Ujastek: wrażenia po porodzie numer dwa


Szpitalne drzwi przekroczyłam ok. godziny 23. Po, na szczęście dość krótkim, oczekiwaniu na izbie przyjęć, wstępnym wywiadzie medycznym i miłej pogawędce z lekarką, zostałam przeprowadzona do sali przedporodowej. Przyznam szczerze, że trochę obawiałam się, na jaką trafię położną. Przy pierwszym porodzie towarzysząca mi położna miała dość obojętne i chłodne podejście. Tym razem trafiłam o wiele lepiej.

Została mi przydzielona przemiła, sympatyczna położna, która autentycznie okazywała zainteresowanie. Z uwagi na fakt, że poród zaczął się za wcześnie i znienacka, byłam lekko przerażona. To przerażenie, czy raczej poczucie, że nie jestem kompletnie gotowa na ten poród, chyba wyraźnie malowało się na mojej twarzy, bo położna zapytała z troską w głosie, czemu jestem taka wystraszona. 

Rozwieranie następowało błyskawicznie. Położna i lekarka co chwilę do mnie zaglądały. Nie było czasu na znieczulenie, zresztą nawet nie pomyślałam, żeby o nie poprosić. Skurcze były o wiele bardziej znośne niż przy porodzie Lenki. Wystarczyły głębokie wdechy, żeby je przetrwać. Kiedy pojawiło się uczucie parcia, położna przeprowadziła mnie na salę porodową.

Tu kolejny plus za to, że nie położyła mnie od razu plackiem na fotelu, tylko zaproponowała pozycję stojąco-kucającą. Czyli stanie, a kiedy zbliża się skurcz - kucanie. Po kilku próbach jednak doszłam do wniosku, że brakuje mi sił na takie kucanie i sama poprosiłam o możliwość położenia się na fotelu. Kolejny plus za to, że nie zostałam nacięta. Położna wyraźnie powiedziała, że zrobimy wszystko, żeby ochronić krocze. Pilnie więc jej słuchałam i wspólnymi siłami faktycznie udało się urodzić bez nacięcia. Podczas porodu położna wspierała mnie i dodawała otuchy, mówiąc, że świetnie mi idzie, że pięknie rodzę itd. To naprawdę pomagało.

Podczas porodu oczywiście obecna była lekarka, równie sympatyczna co położna. Bardzo miła była również pani neonatolog, która pojawiła się zaraz po porodzie, aby obejrzeć Bartka. Muszę więc przyznać, że personel towarzyszący mi podczas porodu oceniam bardzo wysoko.

Sala poporodowa dwuosobowa. Obiady - pyszne! Jedyny minus za bardzo wczesną kolację - nieraz podawana była już przed 17. Musiałam więc dokarmiać się bułkami ze szpitalnego bistro, bo nie byłam w stanie dotrwać do śniadania. 

Bardzo miła pani salowa, która bez zająknięcia wymieniła mi pościel na nową już po kilku godzinach od założenia pierwszej. Po pierwszym porodzie nie byłam zbytnio zadowolona z pomocy laktacyjnej. Teraz było inaczej. Wprawdzie nie mogłam przystawiać Bartka do piersi, ale pani od laktacji sama do mnie przyszła, o wszystko wypytała i zachęcała do rozkręcenia laktacji laktatorem. Przychodziła kilka razy dziennie, żeby dopytać, jak mi idzie i czy potrzebuję pomocy. Nie mam też żadnych zarzutów wobec obecnych na oddziale położnych, pielęgniarek i lekarzy. Złego słowa powiedzieć nie mogę.

Biorąc pod uwagę to, że Bartek zachorował na zapalenie płuc, tym razem mogę wypowiedzieć się również na temat oddziału patologii noworodka. Położne zajmujące się tam maluszkami i lekarze - cudowni! Naprawdę, aż byłam spokojna, że Bartek jest w dobrych i troskliwych rękach. Jedyny minus za dwie niezbyt sympatyczne położne na drugim odcinku. Pierwszy odcinek to ten, na którym maluchy leżą w inkubatorach. Na drugi przewożone są, kiedy stan zdrowia jest już dobry, normalnie jedzą, oddychają i leżą w otwartych "mydelniczkach". To z odcinka drugiego noworodki wypisywane są do domu. Dwie panie z tego odcinka - niemiłe, oziębłe, aż strach było zapytać o cokolwiek czy poprosić o pomoc. Na szczęście co chwilę następowała zmiana "obsady", więc trafiłam na nie tylko dwukrotnie.

Jeśli więc miałabym rodzić po raz trzeci (ha, ha, ha), ponownie bez wątpienia wybrałabym Ujastek.

Bartek: 2. miesiąc


Ten oto uśmiechnięty kawaler ze zdjęcia to już dwumiesięczny Bartek. Od kiedy odkrył w swoim oprogramowaniu funkcję uśmiechów, obdarza nimi wszystkich domowników. W szczególności upodobał sobie Lenkę. Wystarczy, że usłyszy jej głos i już się buźka śmieje.

Te uśmiechy trochę osłodziły 2. miesiąc życia, bo do łatwych to on nie należał. Przez ok. 2 tygodnie dokuczał brzuszek. Nie jakoś dramatycznie, ale jednak pojawiły się wzdęcia, Bartek stał się płaczliwy. Mąż po znajomości zakupił arsenał kropli Sab Simplex, których użycie ostatecznie okazało się niepotrzebne. Wystarczyła zmiana mleka na inne (nazwy wymieniać nie będę, aby reklamy nie robić). I nagle problem zniknął. Problem, w sensie wzdęcia, całodzienne rozdrażnienie, wybudzanie z drzemek.

Wciąż jednak wieczorami rozlegały się wrzaskliwe koncerty. Rozpoczynały się po kąpieli ok. 19 i trwały do ok. 21. Nie był to typowy płacz z bólu, z góry więc wykluczyłam opcję, że przyczyną złego humoru jest słynna kolka. Był to raczej wrzask ze zmęczenia (przebodźcowania - lubię to słowo). Próbowałam różnych sposobów wyciszania - a to całkowita ciemność, a to całkowita cisza albo przeciwnie - szum suszarki. Z różnym skutkiem. Najbardziej pomocna okazała się... zmiana pory kąpieli. Zaczęłam urządzać ją wcześniej, ok. 18. Około godz. 19 Bartek lubi się chwilę zdrzemnąć, więc wyszło na to, że to my rozdrażnialiśmy go, fundując mu wtedy zanurzenie w wodzie. Czasem najtrudniej wpaść na najłatwiejsze rozwiązania.

Noce są całkiem znośne. Budzi się dwukrotnie: pierwszy raz ok. 23-24, drugi raz ok. 3-4. Choć noc nocy nierówna. Czasem śpi twardo i spokojnie, a czasem co chwilę fika kończynami i domaga się pogłaskania.

Uwielbia spędzać czas na zewnątrz. W wózku postawionym w ogrodzie potrafi przespać 3 godziny. Jest więc szansa na spokojne spacery. Spacery z Lenką to od początku był koszmar, serio. Spała co najwyżej godzinę, a jak tylko się obudziła - zaczynał się wrzask. Spacery nieraz wyglądały więc tak, że pchałam pusty wózek, a rozdartą Lenkę niosłam na rękach. Wracałam wykończona. Patrząc na obecne zachowanie Bartka, jest nadzieja, że w końcu będę mogła zaznać czegoś takiego jak normalne, niespieszne spacery.

Na koniec dodam, że Bartek to chłop jak dąb. Waży już prawie 7 kg! Lenka ważyła tyle mając ok. 4-5 miesięcy.

Bartek: 1. miesiąc


Najwyższa pora, aby napisać kilka słów o nowym członku rodziny. Bartek teoretycznie jest wcześniakiem. Piszę "teoretycznie", bo urodził się dokładnie w 36+6 tc, a więc według definicji do donoszenia zabrakło mu jednego dnia. 

Bartek skończył miesiąc z wagą 5 kg. Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że ma już 2-3 miesiące. Lenka w tym samym czasie ważyła 1 kg mniej. Ta waga mnie jednak nie dziwi, bo Bartek jest strasznym głodomorem. Podobnie jak przy Lence odciągam pokarm. Szybki przyrost wagi sprawia, że już teraz odłożone zostało całe pudło za małych ciuszków (że też w ogóle przyszło mi do głowy kupowanie ubranek w rozmiarze 56...).

Lenka nie znosiła leżenia na brzuchu. Po kilku sekundach zaczynał się wrzask. Bartek z kolei uwielbia taką pozycję. A to uwielbienie sprawia, że bardzo szybko zaczął sobie doskonale radzić z unoszeniem główki. Książkowo w 5. tygodniu życia przeszedł skok rozwojowy. Nagle, z dnia na dzień, zaczął się interesować otoczeniem. Przygląda się twarzom, wodzi wzrokiem za zabawkami, odwraca głowę w kierunku, z którego dochodzi dźwięk grzechotki. Kilka dni temu też po raz pierwszy uraczył mnie świadomym uśmiechem. 

Po cichu liczyłam na to, że może drugie dziecko będzie lepiej spać w nocy, ale złudne były to nadzieje. Jak na łakomczucha przystało, Bartek budzi się na jedzonko co 2,5-3 godziny. A ja snuję marzenia o przespanych ciągiem 4 godzinach...

Z uwagi na wcześniactwo przy wypisie ze szpitala otrzymaliśmy całą listę zalecanych badań kontrolnych. Za sobą mamy wizytę w poradni patologii noworodka, USG stawów biodrowych, mózgowia i jamy brzusznej. Przed nami jeszcze kontrolne badanie oczu i słuchu. 

Jak Lenka zareagowała na braciszka? Zadziwiająco dobrze, ale o tym będzie osobny wpis.

List, którego treść mrozi krew w żyłach


"Wstępna analiza krwi nie pozwoliła jednoznacznie wykluczyć jednej z chorób wrodzonych. Choroba ta może prowadzić do zaburzeń rozwoju, którym zapobiega się poprzez rozpoczęcie leczenia w pierwszych miesiącach życia. Objawy tej choroby mogą być początkowo słabo 
widoczne, dlatego konieczna jest ponowna analiza krwi dziecka."

Co byś zrobiła, otrzymując list o takiej treści? Mam nadzieję, że możesz tylko snuć podejrzenia i nigdy nie będziesz musiała się przekonywać, jaka byłaby twoja reakcja.

Ja - niestety - taki właśnie list otrzymałam. 

Po 2-tygodniowym wspólnym pobycie u moich rodziców w Tarnowie mąż musiał wracać do pracy do Krakowa. Tego dnia od samego rana czułam dziwny niepokój. Nawet przeszła mi przez głowę myśl "ciekawe, jak wyszły badania przesiewowe" i miałam napomknąć mężowi, żeby sprawdził skrzynkę, jak tylko dojedzie do Krakowa. Jak wiadomo, w przypadku tych badań brak wiadomości jest dobrą wiadomością. Jeśli przychodzi list, to znak, że coś jest nie tak.

Zadzwonił ok. 22.30. Gdy tylko usłyszałam słowa "przyszedł list", poczułam, jak kurczy mi się żołądek. Kiedy czytał jego treść, zaczęło mnie mdlić, a ręce się roztrzęsły. 

Informacja o tym, że twoje wymarzone dziecko może być obciążone chorobą genetyczną, zwala z nóg. Tym bardziej że w liście nie pojawiła się informacja, o jaką konkretnie chorobę chodzi. Przeglądałam więc z przerażeniem kolejne opisy chorób, w kierunku których wykonywane są badania przesiewowe. Co jedna to gorsza. 

W poniedziałek z samego rana pojechaliśmy do przychodni, aby ponownie pobrać krew i dostarczyć do szpitala w Prokocimiu. Wszyscy pocieszali, że na pewno będzie dobrze. Tak bardzo chciałam, żeby faktycznie było dobrze, ale nie dawała mi spokoju myśl "a co, jeśli...?". 

Byłam przerażona. Powiem szczerze, że chyba nigdy w życiu tak przerażona nie byłam, nawet podczas pobytu w szpitalu.

Zadzwoniłam do poradni chorób metabolicznych, która to właśnie badania te wykonuje, aby dopytać, o jaką właściwie chorobę chodzi. Dowiedziałam się, że o wrodzony przerost nadnerczy. Google. Nie jest tak tragicznie. Ze wszystkich chorób ta wydaje się być jeszcze najmniej uciążliwa dla dziecka. Czytam, że gorsze skutki ma w przypadku dziewczynek, chłopcy mogą z nią w miarę normalnie żyć, przyjmując jedynie niewielkie dawki hormonów. Lekka ulga, ale wiadomo - najlepiej, aby wyniki powtórnego badania chorobę wykluczyły.

Po wyniki miałam dzwonić w środę po 13. Odliczałam kolejne minuty. Gdy tylko wybiła wskazana godzina, chwyciłam za telefon. Znowu ręce się roztrzęsły, czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Czekałam na słowa w słuchawce jak na wyrok.

"Poziom hormonu się obniżył i jest w normie". Dopytuję, żeby się upewnić. "Tak, jest wszystko dobrze".

Poziom w pierwszym badaniu był podwyższony dlatego, że krew była pobrana, kiedy Bartek przechodził zapalenie płuc, a zarówno infekcja, jak i wcześniactwo mogą mieć w przypadku tej choroby wpływ na uzyskany wynik.

Ulga, niebywała ulga.

Nikomu, naprawdę nikomu nie życzę takiego stresu.