Postanawiam

15:05 Gosia Komentarzy: 13

Miało już nie być tematów noworocznych. Miałam też nie robić postanowień, które zresztą bojkotuję od kilku lat. Ale tym razem muszę jedno zrobić. Nie żebym specjalnie chciała. Nie żebym nawet była zadowolona z tego, że muszę je zrobić. Ale kiedy patrzę w lustro, to postanowienie samo wyłania mi się z tyłu głowy:

Zrób coś z tym brzuchem!

Nie jest tragicznie ani nawet bardzo źle. Ale nie jest też rewelacyjnie. Nigdy zresztą nie mogłam pochwalić się deską w miejscu, w którym powinien znajdować się brzuch. Zawsze był lekko zaokrąglony, taki ot kobiecy brzuszek. Teraz jest brzuchol. 2 kilogramy na plusie, które pojawiły się ostatnimi czasy, najwyraźniej zadomowiły się właśnie w tej okolicy. Mogę pocieszać się, że przecież urodziłam dziecko, więc mi wolno (słowa Pe). Mogę nawet próbować udawać przed samą sobą, że dalej swój brzuch lubię.

No ale lubię coraz mniej. Więc doszłam do wniosku, że najwyższa pora zacząć działać. I tu pojawia się problem. Bo ćwiczyć nie lubię. Do wszelkiego rodzaju aktywności fizycznej podejście mam takie: "wy sobie ćwiczcie, ale mi dajcie święty spokój". Nie lubię i już. Dieta? W życiu żadnej nie stosowałam, a ich mnogość i zróżnicowanie sprawia, że się zwyczajnie gubię.

Nie za bardzo więc wiem, jak zabrać się za realizację tego postanowienia (nie wróży mi to sukcesu, co?). Na początek planuję wprowadzić niezawodną i prostą dietę ŻM (dla niezorientowanych: Żryj Mniej). Do tego dodam jakiś dobry balsam ujędrniający (coś? ktoś?) i czerwoną herbatę (ponoć działa odchudzająco, z naciskiem na "ponoć"). Bez gimnastyki pewnie się nie obejdzie, ale to zostawiam na koniec, gdy już z rozpaczy zacznę się chwytać każdego sposobu.

Jak tylko mój brzuch osiągnie stan zadowalający, nie omieszkam się z wami tą wieścią podzielić. Obym tylko nie musiała z tym czekać do następnego grudnia.

www.acefitness.org


G.

13 komentarze:

Nie lubię sylwestra

17:10 Gosia Komentarzy: 11


Ostrzegam, to będzie post marudny.

Od mniej więcej połowy listopada w internetach dominują tematy okołoświąteczne. Gdy nudzenie o wigilijnych potrawach, odpowiedniej porze ubierania choinki i planach wyjazdowych przestaje być na topie, wkracza kolejny namber łan: sylwester i wszystko, co z nim związane.

Włączam fejsbuka o poranku i krzyczą do mnie pytania, gdzie zamierzam go spędzić, czy mam już kreację i czy znam tajniki makijażu. Włączam go wieczorem i cała ściana zawalona tym samym. Do, za przeproszeniem, zwymiotowania.

Nigdy nie lubiłam sylwestra. Przyczyną nie jest jakaś trauma z dzieciństwa. Po prostu odgórny przymus dobrej zabawy akurat tego dnia zawsze budził we mnie bunt. Tak już mam: im bardziej ktoś twierdzi, że coś powinnam, tym bardziej ja udowadniam, że wcale nie muszę. 

Od kilku lat mój sylwester wygląda tak, że ubieram się ok. 22 w piżamę, idę spać i budzę się w nowym roku. Ewentualnie wypijam kieliszek szampana z Pe (który na szczęście podejście ma podobne) lub najbliższą rodziną, jeśli akurat spędzamy ten czas u moich rodziców lub jego. Zdarza mi się wysłać SMSa z życzeniami. Do pewnego momentu miałam poczucie winy, że powinnam bywać, bo jak bywać nie będę, to coś stracę. Wyzbyłam się poczucia winy, bywać w sylwestra przestałam i doskonale się z tym czuję.

Co więcej, z moich obserwacji wynika, że 80% osób spędza sylwestra dokładnie w taki sam sposób. Odnoszę więc wrażenie, że ten okołosylwestrowy szał na fejsbuku nieco zalatuje sztucznością. A że sztuczności nie lubię, mogę wam zagwarantować, że ten post jest ostatnim z cyklu świąteczno-noworocznych.

11 komentarze:

Pozwólcie dzieciom wierzyć w św. Mikołaja

11:21 Gosia Komentarzy: 7


Gruby, nieogolony facet w czerwonych gaciach wdziera się każdego roku do naszych domów z rubasznym "ho, ho, ho!" na ustach. Mikołaj, wiadomo, o nim mowa. Mimo dość specyficznego wyglądu wzbudza ogólną (wydawać by się mogło) sympatię. Grudniową porą zawsze trafiam - czy na jakimś blogu, fanpejdżu czy portalu - na pełne troski i wątpliwości zapytanie, czy dziecko powinno wierzyć w św. Mikołaja. W bardziej hardkorowej (jak dla mnie) wersji brzmi ono: czy POZWALAĆ dziecku wierzyć w św. Mikołaja?

Nie pojmuję tego. Najzwyczajniej robi mi się żal tych dzieci, którym rodzice odbierają szansę na posiadanie jedynych w swoim rodzaju wspomnień.

Nie przekonuje mnie twierdzenie, że dziecko i tak się dowie, że ten gruby gość tak naprawdę nie lata saniami ani nie ma pupila o imieniu Rudolf. Dowie się, prędzej czy później, ale - co z tego? Dowie się też, że z błota nie robi się tortów, że nie wypada skakać po kałużach, że wróżka nie zabiera ząbków spod poduszki, a garnek i łycha nijak się mają do perkusji. Ale czy to powód, żeby fundować dzieciństwo pozbawione magii i fantazji?

Do dziś pamiętam te cudowne chwile. Jak 5 grudnia kładłam się spać wcześniej, bo przecież im szybciej zasnę, tym prędzej przyjdzie Mikołaj. Jak 6 grudnia budziłam się podekscytowana i zaglądałam na podłogę obok łóżka. Jest! Worek z wymarzonym misiem, huśtawką dla lalek i słodyczami. Niezapomniane emocje!

Jak rodzice mogą odbierać dziecku taką radość? Nie wiem. Wiem natomiast, że zrobię wszystko, żeby Lenka kiedyś z łezką wzruszenia i uczuciem ciepła na sercu wspominała ten dzień, tak samo jak i ja go wspominam.

7 komentarze:

Niepotrzebne skreślić, czyli czego wam życzę

11:22 Gosia Komentarzy: 5

cierpliwości
spokoju (najlepiej świętego)
wsparcia najbliższych
snu
zdrowia
czasu dla siebie
satysfakcji z życia
realizacji marzeń i planów
akceptacji niedoskonałości pociążowego ciała
bezbolesnego ząbkowania u dziecka
nadmiaru pieniędzy
równowagi między domem a pracą
jak najmniej ciążowych dolegliwości
porodu po ludzku
bezproblemowego karmienia piersią (ew. braku wścibskich pytań nt. tego, w jaki sposób karmicie)
umiejętności cieszenia się każdą chwilą
prysznica bez nerwowego zaglądania do pokoju, czy dziecko dalej śpi
remisji matczynych chorób psychicznych (patrz tu)
jak najmniej gderania męża, że przecież dziecko nie potrzebuje kolejnego ciuszka/zabawki (bo dziecko może nie, ale ty na pewno)
codziennego uśmiechu na buzi własnej i otaczających ludzi
jak najmniej "życzliwych" rad dot. ciąży, karmienia i wychowania
bezkolkowego dziecka
braku rozstępów
dziecka, które lubi spać w ciągu dnia
położnej, która doradza, a nie irytuje
ginekologa i pediatry z prawdziwego zdarzenia
braku odczynów poszczepiennych
uświadomienia sobie, że jesteście super (bo naprawdę jesteście) 

(ułożyć wg kolejności zgodnej z własnymi aktualnymi potrzebami)

tego wszystkiego życzę Wam z okazji Świąt i nowego roku



5 komentarze:

Matka też kobieta: puder Kryolan

20:22 Gosia Komentarzy: 6

Jeśli jesteście (nie)szczęśliwymi posiadaczkami cery tłustej (ew. mieszanej) doskonale znacie to uczucie, gdy w chwilę po umyciu twarzy na nowo pojawia się na niej warstewka sebum. Wkurzające, prawda? Z drugiej strony wiem, że cera tłusta ma również zalety. Jest bardziej odporna na działanie czynników zewnętrznych (np. mrozu, wiatru) i stawia nieco większy opór procesowi starzenia niż inne typy cery. Marne to jednak pocieszenie, gdy po wykonaniu makijażu już po upływie pół godziny trzeba ponownie sięgać po puder. W swoim życiu przetestowałam więc całą stertę pudrów. Żaden, ale to absolutnie żaden, nie może równać się z Kryolan Anti-Shine Powder.

Uroczyście obwieszczam: jeśli zakupicie ten puder i będziecie niezadowolone, no, może nie zwrócę wam pieniędzy, ale będziecie mogły mnie solidnie ochrzanić. Dla mnie puder ten okazał się prawdziwym objawieniem i wybawieniem i od kilku lat nawet mi do głowy nie przyszło, żeby szukać innego. Oto powody.


Naprawdę działa. Wyobraźcie sobie, że nakładacie puder. Mija jedna godzina, druga, trzecia, kurczę, nawet czwarta, a może i piąta i cera jest nadal matowa. Piękne, prawda? Tak właśnie działa Kryolan. Jest niezastąpiony na weselach, chrzcinach i innych tego typu imprezach.

Nie wysusza, nie zapycha. Wiele pudrów ma jedną podstawową wadę: zapychają pory. Kryolan tego nie robi. Bardzo łagodnie obchodzi się z cerą. Nie wysusza, nie powoduje wysypu krostek.

Nie tworzy maski. Ale uwaga: nie można przesadzać z ilością nakładaną na twarz. Zresztą, nawet nie trzeba przesadzać, bo wystarczy naprawdę cieniutka warstwa, żeby uzyskać pożądany efekt.

Megawydajny. Puder kosztuje ok. 70 zł. Jako jednorazowy wydatek, może wydawać się, że dużo. Ale, ale... Jedno opakowanie, przy codziennym stosowaniu, starcza na rok (!), a nawet dłużej. Warto? Warto.

Puder kupić można jedynie przez internet.

RE-WE-LA-CJA.

6 komentarze:

Poród: moje wyobrażenia a rzeczywistość

20:20 Gosia Komentarzy: 12


Podobno każda dziewczynka od maleńkości snuje wizje na temat swojej sukni ślubnej. Ja nie snułam. Tak samo nie rozmyślałam godzinami nad tym, jak wyglądać będzie poród. Z góry założyłam, że będzie dobrze. Choć, muszę przyznać, miałam pewne wyobrażenia (mniej lub bardziej sprecyzowane) na temat tego, na czym to wszystko może polegać i jak powinno przebiegać. Jak wyglądało zderzenie owych wyobrażeń z rzeczywistością? Co mnie zaskoczyło w porodzie?

Odejście wód, skurcze, czyli let's get it started. W tej kwestii wszystko odbyło się właściwie tak, jak wydawało mi się, że się odbędzie. Czyli chlust, początek akcji skurczowej, pakujemy się do auta i jedziemy. Niespodzianek brak. Jedynym zaskoczeniem dla mnie samej było moje całkowite opanowanie i totalny spokój. Spodziewałam się raczej, że ciśnienie mi skoczy na 180 i pojawi się lekka panika. Na szczęście obyło się bez niej.

Przyjęcie na oddział. Przyszła mama trzyma się za brzuch, głośno pojękuje i wisi na ramieniu męża. Obydwoje wpadają do szpitala, sekundę później matka leży już na fotelu porodowym. Tak to zwykle wygląda w filmach. No dobra, wiedziałam, że nie będzie jak w filmie, ale z drugiej strony - nie spodziewałam się, że rodząca kobieta nie wzbudzi w szpitalnej izbie przyjęć ŻADNEGO poruszenia. Przyjechaliśmy, kazali nam czekać. I tak czekaliśmy. Po 40 minutach Pe podszedł do napotkanego przypadkiem lekarza i zapytał, czy aby nie pora mnie przyjąć. Lekarz zapytał, czy to pierwsze dziecko, i po uzyskaniu potwierdzenia powiedział, że mamy czas. No to czekamy dalej.

Będę skakać, biegać, fikać koziołki. Tak mi się wydawało (i tak przecież zalecają), że skoro korzystne dla przebiegu porodu jest chodzenie, ewentualnie siedzenie na piłce, to to właśnie będę robić. Tu się srogo rozczarowałam, bo miałam siły jedynie na: a) leżenie plackiem na łóżku, b) siedzenie godzinami pod prysznicem. A więc fakt, że leżałam trochę pod przymusem, bo podłączona pod KTG, przyjęłam z lekką obojętnością, bo tak czy siak bym polegiwała.

Lewatywa, podanie znieczulenie i te sprawy. W tym przypadku rzeczywistość okazała się bardziej łaskawa niż wyobrażenia. Pis of kejk, jak to mawiają. Lewatywa to pikuś, podobnie jak wkłucie do podania znieczulenia. Nie czuć nic a nic (w sensie bólu). (taki off top: przy okazji podania znieczulenia "dowiedziałam się", że mam krzywy kręgosłup; nie ma to jak dobić leżącego, w sensie ledwo żywą leżącą rodzącą)

Czas goni nas. Zawsze z przerażeniem słuchałam opowieści, że poród trwał ileś tam godzin. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że kobiety potrafią przetrwać kilka, kilkanaście długich godzin bólu. Teraz już wiem: czas leci błyskawicznie. Do tej pory nie wiem, kiedy to minęło. Naprawdę nie wiem. W każdym razie mignęło, jakby to było 15 minut.

Ból porodowy. Bólu porodowego nigdy sobie nie wyobrażałam. Bo tego nie można sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć.

Skurcze parte. Wielokrotnie spotkałam się z opinią, że skurcze parte to łatwizna. Nic nie bolą. Nie wiem, kto może wygadywać takie głupoty. No chyba że tylko moje skurcze parte to były takie pierony. Gdy się pojawiły, odwróciłam się do ściany i zaczęłam bardzo głośno wzywać imię pana Boga na daremno. Nieraz też czytałam o tym, że jeśli nie ma pełnego rozwarcia, a są już skurcze parte, trzeba tak oddychać, żeby nie przeć. Kurde. Poważnie któraś z was umiała to zrobić? Bo mi się to w głowie nie mieści, że w ogóle można je kontrolować. Czuć parcie i za żadne skarby świata nie da się, no po prostu nie da się tego powstrzymać.

Witamy na świecie. Mięciutkie ciałko dotykające mojego brzucha. Tego uczucia nie można sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć.

Poród łożyska. Trochę się obawiałam, jak wygląda poród łożyska. I zawsze sobie myślałam, jakie to niesprawiedliwe, że po porodzie właściwym trzeba się jeszcze mordować z urodzeniem łożyska. A tymczasem nawet nie wiem, kiedy to nastąpiło. Szybko i bezboleśnie. A może to zalew hormonów po spotkaniu z Lenką mnie tak znieczulił.

12 komentarze:

Termometr Braun Thermoscan IRT 4520

15:51 Gosia Komentarzy: 33

Zakup termometru dla dziecka poprzedziłam intensywnym przeczesywaniem internetu w poszukiwaniu opinii na temat różnego typu urządzeń. Ostatecznie zdecydowałam się na elektroniczny termometr douszny Braun Thermoscan IRT 4520. I - po pierwszym poważniejszym epizodzie chorobowym - mogę stwierdzić, że wybór był jak najbardziej trafiony.


Zalety:
- błyskawiczny pomiar: wynik mamy już po kilku sekundach, co w przypadku marudnego i niecierpliwego dziecka naprawdę MA znaczenie
- duży wyświetlacz: nie trzeba wytężać wzroku, żeby wypatrzeć, ile wynosi temperatura (jak to jest w przypadku termometrów szklanych), cyfry są duże i wyraźne
- pamięć ostatnich pomiarów: zawsze po włączeniu termometru wyświetla się wartość ostatniego pomiaru (w pamięci zapisać można kilka ostatnich pomiarów, ale sama z tej opcji nie korzystałam)
- prosty w użytkowaniu: wystarczy włączyć, poczekać na sygnał, włożyć do ucha, nacisnąć przycisk i poczekać na kolejny sygnał, który oznacza zakończenie pomiaru
- wydajność: od 10 miesięcy w termometrze są te same baterie

Wady:
- jedyną wadą, jaką dostrzegłam, jest brak podświetlenia, co jest dość irytujące podczas nocnych pomiarów temperatury

Dokładność pomiarów: nie można narzekać. Przy dokonaniu dwóch pomiarów, jeden po drugim, zdarza się, że różnica wynosi ok. 0,2 stopnia. Więc można by się czepiać, że nie jest w pełni wiarygodny. Ale czy wiarygodny jest termometr szklany, w przypadku którego wartość pomiaru często zależy od tego, w którym miejscu tego pomiaru się dokona (pacha, usta) i czy dobrze się go ułoży? Ja jestem jak najbardziej zadowolona. Zwłaszcza że informacją, która mnie interesuje najbardziej, jest to, czy: dziecko ma normalną temperaturę, stan podgorączkowy czy gorączkę.

Kapturki: w teorii po każdym pomiarze trzeba zakładać nowy. Ciekawa jestem, czy ktoś faktycznie przestrzega tego zalecenia. Wydaje mi się to zbędne, nie mówiąc o tym, że - w przypadku choroby - trzeba by mieć tych kapturków całą stertę w zapasie. Jak robiłam ja? Ostatnio chorowałyśmy z Lenką obie. Nie miałam osobnego kapturka dla Lenki, a osobnego dla siebie. Po prostu mierzyłam i jej, i sobie tym samym, a na nowy zmieniałam po dwóch dniach. Oczywiście, inną sytuacją jest ta, gdy dziecko ma zapalenie ucha. Wtedy faktycznie może przydać się sterta kapturków.

Co do słuszności swojego wyboru utwierdziłam się, gdy zobaczyłam, że takiego samego termometru używa nasz pediatra i personel szpitala Ujastek.

Polecam.

Cena: ok. 150 zł (mi udało się kupić za 110 zł)

33 komentarze:

Lenka: 8. miesiąc

09:01 Gosia Komentarzy: 18

Rozwój motoryczny
Ósmy miesiąc minął nam bardzo, bardzo intensywnie pod względem rozwoju motorycznego. 20 listopada Lenka sama stanęła po raz pierwszy. I jak stanęła - tak stoi. Serio. Nie wiem, skąd ona bierze tyle siły, ale potrafi tak przestać calutki dzień. Na leżąco nie bawi się w ogóle, na siedząco ani tyle (siedzieć bez podparcia zresztą dalej nie potrafi). Ciągle stoi. I w tym staniu osiąga kolejne poziomy zaawansowania. Nie musi już trzymać się obiema rączkami. Wystarczy, że jedną łapką chwyta się łóżka lub innej stabilnej podpory, a drugą robi, na co ma ochotę. Nauczyła się zginać nóżki w kolanach i podnosić przedmioty z podłogi (które sama z uwielbieniem zrzuca). Nie leci już bezwładnie na głowę, a zwykle upada na pupę (Alleluja!). A co najważniejsze - potrafi już przejść z jednego końca łóżka do drugiego, stawiając kroczek za kroczkiem. Podejmuje nawet śmiałe próby przechodzenia między jedną podporą a drugą (np. łóżkiem a szafą) bez trzymanki. Wychyla się, wychyla, próbuje postawić nóżkę i, i, i.... upada. Tak na oko jeszcze miesiąc, dwa i będę za nią biegać.


Rozwój intelektualno-emocjonalny
Pod względem intelektualnym też nie próżnuje. Reaguje na imię (Lenka, bo Lena i Lenusia już nie). Dostrzega związki przyczynowo-skutkowe. Gdy siedzi w krzesełku do karmienia, zrzuca na podłogę, co tylko znajdzie się w jej zasięgu. I tak sobie patrzy, jak leci i leży. Wie, że trzeba coś nacisnąć, żeby zagrało albo pociągnąć, żeby wyciągnąć. Rozumienie związków przyczynowo-skutkowych ma też swoją negatywną stronę, o czym w akapicie dotyczącym choroby.

