Bartek: 1. miesiąc


Najwyższa pora, aby napisać kilka słów o nowym członku rodziny. Bartek teoretycznie jest wcześniakiem. Piszę "teoretycznie", bo urodził się dokładnie w 36+6 tc, a więc według definicji do donoszenia zabrakło mu jednego dnia. 

Bartek skończył miesiąc z wagą 5 kg. Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że ma już 2-3 miesiące. Lenka w tym samym czasie ważyła 1 kg mniej. Ta waga mnie jednak nie dziwi, bo Bartek jest strasznym głodomorem. Podobnie jak przy Lence odciągam pokarm. Szybki przyrost wagi sprawia, że już teraz odłożone zostało całe pudło za małych ciuszków (że też w ogóle przyszło mi do głowy kupowanie ubranek w rozmiarze 56...).

Lenka nie znosiła leżenia na brzuchu. Po kilku sekundach zaczynał się wrzask. Bartek z kolei uwielbia taką pozycję. A to uwielbienie sprawia, że bardzo szybko zaczął sobie doskonale radzić z unoszeniem główki. Książkowo w 5. tygodniu życia przeszedł skok rozwojowy. Nagle, z dnia na dzień, zaczął się interesować otoczeniem. Przygląda się twarzom, wodzi wzrokiem za zabawkami, odwraca głowę w kierunku, z którego dochodzi dźwięk grzechotki. Kilka dni temu też po raz pierwszy uraczył mnie świadomym uśmiechem. 

Po cichu liczyłam na to, że może drugie dziecko będzie lepiej spać w nocy, ale złudne były to nadzieje. Jak na łakomczucha przystało, Bartek budzi się na jedzonko co 2,5-3 godziny. A ja snuję marzenia o przespanych ciągiem 4 godzinach...

Z uwagi na wcześniactwo przy wypisie ze szpitala otrzymaliśmy całą listę zalecanych badań kontrolnych. Za sobą mamy wizytę w poradni patologii noworodka, USG stawów biodrowych, mózgowia i jamy brzusznej. Przed nami jeszcze kontrolne badanie oczu i słuchu. 

Jak Lenka zareagowała na braciszka? Zadziwiająco dobrze, ale o tym będzie osobny wpis.

List, którego treść mrozi krew w żyłach


"Wstępna analiza krwi nie pozwoliła jednoznacznie wykluczyć jednej z chorób wrodzonych. Choroba ta może prowadzić do zaburzeń rozwoju, którym zapobiega się poprzez rozpoczęcie leczenia w pierwszych miesiącach życia. Objawy tej choroby mogą być początkowo słabo 
widoczne, dlatego konieczna jest ponowna analiza krwi dziecka."

Co byś zrobiła, otrzymując list o takiej treści? Mam nadzieję, że możesz tylko snuć podejrzenia i nigdy nie będziesz musiała się przekonywać, jaka byłaby twoja reakcja.

Ja - niestety - taki właśnie list otrzymałam. 

Po 2-tygodniowym wspólnym pobycie u moich rodziców w Tarnowie mąż musiał wracać do pracy do Krakowa. Tego dnia od samego rana czułam dziwny niepokój. Nawet przeszła mi przez głowę myśl "ciekawe, jak wyszły badania przesiewowe" i miałam napomknąć mężowi, żeby sprawdził skrzynkę, jak tylko dojedzie do Krakowa. Jak wiadomo, w przypadku tych badań brak wiadomości jest dobrą wiadomością. Jeśli przychodzi list, to znak, że coś jest nie tak.

Zadzwonił ok. 22.30. Gdy tylko usłyszałam słowa "przyszedł list", poczułam, jak kurczy mi się żołądek. Kiedy czytał jego treść, zaczęło mnie mdlić, a ręce się roztrzęsły. 

Informacja o tym, że twoje wymarzone dziecko może być obciążone chorobą genetyczną, zwala z nóg. Tym bardziej że w liście nie pojawiła się informacja, o jaką konkretnie chorobę chodzi. Przeglądałam więc z przerażeniem kolejne opisy chorób, w kierunku których wykonywane są badania przesiewowe. Co jedna to gorsza. 

W poniedziałek z samego rana pojechaliśmy do przychodni, aby ponownie pobrać krew i dostarczyć do szpitala w Prokocimiu. Wszyscy pocieszali, że na pewno będzie dobrze. Tak bardzo chciałam, żeby faktycznie było dobrze, ale nie dawała mi spokoju myśl "a co, jeśli...?". 

Byłam przerażona. Powiem szczerze, że chyba nigdy w życiu tak przerażona nie byłam, nawet podczas pobytu w szpitalu.

Zadzwoniłam do poradni chorób metabolicznych, która to właśnie badania te wykonuje, aby dopytać, o jaką właściwie chorobę chodzi. Dowiedziałam się, że o wrodzony przerost nadnerczy. Google. Nie jest tak tragicznie. Ze wszystkich chorób ta wydaje się być jeszcze najmniej uciążliwa dla dziecka. Czytam, że gorsze skutki ma w przypadku dziewczynek, chłopcy mogą z nią w miarę normalnie żyć, przyjmując jedynie niewielkie dawki hormonów. Lekka ulga, ale wiadomo - najlepiej, aby wyniki powtórnego badania chorobę wykluczyły.

Po wyniki miałam dzwonić w środę po 13. Odliczałam kolejne minuty. Gdy tylko wybiła wskazana godzina, chwyciłam za telefon. Znowu ręce się roztrzęsły, czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Czekałam na słowa w słuchawce jak na wyrok.

"Poziom hormonu się obniżył i jest w normie". Dopytuję, żeby się upewnić. "Tak, jest wszystko dobrze".

Poziom w pierwszym badaniu był podwyższony dlatego, że krew była pobrana, kiedy Bartek przechodził zapalenie płuc, a zarówno infekcja, jak i wcześniactwo mogą mieć w przypadku tej choroby wpływ na uzyskany wynik.

Ulga, niebywała ulga.

Nikomu, naprawdę nikomu nie życzę takiego stresu.

Trudne początki nowej drogi... i szczęśliwe zakończenie


Wchodzę na salę patologii noworodka. Inkubatory, kabelki, migające światełka. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, żołądek ściśnięty. Szukam Bartka. Jest. Leży w samej pieluszce, do jednej stópki podpięty jeden kabel, do rączki drugi, w ustach sonda, do noska włożone rurki od maszyny wspomagającej oddychanie.

Taki mały, bezbronny, nieruchomy.

Niewydolność oddechowa, związana prawdopodobnie z wcześniactwem. Płuca potrzebowały po prostu więcej czasu na rozwój. Nie jest tak źle, pomyślałam. Trochę go wzmocnią, płuca dojdą do siebie i wyjdziemy do domu.

Następnego dnia nigdy nie zapomnę.

Okazuje się, że Bartek ma zapalenie płuc. Mój Boże, myślę sobie. Przecież to nie jest banalny katarek. Zapalenie płuc. U noworodka. Nie pocieszają mnie słowa lekarzy, którzy wprost mówią, że konkretna przyczyna nie jest znana. Być może doszło do zachłyśnięcia przy porodzie, wody płodowe nagromadziły się w płucach i rozwinęły się bakterie. CRP dodatnie. Zaczynają podawać dwa antybiotyki.

Przerażają mnie powściągliwe stwierdzenia lekarzy: "RACZEJ proszę być dobrej myśli", "CIĘŻKO wyrokować", "na CHWILĘ OBECNĄ nie ma zagrożenia życia". W głowie pojawiają mi się czarne scenariusze, podsycane słowami, że muszą jeszcze wykluczyć odmę płucną i że Bartek musi to zapalenie przespać, żeby płuco nie pękło wysilane płaczem.

Chciałam być silna, ale czułam, że mnie to przerasta. Wpadłam do sali, weszłam do łazienki i płakałam tak, jak już dawno nie płakałam. Kiedy wyszłam, koleżanka z łóżka obok zaczęła mnie pocieszać. Że to dobry szpital, że świetni lekarze, że na pewno wszystko będzie dobrze.

WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.

Może się wydawać, że te trzy słowa to banał, wypowiadany, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć. Ale w tamtym momencie potrzebowałam je usłyszeć. Potrzebowałam w końcu usłyszeć od kogoś, że WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.

Postanowiłam wziąć się w garść, a żeby czymś zająć myśli, przystąpiłam do rozkręcania laktacji. Co 3 godziny odciągałam pokarm, w dzień i w nocy. Przynajmniej to mogłam dla Bartka zrobić.

Dopiero po 5-6 dniach nastąpiła poprawa. Weszliśmy z mężem na oddział, zaglądamy przez drzwi, nie ma Bartka. W pierwszym momencie wystraszyłam się, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy weszliśmy na salę, zobaczyliśmy niemowlę bez kabelków, bez maski, uśmiechające się przez sen.

Nie poznaliśmy własnego dziecka. Wczytywaliśmy się w tabliczkę przy inkubatorze, żeby upewnić się, że to faktycznie jest Bartek. Tak, to ON. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.

Bartek wyszedł ze szpitala po 10 dniach. Rośnie jak na drożdżach - ma 3 tygodnie i już waży 4700 g. Wszystko jest dobrze.

Trudne początki nowej drogi


Przyznam szczerze, że zabieram się za napisanie tego wpisu od kilku dni. Czuję, że w głowie mam natłok myśli i emocji, które chciałabym już przelać na "papier". Z drugiej strony jednak - jak tylko zaczynam składać zdania, wracają do mnie jak obrazy wszystkie ciężkie chwile i przerywam. Może więc najłatwiej będzie, jak po prostu zacznę od początku.

Początku, czyli - załóżmy - pierwszych dni lipca. 32/33 tydzień ciąży, a ja zauważam z niepokojem, że brzuch jakby opadnięty. Myślę sobie, że kurczę chyba za wcześnie. Na szybko liczę, że zwykle od opadnięcia do porodu mijają maksymalnie 3-4 tygodnie. Wychodzi więc, że miałabym urodzić już 36/37 tc. "Nie, niemożliwe", myślę, ale gdzieś w głębi duszy zaczynam czuć lekkie podenerwowanie i codziennie przyglądam się swojemu brzuchowi.

Początek sierpnia. Dopada mnie rozwolnienie. Zastanawiam się, czy to może wina upałów, które ledwo znosiłam. Tak ganiałam do toalety od tygodnia. W niedzielę 6 sierpnia postanowiłam podjechać na IP na Ujastek, żeby sprawdzić, czy biegunka nie wpływa jakoś negatywnie na dziecko. Wszystko dobrze, ale zapada mi w pamięć zdanie wypowiedziane przez położną: "szyjka lekko skrócona". "Jak to skrócona?", pytam. "To znaczy ma 2 cm, ale to odpowiednia długość jak na ten etap ciąży". Ponownie jednak poczułam niepokój, bo przy Lence niemal do samego porodu szyjka miała prawie 4 cm. Wracamy do domu.

Od poniedziałku Lenkę dopada wirus jelitowy. Padam ze zmęczenia. Upały wciąż trwają. Mam dość.

Czwartek 10 sierpnia. Poranne cukry zawsze oscylowały u mnie w okolicach 90. Tego dnia nagle, bez żadnych zmian w diecie, rano na glukometrze widzę 78. Następnego dnia - to samo. Kołacze mi po głowie zdanie "nagły spadek cukrów jest zapowiedzią porodu". Nie, niemożliwe.

W piątek 11 sierpnia jadę na wizytę kontrolną. Ginekolog stwierdza, że główka bardzo nisko, rozwarcie na 0,5 cm, czopa śluzowego już nie ma. ALE - wg niej spokojnie pochodzę jeszcze ze 2 tygodnie (pamiętacie? IDENTYCZNIE było przy Lence - miałam pochodzić jeszcze 2 tygodnie, a poród zaczął się kilka godzin po wizycie). Wracamy do domu.

Tego samego dnia, ok. godziny 22 słyszę... lekkie "pyknięcie" w okolicach spojenia łonowego. Dostałam gęsiej skórki, bo brzmiało to, jak - tak, dokładnie - jak pęknięcie worka owodniowego. Nie chcę jednak siać paniki. Wstaję, chodzę, kaszlę. Nic nie leci. "Może mi się wydawało?". Kładę się do łóżka, zasypiam. Budzę się jednak sama po ok. 30 minutach, siadam na łóżku i czuję, jak wypływają ze mnie wody płodowe. Biegnę do łazienki, wołam do męża, że odeszły mi wody. "Co my zrobimy z Lenką?". Teściowa miała przyjechać do nas w niedzielę, brat z bratową w Tarnowie. "Boże, co my zrobimy z Lenką?". Dzwonię do rodziców do Tarnowa z pytaniem, czy mogliby na gwałt jechać TERAZ do Krakowa na Ujastek odebrać od nas Lenkę, bo ja właśnie zaczęłam RODZIĆ. Dzięki Bogu, rodzice jadą, odbierają Lenkę, a ja zmierzam z mężem na porodówkę.

Poród? Rewelacja. Jeśli w ogóle tak można powiedzieć o porodzie. Bolało, wiadomo, ale tempo było błyskawiczne. Rozwieranie niecałe 3 godziny, parcie 10 minut. A i faza rozwierania jakaś taka łatwiejsza do zniesienia niż przy Lence. Nie zdążyłam nawet wejść pod prysznic, nie zdążyłam nawet pomyśleć o znieczuleniu. Nie było nacięcia, nie było pęknięcia. Po 10 minutach na fotelu na moim brzuchu położony został Bartuś. Wszystko dobrze, 3240 g, 51 cm, 10 punktów. Ale że urodził się w 36 tygodniu (dokładnie 36+6, więc 1 dnia zabrakło do donoszenia), musi być jako wcześniak zabrany na obserwację.

I dobrze, że został zabrany.

Kładę się do łóżka na sali poporodowej. Nie czuję, że rodziłam, serio. Po ok. 2-3 godzinach przychodzi do mnie lekarka z informacją, że Bartek "został przeniesiony na patologię noworodka w stanie średnim z nasilającą się niewydolnością oddechową". Słucham, ale nie słyszę. Po policzku płynie mi łza. "Ale jak to? Że moje dziecko?". Mam wrażenie, jakby to nie dotyczyło mnie, tylko działo się gdzieś obok.

W tamtym momencie rozpoczął się najtrudniejszy tydzień w moim życiu.

CDN.