Poród: moje wyobrażenia a rzeczywistość

20:20 Gosia Komentarzy: 12


Podobno każda dziewczynka od maleńkości snuje wizje na temat swojej sukni ślubnej. Ja nie snułam. Tak samo nie rozmyślałam godzinami nad tym, jak wyglądać będzie poród. Z góry założyłam, że będzie dobrze. Choć, muszę przyznać, miałam pewne wyobrażenia (mniej lub bardziej sprecyzowane) na temat tego, na czym to wszystko może polegać i jak powinno przebiegać. Jak wyglądało zderzenie owych wyobrażeń z rzeczywistością?

Odejście wód, skurcze, czyli let's get it started. W tej kwestii wszystko odbyło się właściwie tak, jak wydawało mi się, że się odbędzie. Czyli chlust, początek akcji skurczowej, pakujemy się do auta i jedziemy. Niespodzianek brak. Jedynym zaskoczeniem dla mnie samej było moje całkowite opanowanie i totalny spokój. Spodziewałam się raczej, że ciśnienie mi skoczy na 180 i pojawi się lekka panika. Na szczęście obyło się bez niej.

Przyjęcie na oddział. Przyszła mama trzyma się za brzuch, głośno pojękuje i wisi na ramieniu męża. Obydwoje wpadają do szpitala, sekundę później matka leży już na fotelu porodowym. Tak to zwykle wygląda w filmach. No dobra, wiedziałam, że nie będzie jak w filmie, ale z drugiej strony - nie spodziewałam się, że rodząca kobieta nie wzbudzi w szpitalnej izbie przyjęć ŻADNEGO poruszenia. Przyjechaliśmy, kazali nam czekać. I tak czekaliśmy. Po 40 minutach Pe podszedł do napotkanego przypadkiem lekarza i zapytał, czy aby nie pora mnie przyjąć. Lekarz zapytał, czy to pierwsze dziecko, i po uzyskaniu potwierdzenia powiedział, że mamy czas. No to czekamy dalej.

Będę skakać, biegać, fikać koziołki. Tak mi się wydawało (i tak przecież zalecają), że skoro korzystne dla przebiegu porodu jest chodzenie, ewentualnie siedzenie na piłce, to to właśnie będę robić. Tu się srogo rozczarowałam, bo miałam siły jedynie na: a) leżenie plackiem na łóżku, b) siedzenie godzinami pod prysznicem. A więc fakt, że leżałam trochę pod przymusem, bo podłączona pod KTG, przyjęłam z lekką obojętnością, bo tak czy siak bym polegiwała.

Lewatywa, podanie znieczulenie i te sprawy. W tym przypadku rzeczywistość okazała się bardziej łaskawa niż wyobrażenia. Pis of kejk, jak to mawiają. Lewatywa to pikuś, podobnie jak wkłucie do podania znieczulenia. Nie czuć nic a nic (w sensie bólu). (taki off top: przy okazji podania znieczulenia "dowiedziałam się", że mam krzywy kręgosłup; nie ma to jak dobić leżącego, w sensie ledwo żywą leżącą rodzącą)

Czas goni nas. Zawsze z przerażeniem słuchałam opowieści, że poród trwał ileś tam godzin. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że kobiety potrafią przetrwać kilka, kilkanaście długich godzin bólu. Teraz już wiem: czas leci błyskawicznie. Do tej pory nie wiem, kiedy to minęło. Naprawdę nie wiem. W każdym razie mignęło, jakby to było 15 minut.

Ból porodowy. Bólu porodowego nigdy sobie nie wyobrażałam. Bo tego nie można sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć.

Skurcze parte. Wielokrotnie spotkałam się z opinią, że skurcze parte to łatwizna. Nic nie bolą. Nie wiem, kto może wygadywać takie głupoty. No chyba że tylko moje skurcze parte to były takie pierony. Gdy się pojawiły, odwróciłam się do ściany i zaczęłam bardzo głośno wzywać imię pana Boga na daremno. Nieraz też czytałam o tym, że jeśli nie ma pełnego rozwarcia, a są już skurcze parte, trzeba tak oddychać, żeby nie przeć. Kurde. Poważnie któraś z was umiała to zrobić? Bo mi się to w głowie nie mieści, że w ogóle można je kontrolować. Czuć parcie i za żadne skarby świata nie da się, no po prostu nie da się tego powstrzymać.

Witamy na świecie. Mięciutkie ciałko dotykające mojego brzucha. Tego uczucia nie można sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć.

Poród łożyska. Trochę się obawiałam, jak wygląda poród łożyska. I zawsze sobie myślałam, jakie to niesprawiedliwe, że po porodzie właściwym trzeba się jeszcze mordować z urodzeniem łożyska. A tymczasem nawet nie wiem, kiedy to nastąpiło. Szybko i bezboleśnie. A może to zalew hormonów po spotkaniu z Lenką mnie tak znieczulił.

12 komentarzy:

  1. U mnie było solidne zderzenie wyobrażenia z rzeczywistością - rodziłam tydzień po terminie i to z pomocą magicznego balonika. A co do skurczy partych...sama siebie zadziwiłam kreatywnością w litanii niecenzuralnych słów płynących przy ww. I faktycznie, chyba trzeba mieć nadprzyrodzone moce, żeby w jakikolwiek sposób od parcia się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  2. U Nas lewatywy nie robia. Ja przy pierwszym porodzie skakalam na pilce, przy drugim nic nie zdazylam, bo przyjechalam do szpitala z 6, 5 cm rozwarciem!!!
    O tym lozysku to masz racje...pikus w porownaniu do samego porodu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam parte przy 6cm. Dostałam z tego powodu dodatkową dawkę znieczulenia, ale nic to nie dało. Po zejściu znieczulenia przytrzymałam jeszcze godzinę takich skurczów, zanim zrobili mi cc. Da się - nie parłam, choć łatwe to nie było.

    OdpowiedzUsuń
  4. Poród łożyska był zwieńczeniem bólu, bo kazali mi dalej przeć... a to bolało. Ale faktycznie to, a wydanie na świat dziecka to niebo a ziemia ;)
    Lewatywę dostałam i dobrze, bo obyło się bez niespodzianek.
    Skurcze miałam 23 godziny, z tym, że ostatnie 8 godzin to praktycznie się wiłam, bo synek schodził bokiem i napierał na nerw w pachwinie... bolało cały czas - BEZ PRZERWY! Gorsze niż skurcz, ulgę przynosiło mi badanie. Wstyd trochę ale błagałam lekarza (mężczyznę) żeby nie wyciągał ze mnie palców - dosłownie ;)
    Pęcherz płodowy mi przebili - a właściwie, jakaś gruba stara baba, która wcisnęła mi rękę, na której miała 5 pierścionków i to nie byle jakich - OGROMNYCH!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze Ci współczuję. Nie wyobrażam sobie tylu godzin ciągłego bólu. Przy skurczach można przynajmniej chwilę odpocząć. A z tymi pierścionkami to masakra jakaś. Pomijając fakt, że to chamskie, to przecież przede wszystkim niehigieniczne...

      Usuń
  5. Zgodzę się, że skurcze parte bolą, mnie bolały jak cholera i oczywiście zdarzyło się to czego najbardziej się bałam, czyli skurcze parte przed całkowitym rozwarciem. Totalnie zgłupiałam, nie umiałam oddychać i powstrzymać się od parcia. Strasznie głupie uczucie i chyba najgorszy etap mojego porodu.
    No i cóż, też myślałam, że będę skakać na piłce, chodzić, a cały poród przeleżałam podpięta do KTG...

    OdpowiedzUsuń
  6. W sumie mogę się pod wszystkim podpisać. Nie miałąm lewatywy i znieczulenia więc tu nie wiem, a łożysko rodziłam z bólem, brak skurczy partych na tym etapie porodu nie ułatwia sprawy i trzeba się napracować - szczerze to trudniej mi było z łożyskiem niż z dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń
  7. No ja w sumie nie potrafię powiedzieć czy bardziej bolały parte czy rozwierające ... Przy Jacholu miałam znieczulenie do końca, przy Zochaczu częściowo też. A Pietruszki już nie pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
  8. hahaha dobre dobre, troche sie usmiechnelam czytajac niektore:)))))

    OdpowiedzUsuń
  9. O, u mnie ostatnio podobny post. A Twój uwielbiam :D I zgadzam się ze wszystkim, powstrzymywać parte? WTF?? U mnie z bieganiem i skakaniem było identycznie. Jedyną moją aktywnością było kurczowe trzymanie się poręczy łóżka, co by nie zejść z tego świata. Bólu opisać się nie da, ale, tak jak kiedyś pisałaś mi w komentarzu, nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać, faktycznie szybko wszystko odchodzi w niepamięć a wszystko wydaje się przebiegać błyskawicznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. U mnie była masakra- rodziłam sn przez 22 godziny, 9 dni po terminie, bylo zle podane znieczulenie, oksytocyna, slabnace tetno, brak oddawania moczu przez ponad 10 godzin mimo wypicia kilku litrow wody (pozniej sie okazalo,ze glowka mlodej zatamowala pecherz), slabe rozwarcie, mimo braku pelnego rozwarcia kazali przec, sily stracilam w okolo 7-8 godzin od przyjecia do rodzenia (na izbie na korytarzu czekalismy 5 godzin na wolna sale), ledwo trzymalam sie na nogach, po dwoch naradach lekarskich po 20 i 22 godzinach rodzenia zadecydowano o cesarce i nie mialam standardowego znieczulenia tylko podali cos do wkucia po zzo, w czasie porodu dostalam infekcji, wiec potem leczyli mnie antybiotykami i mlodą tez zabrali odrazu po porodzie na niemowlęcy i robili badania, widzialam ją moze minutę po porodzie a potem po 6 godzinach dopiero, w szpitalu spedzilysmy 5 dni bo i zoltaczka sie przytrafila i ja wychodzilam z infekcji, ogolnie takiego porodu sobie nie wyobrazalam... trzeba byc przygotowanym na wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję... A gdzie rodziłaś?

      Usuń