Uwielbia dziadkowo-babcinego labradora. Jak tylko zobaczy Fionę, śmieje się od ucha do ucha i w charakterystyczny sposób popiskuje. Pies ma anielską cierpliwość, choć czasem ma już dość (trudno mu się dziwić) i chowa się w najciemniejszym kącie, próbując uciec od tego małego głośnego człowieczka.

Gaworzy. Mówi "mama" i "baba". Ale nie wiem, czy mogę się już podniecać, że mówi "mama", czy powinnam jeszcze poczekać, aż będzie to bardziej świadome? (Magda, prośba o komentarz). Jak jej coś smakuje, powtarza "am!".

Dieta i sen
W kwestii diety zmian właściwie nie ma. Je to, co wcześniej. Czyli na śniadanie kaszka manna, na obiadek jakaś kombinacja warzyw i mięsa (lub ryby), na deser jabłko bądź gruszka, na podwieczorek kleik ryżowy lub kasza jaglana. Zwykle raz w tygodniu dostaje żółtko, ale raczej za nim nie przepada. Między posiłkami przegryza chrupki kukurydziane, chleb, wafelki ryżowe. Apetyt dopisuje. Nie mogę narzekać.

W kwestii snu wolałabym się nie wypowiadać. Można się domyślić, jak wygląda spanie podczas przygód ząbkowo-chorobowych. W ciągu dnia rewelacji też nie ma. Lenka należy do dzieci, które nie lubią tracić czasu na spanie. Stanie i chodzenie jest zdecydowanie ciekawsze. Zwykle więc zdarzają się dwie drzemki po ok. 30 minut. I na tym koniec. Ostatnio znowu śpi ze mną. W nocy, gdy dokucza katar i kaszel, wdrapuje się na mnie, opiera głowę na moim brzuchu (albo wtula głowę w szyję) i tak zasypia na półsiedząco. Strasznie mnie to rozczula.

Choroba dziecka testem cierpliwości matki
Dopadło nas choróbsko. Skończyło się niestety na antybiotyku. Poranne i wieczorne zabiegi higieniczno-farmaceutyczne stały się naszymi "ulubionymi" porami dnia. Podczas oczyszczania noska dzieją się dantejskie sceny. Lenka w mig pojęła, że gdy zbliżam się z aspiratorem, to nadchodzi TEN moment. Zamyka oczy, macha głową i rękami na wszystkie strony. Nie ma szans, żeby poradzić sobie w pojedynkę. Zwykle ktoś ją trzyma, a ja popełniam zbrodnię. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat Lenka pewnie wyląduje na kozetce, poddając się psychoanalizie, aby zrozumieć, skąd u niej ta niechęć do gumowych węży. Taki sam problem jest z podawaniem leków. Staram się ją przechytrzyć: np. podczas karmienia nabieram na łyżeczkę kaszkę i dodaję lek. Jak tylko zobaczy, że coś manipuluję przy jedzeniu, nie weźmie łyżeczki do buzi. Nawet nie spróbuje, co się na niej znajduje, bo już wie, że chcę ją zrobić w konia.

18 komentarze:

Śliniak - jaki kupić?

19:46 Gosia Komentarzy: 11

Śliniak. Ważna rzecz. Wyłapuje to i owo wylatujące/wypływające/wypluwane z buzi naszej pociechy. Dopóki nie zaczęłam rozszerzać Lence diety, wydawało mi się, że wystarczy kupić pierwszy lepszy i sprawa z głowy. Myliłam się.

Po przetestowaniu niezliczonych rodzajów śliniaków mogłabym się ogłosić śliniakową wyrocznią. W swych rękach (a Lenka pod brodą) miała już chyba każdy. Oto krótki poradnik, jak kupić dobry śliniak i nie zwariować.

Po pierwsze, żadne bawełny, frotte czy inne przemakalne powierzchnie. No, chyba że mamy mnóstwo czasu, chęci i za niskie rachunki za wodę. W takim wypadku sprawdzą się doskonale, bo trzeba je będzie prać po każdym użyciu. Nadawać się mogą tylko do jednego: tego, co sugeruje nazwa, czyli wyłapywania śliny, jeśli jej produkcja przy ząbkowaniu jest zdecydowanie zbyt intensywna. Tylko i wyłącznie ceratka. Ewentualnie silikon, ale...

Skusiłam się na śliniaki silikonowe BabyOno. Pomysł super, bo wystarczy spłukać pod strumieniem wody i po problemie. Okazało się jednak, że są one za małe (jedzenie więc ląduje dookoła śliniaka) i... zbyt absorbujące. Przez cały czas Lenka próbuje zobaczyć, co to jest na nim narysowane i usiłuje zdjąć go sobie z szyi. Sprawdza się natomiast doskonale jako zabawka, którą można do woli ciamkać.

Czyli na razie wygrywa ceratka. Druga ważna, wspomniana już, kwestia to rozmiar śliniaka. Przyznam, że napaliłam się na śliniaki w formie fartuszków z długimi rękawami. Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że Lenka wybitnie nie lubi być ubierana. Zakładanie takiego fartuszka kończy się awanturą. A jak wiadomo: jak dziecko zasiada złe do posiłku, to potem jest już tylko gorzej. Skończyło się na jednym podejściu.

A więc: ceratka, rozmiar nie za duży, nie za mały. Kolejna sprawa: rodzaj zapięcia. Niech was Bóg broni przed śliniakami wiązanymi. Rzep, rzep i jeszcze raz rzep. Dlaczego? Patrz wyżej: dziecko nielubiące się ubierać.

Dochodzimy więc do konkluzji: ceratka, nie za duży, nie za mały, zapięcie na rzep. Nie zaszkodzi, jeśli obecna będzie też kieszonka na spadające resztki. I - uwaga, fanfary - mamy zwycięzcę:

Śliniak BoboBaby




11 komentarze:

Żyję i mam się (w miarę) dobrze

20:14 Gosia Komentarzy: 14

Żyję.

Możecie już spać spokojnie i przestać obgryzać paznokcie, zastanawiając się, czy matka do końca dogorała (dogorywnęła?) czy jeszcze się tli.

Dwa ostatnie tygodnie były ciężkie, bardzo ciężkie. Momentami myślałam, że ostatnio tak ciężko mi było w pierwszych miesiącach po porodzie. O powodach takiego stanu rzeczy pisałam: ząbkowanie, lęk separacyjny, nauka stawania, Lenkowa niechęć do drzemek, nadmiar obowiązków. A w tym tygodniu doszedł jeszcze wirus, który równocześnie dopadł nas obie. Po raz pierwszy Lenka napędziła mi stracha, gorączkując powyżej 39 stopni. A dodatkowo, jak na złość, przez godzinę nie mogłam się dodzwonić ani do pediatry, ani do przychodni.

Ząbki idą dalej, podobno dwie dolne jedynki (tako rzecze pediatra). Popołudniowy lęk separacyjny nieco osłabł. Nauka stawania to już stara bajka. Lenka staje twardo na nóżkach w sekundę. Teraz za to ćwiczy zginanie kolan w celu podniesienia tego, co upadło (czy raczej tego, co sama rzuciła na ziemię) i... stawianie kroczków. Aż się boję, co to będzie, gdy ta nauka chodzenia ruszy na poważnie (co pewnie nastąpi dość szybko). Niechęć do drzemek pozostała. Obowiązki zawodowe w miarę udało mi się ogarnąć.

A. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że wybyłam do rodziców, w sensie Lenkowych dziadków. Babcia więc w ciągu dnia pacyfikuje Lenkę, a ja w tym czasie mogę robić to, czego do tej pory nie mogłam. Czyli generalnie wszystko. Włącznie z chorowaniem.

Tak czy siak. Jestem z siebie dumna. Ogólnie jestem dumna ze wszystkich matek, nawet tych, których nie znam i nigdy nie poznam. Bo my zajebiste jesteśmy. Ogarniamy wszystko tak, jak nikt inny by nie ogarnął.

A w nagrodę za przeżycie dwóch ostatnich tygodni zamówiłam sobie kubek.



14 komentarze:

Dogorywam

15:49 Gosia Komentarzy: 23


Padam na twarz ze zmęczenia. Stąd też nieco dłuższa niż zazwyczaj cisza na blogu. Powodów jest kilka.

Po pierwsze, Lenka nie chce spać. Z łezką w oku wspominam czasy, gdy potrafiła urządzić sobie w ciągu dnia trzy drzemki trwające nawet godzinę każda. Teraz na samą myśl o próbie usypiania jej dostaję dreszczy. Nie chce spać. Zdarza się, że do południa zdrzemnie się na 30-40 minut. A potem to już hulaj dusza do wieczora. Oczy czerwone jak u królika, powieki same się zamykają, buzia ziewa. Ale nie zaśnie. Nie i już. Usypianie przypomina więc zabawę w: kto szybciej straci cierpliwość. Ona się drze. Ja włączam suszarkę. Ona wstaje. Ja ją kładę. Znowu wstaje. Znowu kładę. I tak w kółko, dopóki albo ja nie zrezygnuję i nie wyciągnę jej z wózka, albo dopóki ona nie padnie ze zmęczenia. Zwykle wygrywa ona.

Po drugie, Lenka wciąż ćwiczy stawanie. Tak ucieszyłam się, że JUŻ samodzielnie staje. Gdybym tylko wiedziała, że oznacza to ciągłe wgapianie się w nią, czy jeszcze stoi, czy już leży. Od kilku dni i tak jest lepiej, bo nauczyła się lecieć na pupę. Wcześniej leciała na łeb, na szyję, dosłownie. Wyłożyłam okolice łóżka kocem, ale i tak zdarzało się, że trafiała głową o podłogę. Czyli musiałam być w ciągłej gotowości.

Po trzecie, Lenka ma lęk separacyjny. Po południu z pracy wraca Pe, chętny, by nieco mnie odciążyć i zająć się córką. Problem w tym, że gdy tylko znikam za drzwiami pokoju, rozlega się jeden wielki ryk. Ryk, który ustaje tylko w moich ramionach. No, to by było na tyle, jeśli chodzi o wolne popołudnia.

Po czwarte, Lence wychodzą ząbki. Oznacza to kilkakrotne budzenie się w nocy z histerycznym płaczem.

Po piąte, żeby się ostatecznie - za przeproszeniem - dorżnąć, wzięłam zlecenie, które obecnie wymaga kilkugodzinnej pracy przy komputerze (dziennie). Często więc, gdy akurat jakimś cudem Lenka zaśnie, muszę podejmować decyzję: pisać czy gotować? Zwykle wygrywa pisanie, więc obiadu na stole brak, a ja faszeruję się kanapkami z nutellą (efekty widać w postaci 2 kg na plusie...). A do dalszej pracy zasiadam wieczorem, gdy Lenka już zaśnie (chwała, że chociaż z wieczornym zasypianiem nie ma problemu, tfu tfu).

Zabijcie mnie.

23 komentarze:

Stoi!

16:29 Gosia Komentarzy: 18

Wczoraj, pod wieczór, nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Lenka całkiem sama stanęła przy łóżku! "Podeszła" do niego, chwyciła się rączkami za jego brzeg, najpierw na kolanka, a potem hops na lekko chwiejące się nóżki. Hurra! Data zapisana w kalendarzu.


Dumna mama

18 komentarze:

Lenka: 7. miesiąc

10:32 Gosia Komentarzy: 8

Tak, teraz czuję, że jestem matką
Po kilku miesiącach względnego spokoju i stabilizacji znowu zaczynam czuć, że mam dziecko. Jeszcze 2-3 tygodnie temu mogłam wsadzić Lenkę do bujaczka i na luzie ugotować obiad czy powiesić pranie. Generalnie - coś, cokolwiek zrobić. Teraz nie mogę zrobić NIC. Po 5 minutach siedzenia w bujaczku Lenka próbuje się uwolnić. Wygląda to tak, że pupa - uwięziona pasami - zostaje na miejscu, a cała reszta Lenki zwisa w dół, opierając się głową o podłogę. Niemowlęca joga w pełnym wydaniu. Czyli bujaczek odpada. Łóżeczko, niestety, też. Po krótkiej, bardzo krótkiej, samodzielnej zabawie zaczyna się rozpaczliwe wołanie z prośbą o wyzwolenie zza krat. Zostaje podłoga. Ale Lenka stała się na tyle mobilna, że boję się zostawiać ją samą bez nadzoru. Jak żyć? Ratuje mnie tylko krzesełko do karmienia. Z niego na szczęście - jeszcze - nie potrafi uciekać, bo ograniczają ją i pasy, i stolik.


Siadam, pełzam, czworakuję
Lenka siada. Na swój sposób. Tzn. siedzi na jednym półdupku, podpierając się ręką. Raz udało jej się usiąść bez podparcia. Leżałyśmy sobie w łóżku, a tu - ni stąd, ni zowąd - hops i Lenka siedzi jak Bóg przykazał. Na razie nie powtórzyło się to po raz drugi. Czworakuje. Wprawdzie jeszcze nie w tempie błyskawicy, ale potrafi przemieścić się w ten sposób (kolanko-ręka-kolanko-ręka) z punktu A do punktu B. Coraz bardziej kusi ją stawanie. Bawiąc się na podłodze, podpiera się na dłoniach i próbuje prostować nóżki (patrz zdjęcie, mam nadzieję, że coś widać, mimo tej obszernej kiecy).


A imię jego: lęk separacyjny
Leci 8. miesiąc. Odnoszę wrażenie, że wkrada się słynny lęk separacyjny. Czym się objawia? Gdy Lenka jest na rękach u kogoś innego niż ja, zaczyna marudzić i wyciąga do mnie rączki (choć samo wyciąganie rączek, które pojawiło się jakiś tydzień temu, jest bardzo rozczulające). Jeśli jej nie wezmę, płacz. A gdy mam czelność wyjść wtedy z pokoju - płacz w wersji histerycznej połączony z wgapianiem się w drzwi. Generalnie - jeśli ma potrzebę znalezienia się na moich rękach tu i teraz, nie ma uproś, nic nie pomaga. Kiedy bawi się na podłodze i włączy się tryb "chcę natychmiast do mamy", "idzie" do mnie z płaczem i próbuje wdrapać się na górę po moich nogach. Co ciekawe, zauważyłam, że do południa potrafi ładnie bawić się z tatą czy dziadkami. Ataku pt. "matko, tyś jedyna" dostaje popołudniami, najczęściej ok. 17. Wieczorne usypianie też musi być ze mną. Jeśli do łóżka położy tata, wrzask. Lęk separacyjny w połączeniu ze zwiększoną mobilnością skutkuje tym, że ostatnio ciężko mi robić cokolwiek poza zajmowaniem się Lenką (posta tego piszę, korzystając z okazji, że śpi).

Lenkowe smakołyki
Z jedzeniem bywa różnie. Raz ma taki dzień, że pochłania wszystko, co jej dam, a innym razem nie chce jeść prawie w ogóle i domaga się mleka. Ale nie mogę narzekać. Lenka ma już kilka swoich ulubionych smakołyków. Kalafior. Ubóstwia kalafiora. Korzystam z tego upodobania i często go gotuję. Nie robię jednak papki, tylko lekko rozdrabniam i podaję łyżeczką albo daję w kawałku do łapki. Czasem posypuję go koperkiem i dodaję odrobinę oleju rzepakowego. Drugim ulubionym smakołykiem są najzwyklejsze chrupki kukurydziane. Zawsze i wszędzie. Bardzo lubi też kaszę mannę. Gotuję ją na wodzie i mieszam np. ze startym jabłkiem czy gruszką. Je, aż jej się uszka trzęsą. A propos - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, polubiła jabłuszko. Szczególnie takie skrobane łyżeczką, gdy ja akurat jem. 

zZz zZz
Lenka wróciła do swojego łóżeczka. Zrobiliśmy przemeblowanie i teraz łóżeczko dostawione jest do łóżka, mam więc Lenkę w zasięgu ręki. Ze spaniem różnie bywa. Ostatnio przez kilka nocy z rzędu spała bardzo niespokojnie. Co chwilę się przebudzała z płaczem. Po 3-4 takich nocach znowu zrobiło się spokojniej (w sensie jedna pobudka na karmienie i kilka pomniejszych przebudzeń porannych), więc podejrzewam zęby. Liczba drzemek w ciągu dnia zmalała. Zwykle śpi dwa razy: ok. 9 i ok. 12. Czasem zdarza się jeszcze ok. 15. Potem jest szaleństwo do samego wieczora.

Plusk!
Lenka polubiła pluskanie się. Do tej pory całą wieczorną kąpiel spędzała w pozycji półleżącej, cierpliwie czekając, aż skończę. Teraz odwraca się na brzuszek i uderza łapkami, chlapiąc wodą na wszystkie strony. Zabawa ta tak jej się spodobała, że nieraz protestuje płaczem, gdy wyciągam ją z wody. Zaczynam rozważać przeprowadzkę do zwykłej wanny.

8 komentarze:

Świadoma Mama w Zielonej Górze

11:23 Gosia Komentarzy: 3

20 listopada (czwartek) w Zielonej Górze odbędzie się kolejne spotkanie w ramach warsztatów Świadoma Mama.

Warsztaty składają się z 4 paneli:
- godz. 11-14 spotkanie dla mam niemowląt i dzieci do 3. roku życia
- godz. 14-15 warsztaty praktyczne dla obecnych rodziców
- godz. 16-17 warsztaty praktyczne dla przyszłych rodziców
- godz. 17-20 spotkanie dla kobiet w ciąży


Eksperci z zakresu dietetyki, kosmetologii, psychologii, fizjoterapii odpowiedzą na nurtujące pytania i udzielą wielu porad i wskazówek. Nowością warsztatów jest część praktyczna (godz. 14.00-15.00 i 16.00-17.00), dot. m.in. pierwszej pomocy przedmedycznej, masażu Shantala, chustonoszenia, laktacji. Na część praktyczną nie trzeba się rejestrować!

Ponadto w programie warsztatów: konkursy z nagrodami, ministudio fotograficzne (darmowe zdjęcie) oraz gwarantowane upominki dla każdej uczestniczki spotkania.

Warsztaty odbędą się w Hotelu Ruben, Al. Konstytucji 3 Maja 1 A.

Rejestracja: rejestracja@swiadomamama.pl lub pod nr tel. 601 644 669 & 601 249 333. Więcej informacji na: www.SwiadomaMama.pl, www.facebook.com/swiadomamama oraz www.youtube.com/channel/UCA_6TLXTisTUbkr6DXETRPw.

3 komentarze:

Jak wytrzymać z ciężarną? Poradnik dla panów

20:34 Gosia Komentarzy: 6


Kobieta ma zawsze rację. A ta w ciąży zwłaszcza. Niech cię Bóg broni przed wypowiadaniem takich słów jak: "A ja uważam, że...", "A może jednak zrobimy tak...". Za "chyba się mylisz" możesz być pewny, że będziesz się smażył w ogniu piekielnym. Zrób sobie listę dozwolonych stwierdzeń: "Tak, kochanie", "Oczywiście", "Zrobimy, jak uważasz". Noś ją zawsze przy sobie, na wypadek gdyby przyszło ci do głowy użycie któryś ze słów zakazanych.

Nie pytaj "po co?". Bo i tak nie otrzymasz odpowiedzi, która by cię usatysfakcjonowała. Po co układasz ubranka według kolorów? Po co po raz setny przepakowujesz torbę do szpitala? Po co nam pięć rodzajów kremu do pupy? "Bo tak" - to powinno ci wystarczyć. Nie wdawaj się w dyskusję. Pamiętaj, że - jak wyżej - kobieta ma zawsze rację. Szczególnie wtedy, gdy dopadł ją syndrom wicia gniazda.

Zaspokajaj potrzeby. Żywieniowe. Nawet się nie waż wracać ze sklepu bez drobnego smakołyku dla ukochanej. Może to być jej ulubiony wafelek, jogurt czy - jak w moim przypadku - pęto kiełbachy, paczka chipsów i wór mandarynek.

Wybaczaj. Więcej niż zwykle. To, że zamiast soli do ziemniaków wsypała cukier, a do herbaty - sól. To, że podała niedogotowany makaron. To, że o wszystkim zapomina (ale oczywiście nie to, o czym chciałbyś, żeby zapomniała). Bo to, mój drogi, jest naukowo wytłumaczalne i nazywa się - pregnezja.

Zwiększ limit na karcie kredytowej. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Jeśli masz jakieś wątpliwości, przeczytaj ten wpis jeszcze raz i zapamiętaj, że: kobieta ma zawsze rację, nie pytaj "po co?", zaspokajaj potrzeby i wybaczaj, że tyle cię to kosztuje.

6 komentarze:

Siateczka do owoców (i nie tylko) Canpol babies

20:58 Gosia Komentarzy: 9

Taka skarpeta. Tak wygląd siatki podsumował Pe, gdy zobaczył, jak Lenka wpycha ją sobie do buzi. Może i skarpeta, ale z używania jej ma całkiem sporo frajdy.


Siateczka do podawania owoców to typowy gadżet, który można mieć, ale równie spokojnie można sobie żyć i bez niego. Zobaczyłam ją w sklepie i pomyślałam: "a w sumie... czemu nie?". I kupiłam.

Do siateczki ładuję owoce (ponoć niektóre mamy używają jej do podawania zupki, co - jak dla mnie - jest trochę pozbawione sensu, no ale, co kto woli). Przykładowo: kroję w kostkę jabłko, gruszkę bądź winogrono (w różnej kombinacji), wkładam do siatki i gotowe.

Lenka wkłada do buzi i ciamka, aż miło. Oczywiście, nie należy traktować tego jako posiłku. Dla nas jest to miła, zwykle poobiednia, zabawa. A i przy okazji Lenka siorbnie trochę soku. Rzecz jasna, sporo tego soku ląduje dookoła, ale cóż - mój perfekcjonizm już dawno uleciał z dymem, gdy rozpoczęłyśmy rozszerzanie diety.

Nie niezbędne, ale fajne, ciekawe i - co najważniejsze - podoba się Lence.

Cena: ok. 25 zł.

9 komentarze:

Mata edukacyjna Tiny Love Kick & Play

09:24 Gosia Komentarzy: 7

Od początku wiedziałam, że matę na pewno kupimy. Czekałam tylko na odpowiedni moment. Odpowiedni - czyli jaki? Taki, gdy maluch zaczyna się na poważnie interesować otoczeniem. Matę zakupiliśmy więc w okolicach 3. miesiąca życia Lenki. I okazała się strzałem w dziesiątkę.


Lenka uwielbiała się na niej bawić. A potrafiła to robić całkiem sama nawet przez godzinę, co - nie ukrywam - bardzo mnie cieszyło, bo pozwalało w tym czasie nieco ogarnąć mieszkanie i siebie. Dlaczego napisałam "uwielbiała"? Bo teraz, gdy Lenka w tempie błyskawicy pełza i turla się (a i powoli zaczyna raczkować), mata poszła w odstawkę. Mata to już za mały wybieg, teraz na topie jest cała podłoga.

To teraz kilka słów konkretnie o macie od Tiny Love. Na powierzchni maty znajduje się kilka elementów przyciągających uwagę dziecka (ale raczej już takiego, które lubi leżeć na brzuszku): są i szeleszczące fragmenty, i piszczące. Na łukach natomiast zawieszone są różne zabawki: dzwoniące, brzęczące czy w formie gryzaków. Lence bardzo przypadły do gustu, często więc zabierałam je również na spacer. I tu kolejny plus: zabawki mocowane są do łuków za pomocą takich specjalnych kółek, dzięki którym można przypinać je również do wózka czy fotelika.

Mata wyposażona jest dodatkowo w bezpieczne lusterko. Tu mam mieszane uczucia. Lusterko nie wzbudzało u Lenki większego zainteresowania. Zajrzała w nie może raz, dwa razy (jeden z tych razów uwieczniony na zdjęciu powyżej). Lusterko więc zdjęłam i leżało nieużywane na szafie. Odniosłam wrażenie, że jego powierzchnia jest zbyt matowa i dlatego nie spotkało się z entuzjazmem. Drugim elementem jest grający moduł, który wydaje dźwięki, gdy maluch w niego uderzy stopą bądź dłonią. Niby fajnie, ale też zauważyłam kilka minusów. Po pierwsze, jak to zwykle bywa, dźwięki są zbyt głośne. W ruch więc poszła taśma izolacyjna, którą zakleiłam głośniczek. Po drugie, tylko dwie opcje do wyboru: coś w stylu zwierzęcych odgłosów i melodia Mozarta. Jak dla mnie (za taką cenę) to trochę za mało. I po trzecie, niby w moduł trzeba pacnąć, żeby zadziałał, a nieraz bywało tak, że wystarczyło stanąć w jego pobliżu i już grał.

Podsumowując, wg mnie mata jest świetną zabawką. Idealna propozycja dla niemowląt w wieku 3-6 miesięcy. Niby krótko, ale i tak uważam, że warto. Bez wahania mogę polecić każdemu rodzicowi (szczególnie takiemu, który chciałby mieć czasem chwilę dla siebie). Ale czy akurat poleciłabym matę Tiny Love? Mata kosztuje ok. 220 zł. Biorąc pod uwagę wymienione przeze mnie wady, za drugim razem zdecydowałabym się chyba jednak na coś tańszego.


Zobacz również:
Łuk z zabawkami Tiny Love Las przygód

7 komentarze:

Lenka: 6,5 miesiąca

09:45 Gosia Komentarzy: 16

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły nam pod znakiem doskonalenia umiejętności językowo-ustnych. Nie chodzi jednak o niemowlęcą gadaninę, lecz o różnego rodzaju fikuśne manewry, które można wykonywać językiem bądź wargami. Oprócz plucia i robienia "pff" (co doskonale widać na tymże filmie, który swoją drogą zrobił furorę w mojej rodzinie), Lenka nauczyła się również pokazywać język i - nie wiem, jak to dokładnie opisać - zasysać dolną wargę do buzi.

Udało się nawiązać porozumienie międzygatunkowe
Coraz śmielej poczyna sobie na podłodze. Turlanie z kąt w kąt to już standard od co najmniej kilku tygodni. Teraz na topie jest czworakowanie, tzn. jego próby. Wygląda to tak: obraca się na brzuszek, podpiera na dłoniach i kolanach i kołysze w przód i w tył, nie za bardzo wiedząc, co zrobić, żeby przesunąć do przodu choć jedno z kolan. Nieraz, podczas takich treningów, pochyla głowę w dół i spogląda z wyrzutem na nogi, które nie chcą jej słuchać. Podpiera się również na paluszkach, próbując się odepchnąć. Za siadaniem nie przepada. Nie wzbudza to jednak u mnie większego niepokoju. Pediatra stwierdził, że bardzo wcześnie zaczęła pełzać, więc pewnie od razu przejdzie do raczkowania, bo przecież siadanie będzie dla niej zbyt nudne. I chyba ma rację.


Lenka wyrasta na małego łakomczuszka. Na śniadanie zjada ok. 130 ml kaszki, na obiadek wcina ok. 200 g warzyw z mięskiem, poprawia kukurydzianymi chrupkami, a po godzinie jeszcze ugotowanym kalafiorem lub brokułem, który lekko rozdrabniam i podaję łyżeczką bądź sama je go łapkami. Najwięcej problemów jest z deserkiem. Nie przepada za owocami, jednym słowem. Zdecydowanie woli warzywa. Czasem uda się ją przekonać do banana bądź jabłka, najchętniej tego, które ja właśnie jem. Biorę więc łyżkę i skrobię tenże owoc. Na ostatniej wizycie pediatra polecił deserki jogurtowe z owocami, ale nie codziennie, lecz "w nagrodę". U nas to raczej jest "za karę", bo za nimi też nie przepada. Były dwie próby podania, ale nieudane, więc poszły w kąt.

Podczas jedzenia, po każdej łyżeczce, uśmiecha się i mówi "nooom noom nooom" albo "ammmm".

Ze snem różnie bywa. Raz budzi się o 2, innym razem dopiero o 4. Po karmieniu zamiast zasnąć, nabiera ją na zabawę i gaworzenie. Grucha więc sobie przez kolejną godzinę i potem dopiero ponownie zasypia, zwykle nie dłużej niż do 6.30. W ciągu dnia obowiązkowym punktem programu jest poranna drzemka, niemal punktualnie o 8.40. Kolejna drzemka wypada zwykle koło południa, a następna późnym popołudniem.

16 komentarze:

Rozczulający konkurs: wyniki

11:48 Gosia Komentarzy: 1

Muszę pogratulować Wam wszystkim. Każda historia mnie zachwyciła. Między innymi dlatego, że wszystkie wypowiedzi pokazują, jak bardzo kochacie swoje maluchy i - choć zdarzają się gorsze chwile - jak wiele radości i wzruszeń Wam dostarczają. Niełatwo było mi wybrać dwie najciekawsze. Po długich rozmyślaniach i konsultacji z Lenką postanowiłam, że książki otrzymają:

1. miejsce - Beata Różańska

"Mnie najbardziej rozczula potrzeba bliskości mojego maluszka. Michaś, dzień po porodzie, kiedy jego stan się pogorszył i miał podłączony respirator i całą masę innych rzeczy złapał mnie za palca i spojrzał na mnie jakby chciał powiedzieć: nie martw się mamo wszystko będzie dobrze. Dopiero tydzień po porodzie mogłam go na chwilę wziąć na ręce i jak pielęgniarka wyjęła go z inkubatora i położyła mi go na piersi to od razu się wtulił i uspokoił. Teraz kiedy synek jest już w domu po dwóch miesiącach pobytu w szpitalu nadal uwielbia się przytulać. Często układa się kręci a potem zasypia wtulony u mnie lub męża na ramieniu trzymając się cały czas za koszulkę. Najbardziej wzrusza mnie jak w nocy przebudzę się i widzę jak moi mężczyźni śpią.Michaś prawie zawsze śpi trzymając mnie lub męża za palec :) taka z niego mała Przytulanka :)"

Do Beaty wędruje książka "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy".


2. miejsce - Góralska Mama

"Było to może tydzień temu... Miałam kiepski czas : problemy na studiach, kłótnie z mężem i przeziębienie, które nieźle dawało mi w kość. Byłam zmęczona do granic możliwości. Usiadłam wtedy pod ścianą i po prostu z oczu zaczęły lecieć mi łzy... Całą sytuacje widziała moja córeczka... ( wiem, wiem - płakać przy dziecku nie powinnam, ale za dużo zwaliło mi się na głowę i nie wytrzymałam...) W pewnym momencie popatrzyła na mnie, po czym przyraczkowała do mnie, wdrapała się na moje kolana i uśmiechnęła się tak promiennie, że aż w serduszku zrobiło mi się gorąco... A po chwili wtuliła się we mnie... Było to niesamowite, rozczulające do granic możliwości. Dla takich chwil - warto być mamą :)"

Góralska Mama otrzymuje książkę "Mama ma zawsze rację".


Gratuluję!

Zwyciężczynie proszę o przesłanie adresu na: matkaporazpierwszy@gmail.com

G.

1 komentarze:

Rok bloga: subiektywna i sentymentalna lista wpisów

15:22 Gosia Komentarzy: 7


Kilka dni temu minął rok, odkąd na tymże blogu pojawił się pierwszy wpis. Chętnie wracam do przeszłości i czytam dawne posty. Uwielbiam wspominać ten czas, gdy Lenka była wielkości groszku, a zwłaszcza gdy udawała Antosia. Z okazji pierwszych urodzin chciałam przypomnieć kilka wpisów, które darzę szczególnym sentymentem. Tak, aby nie zginęły w czeluściach internetu. A być może nowe czytelniczki nabiorą ochoty, aby nieco bliżej poznać moje ciążowe losy.

"Oddajcie mi mój mózg". O ciekawym zjawisku, które zaobserwowałam u siebie już na początku ciąży, nazywanym pregnezją. Czyli jak przyszła matka staje się totalną pierdołą. Dolegliwość niestety nie ustępuje, a nasila się wraz z kolejnymi miesiącami ciąży, o czym pisałam w poście: "Ja i moja pregnezja".

"Top 5 pierwszego trymestru". Czyli co ciekawego wydarzyło się w pierwszych miesiącach ciąży. Głównie o mdłościach i wyczuleniu na zapachy. O radzeniu, a raczej nie-radzeniu, sobie z mdłościami pisałam również w tekście: "Miedniczka najlepszą przyjaciółką kobiety w ciąży".

"Półmetek ciąży". Grudzień, a więc połowa drogi. Wciąż jesteśmy przekonani, że w moim brzuchu gnieździ się Antoś. Miesiąc później okazało się, że zamiast siusiaka jest pierożek, czyli ujawniła się Lenka. O tym przeczytacie we wpisie: "Jak Antoś okazał się Lenką".

"Top 3 drugiego trymestru". Drugi trymestr - rewelacja. Mnóstwo energii, doskonałe samopoczucie. Szkoda, że cała ciąża nie składa się z "drugiego trymestru".

"Cześć, tu Lenka". Relacja na żywo z brzucha na nieco ponad miesiąc przed porodem. Im bliżej wielkiego dnia, tym bardziej nasilało się poczucie całkowitej abstrakcji. No bo jak to tak, rośnie mi w brzuchu człowiek? O tym w poście: "9. miesiąc, czyli totalna abstrakcja".

"37. tydzień". Jak się wkrótce okazało, tydzień przed porodem. Co ciekawe, w tym właśnie poście piszę o tym, że mąż wywróżył mi, że urodzę 15 kwietnia. Spryciarz z niego. Nie wiem, czemu nie namówiłam go jeszcze, żeby puścił totka.

"Jeszcze nie rodzę". 15 kwietnia. Godzina 18.21. Wróciłam od ginekolog, która stwierdziła, że jeszcze przez co najmniej tydzień nie urodzę. Dokładnie godzinę później odeszły mi wody. A o tym, co było potem, przeczytacie tu: "A było to tak...".

A może któryś z moich wpisów jest Waszym ulubionym?

7 komentarze:

Film: Lenka zaprzyjaźnia się z brokułem

14:55 Gosia Komentarzy: 5

Stało się. Do łapek Lenki trafiło warzywo w stanie naturalnym. Padło na brokuła. Pierwszy kontakt uważam za całkiem udany.

5 komentarze:

Film: Lenka pluje zupką

14:43 Gosia Komentarzy: 6

Film chyba nie wymaga komentarza. Niech nie zmyli was początek. Najciekawsze zaczyna się po minucie.


6 komentarze:

Wyprawkowe hity

20:51 Gosia Komentarzy: 7


Laktator Lovi Prolactis. Wychwaliłam go już tak, że bardziej się chyba nie da. Towarzyszył mi codziennie przez okres pięciu miesięcy. Sprawdził się doskonale. Nie potrafię wskazać ani jednej wady. Prosty w użyciu, niezawodny, odciąga szybko i bezboleśnie. Naprawdę świetny, godny polecenia sprzęt. Więcej przeczytacie tu.

Rożek. Zdecydowanie hit. Najpierw, gdy Lenka była malutka, używany w wersji z wkładką usztywniającą. Później - bez wkładki, jako rożek miękki. Lenka go uwielbiała. Nawet wtedy, gdy już z niego wyrosła i wszystkie jej kończyny radośnie się wietrzyły. O miłości do rożka przeczytacie tu i tu.

Okrycia kąpielowe. Od narodzin Lenki do osuszania po kąpieli nie używamy niczego innego. Niby nic, bo przecież to zwykły kwadratowy ręcznik z kapturem, ale to właśnie ten kaptur robi ogromną różnicę. Nie muszę się martwić, że głowa mokra, że zmarznie, że się przeziębi. Nakładam kaptur, wycieram ciałko, a potem główkę. Polecam.

Pieluszki tetrowe. W ciągłym obiegu od pierwszych dni życia Lenki. Kompletując wyprawkę, zakupiłam chyba z 20 sztuk. Myślałam, że trochę mnie poniosło i połowa z nich będzie leżeć nieużywana. Myliłam się. Używam ich non stop. A to do ochrony ramienia przed ulaniem podczas odbijania, a to do otarcia buźki z zupki, a to do wytarcia rączek po zajadaniu chrupek kukurydzianych. Jak dla mnie: niezbędne. I to w ilości hurtowej.

Aspirator NoseFrida. Cudo. Niezastąpiony podczas katarku. Więcej o aspiratorze przeczytacie tu.

Twardy przewijak. Taki mocowany na łóżeczku. Idealny zarówno do przewijania, jak i podczas kąpieli do rozbierania/osuszania/ubierania. Oczywiście tylko do czasu, kiedy dziecko zaczyna przekręcać się na boki.

Zawieszki do smoczków. Jeśli dziecko jest smoczkowe, zawieszki są wg mnie niezbędne. Dzięki nim uniknąć można długich poszukiwań zaginionego smoczka, co bywa szczególnie uciążliwe w nocy, gdy i ciemno, i matka zaspana.


Mr B. I kit, i hit. Jako termofor - kit, bo użyty raz. Jako zabawka - zdecydowanie hit. Lenka pokochała Mr B od pierwszego wejrzenia i przez długie tygodnie był jej ulubioną zabawką. Zresztą wciąż chętnie go ciamka. Więcej o Mr B przeczytacie tu.

7 komentarze:

Wyprawkowe kity

15:55 Gosia Komentarzy: 9


Jak chyba każda przyszła mama, wpadłam pod koniec ciąży w zakupowy szał. No dobra, zakupowy szał chciał mnie ogarnąć już od pierwszego miesiąca, ale dzielnie stawiałam opór i jakoś wytrwałam do drugiego trymestru. Jak to z szałem bywa, pozbawia resztek rozumu i zaćmiewa umysł, który w ciąży swoją drogą ostry jak brzytwa nie jest. Zdarza się więc, że ogarnięta syndromem wicia gniazda matka kupuje coś, co potem zalega w szafie albo kurzy się w kącie pokoju. Choć starałam się wyprawkę kompletować dość rozsądnie, to i mi zdarzyło się kilka takich niewypałów. Oto moja bardzo subiektywna lista wyprawkowych kitów.

Rogal do spania. Najpierw miał umilać mi sen. Zamiast tego jednak doprowadzał mnie do rozpaczy szeleszczeniem. Potem pocieszałam się, że przyda się podczas karmienia. Powiem krótko: nie przydał się. Ostatnia szansa: będę sadzać w nim Lenkę. Nie sadzam. Więcej o mojej nieudanej przygodzie z rogalem przeczytacie tu

Otulaczek Motherhood. Myśl, że wystarczy ciasno zawinąć dziecko od stóp do głów, żeby słodko spało, a ja razem z nim, jest bardzo kusząca. Srogo się rozczarowałam. Nie twierdzę, że idea otulania i ogólnie otulacze są do bani. Twierdzę natomiast, że całkowicie do bani jest otulaczek Motherhood. O nim przeczytacie tu

Baldachim. Łóżeczko, a w nim słodko śpiący bobas. Nad tymże bobasem nachyla się mama, patrząca na niego maślanym wzrokiem. A cukierkowości całej scenie dodaje wiszący nad łóżeczkiem baldachim. Kto by się nie skusił? Najpierw, będąc w poporodowym amoku, wieszanie baldachimu to była ostatnia rzecz, o jakiej myślałam. Potem wiecznie brakowało czasu. Teraz jego wieszanie nie ma sensu, bo lada chwila Lenka zacznie siadać i stać, a więc i podejmować próby zrzucenia go sobie na głowę. Pomijam oczywiście fakt, że Lenka nadal śpi ze mną, ale planuję to wkrótce zmienić.

Miękki przewijak. Dopóki Lenka nie obracała się na boki, w obiegu był twardy przewijak mocowany na łóżeczku. Teraz przewijam ją po prostu na łóżku. W przypadku "grubszej sprawy" umieszczam pod pupą jednorazowy podkład.

Gruszka. Jestem pełna podziwu dla niegdysiejszych matek, które nie dysponowały niczym innym do oczyszczania nosa dziecka. Jak dla mnie to ustrojstwo jest bezużyteczne. O gruszce pisałam tu.

Ubranka. Oczywiście nie wszystkie, ale konkretnie: ciuszki z zapięciem na plecach (pół biedy, gdy są to zatrzaski, ale jeśli guziki - trzymajcie mnie, bo zwariuję), śpiochy nierozpinane w kroku, bluzki i body z małym otworem na główkę (wrzask podczas prób założenia gwarantowany), ciepłe bluzy bez rozpięcia, zakładane przez głowę (zanim przełożę przez głowę, włożę jedną rączkę, drugą rączkę, dostaję białej gorączki, a Lenka drze się wniebogłosy; tego problemu nie ma z cienkimi bluzeczkami, bo zakłada się je trochę szybciej niż grube bluzy). 

Skarpetki. Bez skarpetek ciężko przetrwać, więc mamy ich całą stertę. Problem tkwi w tym, że połowa z nich nieustannie spada ze stopy. No normalnie doprowadza mnie to do szału. Nie wiem, czemu ich producenci nie biorą pod uwagę tego, że niemowlę to dość ruchliwe stworzenie, więc trzeba zadbać o to, żeby skarpetki nie spadały ze stopy przy pierwszym fiknięciu.

Już wkrótce lista rzeczy, które okazały się strzałem w dziesiątkę.

9 komentarze:

Rozczulający konkurs. Zapraszam!

12:48 Gosia Komentarzy: 11

Malutki nosek. Iskierki w oczkach. Coraz dłuższe blond włoski tworzące na czubku głowy irokeza. Dołeczki w łokciach (patrz zdjęcie niżej: czyż nie są przeurocze?). Fikanie nóżkami i zapowietrzanie się z radości. "Pfff" robione językiem. Chwytanie butelki rączkami i - uwaga - trafianie nią do buzi.



W Lence rozczula i zachwyca mnie mnóstwo rzeczy. Bo wszystko takie malutkie, drobniutkie, kruchutkie, szczere i "pierwszorazowe". 

Ciekawa jestem, co rozczula Was w Waszych dzieciach. Chętnie się dowiem, zapraszam więc do udziału w konkursie.

Do wygrania:
Nagrodzone zostaną dwie najciekawsze odpowiedzi. Zdobywczyni pierwszego miejsca otrzyma słynną książkę "Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy" Harveya Karpa. Za zajęcie drugiego miejsca zdobyć można zbiór zabawnych felietonów "Mama ma zawsze rację" Sylwii Chutnik.




Jak wygrać:
Wystarczy napisać, co zachwyca Was w Waszych dzieciach. Spośród nadesłanych odpowiedzi wybiorę dwie najciekawsze i - oczywiście - najbardziej rozczulające. Swoje propozycje możecie umieszczać w komentarzu pod tym postem bądź wysłać na adres: matkaporazpierwszy@gmail.com.

Czas trwania konkursu:
Konkurs trwa od dzisiaj do przyszłego czwartku (30 października) do godziny 12.00. Odpowiedzi nadesłane po tym terminie nie będą brane pod uwagę. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w piątek (31 października). Książki wysłane zostaną pocztą. 

Zachwyćcie mnie!

G.

11 komentarze:

Nocne szaleństwa panny Lenki

09:38 Gosia Komentarzy: 14

Za wcześnie się pochwaliłam. Że Lenka tak ładnie śpi w nocy. Że i ja się wyspać mogę.

Od kilku dni zamieszkał z nami chaos. Czai się przez cały dzień, dla niepoznaki grzecznie usypia razem z Lenką po kąpieli. Kiedy już uśpi naszą czujność, zwykle ok. północy, rozpoczyna swoje harce. Jednym słowem: nocą panuje u nas jedna wielka rozpierdziucha.

Lenka wierci się jak opętana. Przewraca z boku na bok. Półprzytomna kładzie na brzuszku, żeby z zaskoczeniem stwierdzić, że wcale tego nie chciała i nie wie, jak to się stało. Zdarza się, że budzi się z płaczem.

Nie muszę chyba wspominać, że budząc się miliard razy, również i mi funduje pobudki. Niby dzielimy wspólny marny los, ale z tą różnicą, że ona budzi się o 6.30 radosna jak skowronek i potem odsypia sobie w ciągu dnia, a ja budzę się z myślą, że kolejny dzień snucia się niczym zombie przede mną.

Kto podmienił mi dziecko? Przyznać się!


14 komentarze:

Lenka: 6. miesiąc

15:19 Gosia Komentarzy: 19

Było o mnie, teraz kilka słów o Lence.

Rozwój motoryczny
Lenka stała się bardzo ruchliwa. Przewijanie jej i przebieranie to próba dla mojej cierpliwości. Nie lubi leżeć na plecach. Od razu zaczyna się rozglądać na boki w poszukiwaniu czegoś do zabawy i gdy to zobaczy - nie ma zlituj. Wygina się na wszystkie strony, byle dosięgnąć. Najwięcej czasu spędza, bawiąc się na brzuszku bądź turlając się z jednego kąta w drugi. Zmiana pozycji brzuch-bok-plecy (i w odwrotnej kolejności) nie sprawia jej żadnego problemu. Zaczęła pełzać. Zapiera się nóżkami, unosi pupę i - opierając się na przedramionach - przesuwa się do przodu. Przekłada zabawkę z jednej rączki do drugiej. Chwyta się za stopy i próbuje wkładać je do buzi.


Rozwój emocjonalno-intelektualny
Lenka jest pogodnym i spokojnym dzieckiem. Potrafi się długo sama bawić na macie czy w bujaczku i dopiero gdy jest bardzo znudzona, zaczyna marudzić. Bardzo często się śmieje, a gdy ogarnia ją ogromna radość - w charakterystyczny sposób "zapowietrza się" (nie wiem, jak to dokładnie opisać). Uwielbia śmiać się do lustra. Spotykając całkiem obcą osobę albo kogoś z rodziny, ale dawno niewidzianego, zdaje się być onieśmielona i lekko przestraszona. Ale wystarczy, że zapozna się z terenem, siedząc bezpiecznie w moich ramionach, i po chwili nabiera odwagi. Mówi dość dużo. Najchętniej "grrucha" (co widać na załączonym filmie), czasem pojawiają się pojedyncze sylaby.


Dieta
Nie ma najmniejszych problemów z jedzeniem (odpukać). Odnoszę wręcz wrażenie, że Lenka uwielbia jeść. Na śniadanie zjada ok. 150 ml kaszki, na obiadek - cały słoiczek warzyw z mięsem (pałaszuje chętnie niemal wszystko: cielęcinkę, jagnięcinkę, kurczaka, wołowinę, wieprzowinę), a na deserek - cały (czasem pół) owocowy słoiczek (np. śliwkę, gruszkę, banana, morelę). W ciągu doby wypija zwykle cztery porcje mleka modyfikowanego, w ilości ok. 100 ml. Dodatkowo, do kaszki i obiadku, pije wodę lub herbatkę (łącznie w ciągu dnia ok. 100 ml). Z butelki toleruje wyłącznie mleko, więc nawet wodę i herbatkę muszę podawać łyżeczką. Dwa razy w tygodniu do obiadku dodaję rozdrobione żółtko jajka. Jeszcze nie zdarzyło się (znowu odpukać), żeby przy wprowadzaniu czegoś nowego Lenka zwymiotowała, dostała wysypki czy żeby bolał ją brzuszek. Je chętnie, sama otwierając buzię na widok zbliżającej się łyżeczki. Oby tak dalej.

Sen
W dalszym ciągu śpi ze mną. Zdarzają się noce, gdy wierci się niemal nieustannie, jak i noce, które przesypia całe w takiej pozycji, w jakiej zasnęła. Nie ma reguły. W ciągu dnia ma cztery drzemki: ok. godz. 9, 12, 15 i 18, a więc niemal równo co trzy godziny. Drzemki trwają ok. 40 minut, najdłuższa jest drzemka wieczorna. Zdarza się, że zasypia ok. 18 i budzi się o 20. Wtedy ją kąpiemy, karmimy i kładziemy do snu. Zasypia ok. 20.30. Poranna pobudka następuje ok. 6.30-7. W nocy budzi się na karmienie już tylko raz (hurraa!), zwykle ok. 4.

Zdrowie
W tej kwestii też nie mogę narzekać (tfu, tfu). Do tej pory Lenka katarek miała dwa razy, choć ciężko to nawet nazwać katarkiem. Wyglądało to tak, że kichnęła kilka razy w ciągu dnia, dwa razy dziennie (bo częściej nie było potrzeby) oczyszczałam jej nosek, gorączki brak. W przyszłym tygodniu czeka nas trzecia dawka szczepionki 6w1.

Statystyka:
Wzrost: ok. 70 cm
Waga: ok. 7500 g
Rozmiar ubranek: 68/74
Ząbków brak

19 komentarze:

Pierwsze pół roku macierzyństwa

10:13 Gosia Komentarzy: 7

Lenka leży na macie. Unosi pupę do góry, zapiera się nóżkami i niczym żołnierz na poligonie przesuwa się do przodu, centymetr po centymetrze. Dostrzega zabawkę. Chwyta rączką i wkłada do buzi, nieustannie przy tym komentując swoje poczynania. Zabawka się znudziła. Rzuca na bok. Obraca główkę w jedną i drugą stronę. Jest. Coś ciekawszego. Przekręca się na bok, na plecy, a potem znowu ląduje na brzuszku. Sięga po nowy obiekt zainteresowania i ciamka przez chwilę, wymachując przy tym radośnie nóżkami. Wołam ją. Bezbłędnie przekręca buźkę w moją stronę, a jej twarzyczkę rozświetla najbardziej promienny uśmiech, jaki tylko sobie można wyobrazić. Przewraca się znowu na plecki i teraz skupia całą swoją uwagę na dyndającej nad nią żyrafie.

Minęło zaledwie - a może aż? - sześć miesięcy od pierwszego zakwilenia, pierwszego kontaktu z jej skórą, pierwszego przytulenia i ukołysania. Sześć miesięcy natłoku różnych myśli i emocjonalnej zawieruchy. Sześć miesięcy układania swojego życia na nowo, ustalania nowego porządku rzeczy. Sześć miesięcy poznawania samej siebie, docierania w głąb swojej duszy, po to, żeby odkryć, co jest dla mnie ważne, a co znajduje się na szarym końcu. Czego oczekuję od innych i od samej siebie.

Mam wrażenie, że zmieniło się wszystko, a równocześnie - że nie zmieniło się nic. Jestem tą samą osobą. Mam takie same pasje i marzenia. Wiem, że najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale bardzo ważna jestem dla siebie też ja sama. Dzięki macierzyństwu dowiedziałam się, jaką matką jestem, jaką chcę być, a jaką z pewnością nigdy zostać nie zamierzam. Nie jestem typem matki, która z chwilą narodzin dziecka traci swoją tożsamość. Staje się białą plamą. Wydaje mi się, że taka postawa prędzej czy później rodzi frustrację, a zwykle pierwszą osobą, na której taka frustracja się odbija jest dziecko, to samo dziecko, dla którego matka poświęciła swoje życie. Nie jestem matką-bluszczem. Nie jestem też matką-satelitą. Nie wiszę nad Lenką, nieustannie ją monitorując. Uważam, że dziecko - jak każdy człowiek - potrzebuje odrobiny samotności, a nawet nudy. Nie mam poczucia winy, gdy układam Lenkę na macie i chwytam za książkę, tworzę wpis na bloga bądź piszę artykuł. Lenka wie, że jestem obok. Że czuwam. Obok, ale blisko. Że w razie potrzeby może na mnie liczyć.


Wciąż to samo mnie cieszy i smuci. Doszło jednak sporo rzeczy, które mnie zachwycają i rozczulają. Dołeczki w łokciach, iskierki w uśmiechniętych oczach, trójkącik nad pupką, błogi spokój malujący się na buzi podczas snu, szeroko otwarte usteczka, gdy leży na brzuszku i z niebywałym skupieniem rozgląda się po okolicy.

Czy mam więcej cierpliwości? Nie wiem. Zdarza się, że gdy Lenka marudzi z niewiadomego powodu, przeklinam w myślach. A potem przeklinam się za to, że przeklinałam w myślach. Łapię kilka głębokich oddechów i ją przytulam. Wiem, że nie ma w niej ani krzty złośliwości. Ale choć jestem matką, nie przestałam być człowiekiem, któremu daleko do ideału. Równocześnie z zaskoczeniem zauważam, ile we mnie optymizmu i zgody na to, co się wydarza. Nie chodzi o "tumiwisizm", ale o poczucie, że cokolwiek by się nie działo, na pewno wszystko będzie dobrze. Zauważyłam to u siebie już w ciąży. Nie nakręcam się, nie panikuję, nie wietrzę wszędzie spisków i podstępów. Jeśli coś się dzieje, zakładam najbardziej pozytywną wersję wydarzeń. Dobrze mi z tym.

Nie przestałam być kobietą. Uważam, że kluczem do szczęścia kobiety jest poczucie, że dobrze czuje się we własnej skórze. Kocham swoje ciało. Zresztą, zawsze je lubiłam. Teraz dodatkowo traktuję je z podziwem. Że doskonale się spisało. Lekki makijaż, świeże włosy, ubranie, w którym nie wstydzę się pokazać samej sobie w lustrze. Uczucie zadowolenia nie bierze się znikąd, trzeba je pielęgnować każdego dnia.

Coraz częściej wybiegam myślami w przyszłość. Widzę siebie, jak zaplatam Lence warkoczyki, jak prowadzę ją za rękę do przedszkola i uśmiecham się, gdy nieśmiało spogląda na kolegę z klasy. Widzę nas - mnie, Lenkę, męża - jak spacerujemy po parku, zbieramy kasztany, a pod moją kurtką odznacza się ciążowy brzuszek. Widzę, jak dziadek uczy Lenkę jazdy na rowerze i wiesza jej huśtawkę na trzepaku. Jak Lenka wycina z babcią ciasteczka, a potem częstuje mnie i podekscytowana czeka, czy mi posmakują. Jak 5. grudnia kładzie się do łóżeczka wyjątkowo wcześnie, bo przecież im wcześniej się położy, tym szybciej przyjdzie Mikołaj.

Tak, piękna przygoda przed nami.

7 komentarze:

Włos mi z głowy już nie spada

09:23 Gosia Komentarzy: 13


Większość kobiet w ciąży z zachwytem wpatruje się w swoją gęstą czuprynę. W ciąży bowiem hormony utrzymują na głowie te włosy, które już dawno powinny odejść do krainy wiecznej szczęśliwości. Wiedziałam, że pociążowe wypadanie włosów mnie nie ominie. Nie panikowałam jednak, bo znałam ów mechanizm i zdawałam sobie sprawę z tego, że co ma być - to będzie, nie mam na to wpływu.

Moje luzackie podejście jednak szlag trafił, gdy równiutko trzy miesiące po porodzie włosy zaczęły wyłazić garściami. Nawet największa optymistka by zbladła, gdyby po porannym myciu głowy zobaczyła walające się po podłodze kłęby włosów. I takież kłęby zatykające prysznic (przepraszam, jeśli akurat spożywacie śniadanie). No myślałam, że się rozpłaczę.

Zachowałam jednak zimną krew i ruszyłam do apteki. Pani farmaceutka, widząc moje smutne oczy i przerzedzoną fryzurę, poleciła mi lotion Seboradin Niger do włosów przetłuszczających się i skłonnych do wypadania. Dodając, że jej łysiejącej po ciąży koleżance bardzo pomógł.

Podbudowana wizją owej koleżanki przystąpiłam do kuracji. W skład lotionu wchodzą: wyciąg z czarnej rzodkwi, tymol, olejek kolendrowy, olejek sosnowy, olejek z drzewa herbacianego, ekstrakt z tataraku, ekstrakt z dziurawca i olej rycynowy. Zapach bardzo przyjemny, a sposób używania banalnie prosty: codziennie rano spryskiwałam włosy (czy raczej skórę głowy), lekko wmasowywałam i gotowe.
Efekty? Rewelacja! Choć oczywiście trzeba nastawić się na co najmniej kilka tygodni systematycznego stosowania. Wypadanie włosów wyraźnie zmniejszyło się po mniej więcej pięciu, sześciu tygodniach. Teraz, po trzech miesiącach używania, z radością witam króciutkie, młode włoski, których rządek ujawnił się tuż nad czołem.

Szczerze polecam.


PS Dodam, że nie łykałam żadnych suplementów, bo zwyczajnie mi się nie chciało.

13 komentarze:

Choroby psychiczne matki

15:07 Gosia Komentarzy: 26


Nerwica natręctw. Standard. Połowę spaceru zajmuje mi zastanawianie się, czy ubrałam Lenkę adekwatnie do pogody. Czy jej nie za ciepło, nie za zimno, czy jej tu albo tam nie uwiera. Wizualizuję sobie nawet, jak ja bym się czuła w ciuszkach, które jej założyłam. Porównuję z tym, co mam na sobie. Ok, może być. Umysł nie lubi jednak tkwić w stanie stand by. Zaczyna więc natrętnie nucić "Idziemy na jagódki", przeplatane "Dziadek farmę miał", aby repertuar zakończyć na "Była sobie żabka mała". Po "prześpiewaniu" wszystkich skocznych piosnek, które Lenka ostatnio uwielbia, przychodzi pora na zastanawianie się, czy na pewno wszystko wyłączyłam/zamknęłam/zgasiłam. Po przerobieniu stałych punktów programu okazuje się, że minęła godzina i jesteśmy z powrotem pod blokiem.

Amus gębus. Nie mogę nad tym zapanować, no po prostu nie mogę. Podczas karmienia Lenki zupką, za każdym razem, gdy łyżeczka zmierza w kierunku jej usteczek, sama otwieram swoją paszczę, wydając przeciągłe "aaaaaaaaam". Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ten odgłos gębowy - może przez naśladownictwo - zachęca Lenkę do otwierania jej własnej buzi, ułatwiając nam w ten sposób proces karmienia.

Zaglądactwo wózkowe. Dotyka nie tylko mnie, ale również inne matki, a także - a może przede wszystkim - babcie. Uczęszczany przeze mnie spacerniak jest dość popularną miejscówką wśród lokalnych matek, więc okazji do pielęgnowania swojej choroby jest dużo. Jedzie wózek, a to zaglądnę. Ciekawe, czy dziewczynka, czy chłopiec. Ale ładny kocyk. Ciekawe, gdzie kupiła. Fajny wózek, taki seledynowy. Ale ona jakaś taka zmęczona. Pewnie niewyspana. O, następny wózek. Też zajrzę. Ale tak, żeby nie widziała, of kors.

Kompulsywne kołysanie. Się, nie dziecka. Obecnie choroba w stanie remisji. Największe nasilenie dało się zaobserwować w pierwszych trzech miesiącach życia Lenki. Gdy tylko usłyszałam głos dziecka, niekoniecznie swojego, lub zobaczyłam takowe, automatycznie zaczynałam się kołysać na boki. Tak jakby w mózgu ktoś wciskał guzik uruchamiający opcję bujania się. Osoby postronne mogły pomyśleć, że postradałam rozum. Co, biorąc pod uwagę początki macierzyństwa, nie było dalekie od prawdy.

26 komentarze:

Poród. Czy to już?

14:52 Gosia Komentarzy: 11


W przypadku ciąży przebiegającej prawidłowo poród nie zaczyna się zwykle znienacka. Jeśli potrafimy wsłuchać się w nasz organizm (choć czasem nie trzeba się wsłuchiwać, bo okrzyki organizmu są bardzo głośne i wyraźne), to dostrzec można kilka zwiastunów zbliżającego się rozwiązania. Jak to było u mnie?

Opadnięcie brzucha. Właściwie nie brzucha, a dna miednicy. Dziecko szykuje się do startu i zaczyna wpasowywać główką. U siebie objaw ten zaobserwowałam w okolicach 34.-35. tygodnia. Ciąża zakończyła się w 38. tygodniu, więc opadnięcie brzucha nastąpiło na około trzy tygodnie przed porodem.

Skurcze przepowiadające. Trening macicy odczuwałam zwykle wieczorami. Jeśli mnie pamięć nie myli, zaczęły się na około miesiąc przed porodem, może trochę wcześniej. Nie były bolesne, nie towarzyszyło im twardnienie brzucha. Przypominały lekki ból miesiączkowy podbrzusza.

Wypadnięcie czopu śluzowego. Podobno może wypaść tuż przed porodem, jak i zacząć stopniowo wypadać na kilka tygodni przed. U siebie niczego takiego nie zaobserwowałam. Podejrzewam więc, że miał miejsce ten drugi scenariusz i przez to umknęło mojej uwadze.

Biegunka. Poród nastąpił w środę o poranku, od niedzieli natomiast częściej odwiedzałam toaletę. Już wtedy w głowie zapaliła się lampka, że chyba muszę zacząć się szykować do godziny zero.

Podenerwowanie. We wtorek od samego rana chodziłam jak nabuzowana. Trzęsły mi się ręce i czułam, jakby tykała we mnie bomba, która lada chwila wybuchnie. Tak, wtedy już byłam pewna, że TO zacznie się dzisiaj.

Odejście wód płodowych. Na szczęście, nie nastąpiło to spektakularnie na środku sklepu, niczym w amerykańskim filmie. Usiadłam na toalecie, żeby opróżnić pęcherz i chlust. Zaczęło się lać i nie chciało przestać. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to wody płodowe.

Skurcze porodowe. Zaraz po odejściu wód rozpoczęły się regularne skurcze, co 3-4 minuty. Na początku nie były bardzo bolesne. Na sile przybrały mniej więcej po dwóch godzinach.

A o tym, co było potem, przeczytacie tu.

11 komentarze: