razem ze mną próbuje dopasowywać zwierzątka - i coraz częściej jej się to udaje. A i przy okazji uczy się ich nazw.

Polecam!

12 komentarze:

Matka też kobieta: Bioliq - żel do twarzy ze szczoteczką

11:52 Gosia Komentarzy: 5


Żel Bioloq z wbudowaną szczoteczką to ostatni hit. Uwielbiam tego typu gadżety do mycia twarzy, więc oczywiście się skusiłam. Patrząc na opinie, część osób wychwala go pod niebiosa, a cześć przeklina, bo wysusza i podrażnia. Jakie są moje wrażenia?

SZCZOTECZKA

Przede wszystkim duży plus za pomysł, czyli wbudowaną szczoteczkę. Aż dziwne, że żadna inna firma do tej pory na to nie wpadła (chyba że o czymś nie wiem?). Silikonowe, krótkie wypustki przyjemnie masują skórę i skutecznie ją oczyszczają, choć - wiadomo - ten, kto liczy na to, że pomoże usunąć zaskórniki - srogo się rozczaruje. Ale tak naprawdę wg mnie żaden żel tego nie potrafi, więc nie zaliczam tego na minus. 

Kolejny plus za to, że nakładkę z łatwością można wyczyścić, po prostu spłukując wodą. Tu ma przewagę np. nad gąbką konjac, którą trudno wypłukać i która bardzo długo schnie.

ŻEL

Ładny zapach, fajna konsystencja. Skład też w porządku, sporo w nim natury: m.in. olejek babassu, aloes, nagietek, opuncja, gruszka, passiflora. ALE - na drugim miejscu SLS, faktycznie może więc niektóre osoby podrażniać. 

DZIAŁANIE

Po użyciu szczoteczki z żelem cera jest oczyszczona, świetnie wygładzona (jak po użyciu peelingu), mięciutka w dotyku. Cerę mam dość odporną, więc nie zaobserwowałam podrażnień. Nie jest też przesuszona, nie ma uczucia ściągnięcia po myciu. 

Czy kupię ponownie? Żel Bioliq przypadł mi do gustu, ale ma jedną podstawową wadę: cenę. Ok. 30 zł za tubkę żelu to jednak dość dużo. Przynajmniej dla mnie, bo żelu używam rano i wieczorem, więc szybko znika. Można by sprytnie wykorzystać szczoteczkę, wypełniając opakowanie tańszym żelem, ale producenci pewnie przewidzieli, że niektórzy będą tak kombinować i tubki nie da się rozkręcić.

EDIT: Okazuje się, że żel można znaleźć nawet za 15 zł, więc widocznie trafiłam na wybitnie ceniącą się aptekę. W takim razie - tym bardziej polecam!

5 komentarze:

Tak, jestem TĄ matką

18:01 Gosia Komentarzy: 12


TĄ matką, która stoi nad wrzeszczącym, kładącym się na ziemi i niedającym się wziąć na ręce dzieckiem. Dzieckiem, które w tej właśnie chwili odczuwa nieodpartą chęć zrobienia czegoś, czego akurat w tej właśnie chwili zrobić się nie da. Ale ono musi!

TĄ matką, która tak stojąc, w pośpiechu zastanawia się, co ma zrobić. Krzyknąć, powiedzieć, że nie wolno, zabrać siłą na ręce i iść w swoją stronę. Czy może jednak spróbować zrozumieć emocje dziecka, uspokoić swoje własne i wytłumaczyć, dlaczego akurat w tej właśnie chwili tego czegoś zrobić nie możemy.

TĄ matką, która tak stojąc, czuje na sobie oceniające spojrzenia innych, którzy wiedzą lepiej i więcej.

TĄ matką, która jeszcze za czasów bezdzietnych, często sama rzucała takimi spojrzeniami, zastanawiając się, jak można tak nie reagować na zachowanie rozwydrzonego bachora.

Dziś wiem, że emocje dziecka to temat trudny, bardzo trudny. Tym bardziej, że trzeba poradzić sobie nie tylko z emocjami dziecka, ale również swoimi własnymi. I te, i te lubią wymykać się spod kontroli. W takich chwilach staram się mieć w głowie kilka podstawowych prawd, które choć odrobinę pozwalają zapanować nad sytuacją:

1. Nie ma złych czy dobrych emocji. Są po prostu EMOCJE. Nie należy ich oceniać. Każda z nich ma prawo bytu, każdej warto się przyjrzeć, spróbować zrozumieć, dlaczego się pojawia.

2. Tak jak dorosły ma prawo do złości, gniewu, irytacji, takie samo prawo ma dziecko. A nawet dziecko w szczególności - bo ono dopiero uczy się, czym te emocje są.

3. Od najmłodszych lat warto uczyć nazywania i rozpoznawania emocji, czyli EMPATII.

A więc co staram się robić w takich momentach?

Zamiast mówić do Lenki "i co się drzesz?", kucam przed nią, patrzę w oczy i pytam: "Co się Lenuś stało? Czemu jesteś zła? Chcesz iść na plac? Dzisiaj już za późno, ale jutro pójdziemy".

Próbuję odwrócić jej uwagę. Zaczynam pytać: "Lenuś, a gdzie jest piesek? O, popatrz, tam idzie! A tam dzidziuś jedzie. Dzidziuś?".

I muszę stwierdzić, że to naprawdę pomaga zapanować nad sytuacją.

12 komentarze:

Dlaczego jeszcze nie nocnikuję Lenki

14:27 Gosia Komentarzy: 21

nocnik

O matko z córką, pewnie chwycą się za głowę niektóre czytelniczki. No bo jak to jeszcze nie, przecież to już dorosłe dziecko, ma 16 miesięcy - SZESNAŚCIE! Moje robiło do nocnika, jak tylko nauczyło się siadać. Ba, a nawet jak jeszcze nie siedziało, to już wysadzałam je na nocnik.

Pytanie tytułowe trochę podobne do dobrze znanego: "to ty jeszcze karmisz?!". Nocnik wprawdzie jest, ale na razie siusia na nim głównie miś Misiu. Choć i to uważam za sukces, bo kiedy mówimy: "Lenka, Misiu chce siusiu", to Lenka bierze go w łapki i sadza na nocniku. Ewentualnie nocnik służy też do nalewania wody i pluskania w niej gumowej kaczuszki (tu pewnie kolejny epizod chwytania się za głowę, bo przecież nocnik nie powinien służyć do zabawy).

Spieszę więc z wyjaśnieniem, dlaczego jeszcze nie.

A bo nie. Bo uważam, że Lenka ma jeszcze czas. Jedna z nadrzędnych zasad, jaką staram się kierować, praktykując macierzyństwo, brzmi: NIC NA SIŁĘ. Kiedy Lenka zechce korzystać z nocnika, to po prostu zacznie to robić. Nie widziałam nastolatka chodzącego w pieluszce, domyślam się więc, że każde dziecko, prędzej czy później, kuma, o co chodzi.

Bo nie robię niczego na wyścigi. Nie mam parcia (nomen omen) na to, żeby konkurować z innymi matkami, których dzieci, będące w wieku Lenki, już dawno załatwiają się do nocniczka, ba, czasem nawet już do zwykłego sedesu, korzystając z nakładki. Korzysta? To super, gratuluję. Lenka? Nie, jeszcze nie <wzruszenie ramionami>.

Bo wiem, że dziecka nie wolno poganiać. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby całkowicie olać (znowu nomen omen) nocnikowanie. Nocnik jest, stoi sobie, czasem sadzam na nim Lenkę, zachęcając do skorzystania, ale jeśli nie - to nie. Raz udało się złapać, dosłownie, kupę, gdy Lenka zaczęła proces podczas kąpieli (sorry, jeśli ktoś właśnie je). Ale na razie w dalszym ciągu polegamy głównie na pieluszkach.

Bo jestem leniwa. No dobra, muszę przyznać, że czasem mi się po prostu nie chce. No nie chce mi się biegać za Lenką, co chwilę rozbierać i starać się nakłonić ją do wysiusiania. Wprawdzie przez połowę dnia Lenką zajmuje się niania, więc mogłabym poprosić ją o podejmowanie takich prób, ale na razie, dopóki sami z mężem nie zaczniemy tego regularnie robić, nie widzę sensu.


Photo credit: ToddMorris / Foter / CC BY-SA

21 komentarze:

Historia pewnego misia

18:32 Gosia Komentarzy: 1


Biały, mięciutki, z czerwoną wstążką zawiązaną wokół szyi. Taki zwyczajny miś. Nie kosztował milionów. Wygrzebany, uwaga, w sklepie z używaną odzieżą. Większe i droższe misie, którymi Lenka została zasypana, nie mogą się z nim równać. Bo to właśnie on, miś o nad wyraz kreatywnym imieniu Misiu, skradł jej serce. I wcale się nie dziwię, bo pyszczek ma jakiś taki szczery, serdeczny i ciepły.

Miś Misiu towarzyszy Lence niemal nieustanne. Nie tylko w nocy i podczas drzemki. Jest, gdy Lenka ma gorszy humor, gdy czegoś się wystraszy lub gdy po prostu ma ochotę się do niego przytulić. Niezawodny. Ten błysk w oczach Lenki, który pojawia się, kiedy zobaczy ulubionego misia, nie da się porównać z niczym innym. Żadna inna zabawka nie potrafi go wywołać.

W każdej chwili Lenka potrafi misia bezbłędnie zlokalizować. Wystarczy zapytać: "Lenka, gdzie jest Misiu?", a ona biegnie ile sił w nóżkach i po chwili przynosi go z wyrazem triumfu i szczęścia na twarzy.

Miś nie może zniknąć z pola widzenia. Dlatego iście strategicznego myślenia wymagały próby wyprania go. A prania potrzebował, bo przy codziennym ciągnięciu po chodniku i obsypywaniu piaskiem w piaskownicy, wyglądał naprawdę dramatycznie. Trzeba było obmyślić plan: jak wyprać misia, tak żeby zdążył wyschnąć w czasie między drzemką a wieczornym usypianiem. I tu jedyny plus ostatnich upałów, bo miś Misiu wystawiony na niemal 50 stopni panujących na balkonie wysechł błyskawicznie.

Ale sceny, które towarzyszyły wkładaniu misia do pralki, były wręcz dantejskie. Wrzask, łzy płynące po zaczerwienionych policzkach i to pytające spojrzenie Lenki: "dlaczego, mamusiu, mordujesz mojego misia?!". 10 minut uspokajania i zapewnień, że Misiu żyje i wieczorem będzie jak nowy. A mnie aż do wieczora serce bolało, że katowałam ukochanego misia. Misia, który stał się członkiem rodziny.

1 komentarze:

Jak przetrwać upały, mieszkając w bloku, pracując w domu i mając małe dziecko

21:03 Gosia Komentarzy: 10


Nie lubię upałów. Nie, źle mówię. Ja NIE ZNOSZĘ upałów. Ostatnie szaleństwa pogodowe są więc dla mnie istną torturą. A jak słyszę, że w ciągu najbliższych 2 tygodni nie ma szans na zmianę - mam ochotę sobie popłakać w poduszkę. Albo nawet całkiem jawnie poszlochać. A że mieszkamy w bloku i do tego słońce przygrzewa nam od południa do samego wieczoru - temperatura w pokojach nie spada poniżej 30 stopni. Przypomnę, że w jednym z tych pokoi próbuję pracować. Kreatywnie pracować. I to jest jedyny moment, kiedy zazdroszczę etatowcom, którzy mogą liczyć na klimatyzację.

Ale koniec marudzenia. Mam jeden plan: PRZETRWAĆ, aż się ochłodzi. Co mi w tym pomaga?

1. Wiatraczek. Mam w nosie prośby, żeby ograniczyć zużycie prądu w ciągu dnia. Włączam biurkowy wiatraczek o 10 i tak chodzi przez kilka kolejnych godzin.

2. Woda. Dużo niegazowanej wody mineralnej. Bardzo dużo.

3. Namoczona w chłodnej wodzie pieluszka tetrowa. Od czasu do czasu narzucam ją sobie na kark. O Jezusie, jak przyjemnie.

4. Ok. 10 zamykam wszystkie okna i zasuwam zasłony, w nadziei, że trochę nocnego chłodu uda się zatrzymać. Odsłaniam i ponownie otwieram okna dopiero ok. 20.

A jak pomagam przetrwać upały Lence?

1. Spacer tylko do południa, najlepiej ok. 9.

2. Woda. Dużo niegazowanej wody mineralnej. Bardzo dużo.

3. Po mieszkaniu biega w samej pieluszce.

4. Po południu nalewam wody do miednicy, stawiam w pokoju i Lenka pluska się, jak długo ma ochotę.

Więcej cudownych sposobów nie znam. Może wy jeszcze coś podpowiecie?

10 komentarze: