Zastoje. Jak walczyć z tym pieroństwem?

11:38 Gosia Komentarzy: 18

Ile ja się książek o laktacji naczytałam w ciąży. W każdej z nich napatrzyłam się na piękne obrazki uśmiechniętych mam karmiących idealnymi brodawkami idealnie ssące dzieci. Wszystko pięknie. Jak zwykle jednak rzeczywistość wygląda całkiem inaczej. Jednym słowem: rzeczywistość potrafi dać po pysku.

Mi daje od samego początku. Zastoje to mój chleb powszedni. Zmagam się z nimi właściwie od dnia wyjścia ze szpitala. Czasem mniejsze, czasem większe, a czasem gigantyczne, tak jak ostatnio. Sama się sobie dziwię, że nie rzuciłam jeszcze wszystkiego w diabły. Jedyne, co mnie powstrzymuje, to to, co równocześnie jest przyczyną problemów, czyli nawał pokarmu. Wiem, że niektóre mamy walczą o każdą kroplę. Dlatego szkoda mi porzucać karmienie, gdy mleka mam pod dostatkiem. Nie wybaczyłabym sobie takiego marnotrawstwa. Dodatkowo mobilizuje mnie zmiana, jaka nastąpiła u Lenki, dokładnie w dniu, w którym skończyła pięć tygodni. Zaczęła bez problemu chwytać obie piersi, w nakładkach wprawdzie, ale i to mnie cieszy. A nawet zdarza jej się prawą pierś possać bez nakładki.

Ale miało być o zastojach. We wspomnianych poradnikach wprawdzie spotkałam się z opisami zastojów, ale raczej w kontekście, że, owszem, czasem mogą się zdarzyć, ale wystarczy trochę pomasować, obłożyć kapustą i problem z głowy. G... prawda. Trzeba się namordować. Siebie i cycki.

Biorąc pod uwagę fakt, że - tak jak napisałam - zastoje mam od momentu, gdy w piersiach pojawiło się mleko, mogę się już trochę powymądrzać. Z myślą o tych z Was, które też się z nimi męczą.

Generalnie zasada postępowania jest dość prosta: ogrzać, wymasować, odciągnąć, schłodzić. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Są dwie szkoły masowania. Jedni twierdzą, że można jedynie głaskać. Inni, że trzeba masować, ile sił w rękach, nawet tak, aż zobaczy się gwiazdy. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że pierwsze podejście sprawdza się wyłącznie w celach profilaktycznych bądź w przypadku mikrozastojów. Jeśli jednak zrobi się taki pieron jak mi ostatnio, czyli obejmujący 1/3 piersi, twardy jak kamień, z towarzyszącą gorączką powyżej 39 stopni i dreszczami, to nie wystarczy takie pieszczotliwe podejście. Trzeba masować mocno, bardzo mocno. Boli. Nie da się ukryć. Ale nie ma innego sposobu na rozbicie zastoju. A rozbić go trzeba i uwolnić nagromadzony pokarm, żeby nie wejść na kolejny poziom zaawansowania, czyli zapalenie piersi. U mnie tą niewdzięczną rolę przejęła mama. Ja zagryzałam zęby, ona masowała. Swoją drogą, ona miała dokładnie takie same problemy z karmieniem. Może to geny?

Druga sprawa: odciąganie. Do uczucia ulgi czy do ostatniej kropli? Jeśli już zastoje się zrobią, koniecznie do ostatniej kropli. Jeśli mleko będzie zalegać, problem się nasili. Odciągać nie rzadziej niż co 2 godziny. Oczywiście, można przystawiać dziecko. Ale jeśli nie wypije wszystkiego, ściągnąć resztę. Jeśli zastojów nie ma, nie trzeba ściągać wszystkiego, wystarczy do uczucia miękkości.

Przed masowaniem i odciąganiem dobrze jest piersi lekko ogrzać. Można wejść na pięć "Zdrowasiek" pod ciepły prysznic lub do wanny bądź obłożyć piersi namoczonymi pieluszkami. Natomiast na koniec trzeba je schłodzić. Ja w tym celu obkładam się rozbitymi tłuczkiem liśćmi kapusty, schłodzonej w lodówce. Czasem dodatkowo nakładam jeszcze na to żelowy okład. Planuję zakup specjalnie wyprofilowanych okładów na piersi (jeśli któraś z Was testowała taki wynalazek, chętnie poznam opinię).

Jeśli pojawiła się gorączka, kurację koniecznie trzeba wspomagać zażywaniem paracetamolu/ibuprofenu. W przypadku, gdyby nie spadała, a wręcz zaczynała rosnąć, trzeba jechać do szpitala (do zakończenia połogu nie na zwykłą, lecz na położniczą izbę przyjęć).

Gdzie szukać pomocy telefonicznie? Kiedy temperatura przekroczyła u mnie 39 stopni i mimo upału trzęsłam się z zimna pod kołdrą i kocem, przestraszyłam się nie na żarty. Obdzwoniłam położną, konsultantkę laktacyjną, lekarza dyżurnego na szpitalnym oddziale położniczym i znajomą internistkę. Warto mieć takie kontakty wpisane w telefonie, na wszelki wypadek. Wszyscy mówili to samo, czyli to, co napisałam powyżej.

Życzę Wam, żeby moje rady Wam się nie przydały. Ale w razie czego: jak zawsze możecie pisać do mnie na matkaporazpierwszy@gmail.com.

A żeby nie było tak smutno i straszno, to dodaję zdjęcia Lenki.



G.


18 komentarzy:

  1. Oj wiem co przechodzisz... U mnie było DOKŁADNIE tak samo. Mam nadzieję, że dacie z Lenką radę (Ty z zastojami, a Lenka z ładnym chwytaniem piersi). Będę bardzo mocno trzymała kciuki żeby było w porządku! Dobrze, że też masz mamę, która Ci pomaga - moja też bardzo mi pomogła w pierwszych dniach po wyjściu ze szpitala. Takie mamy to skarby :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak poradziłaś sobie z tymi zastojami? Karmiłaś potem bez problemów?

      Usuń
  2. Mam i ja - choć nie tak ekstremalne jak Ty, na razie obyło się bez wysokiej gorączki, ale w pierwszych dniach dostałam takiego nawału, że cyce były dosłownie jak kamienie, a nie leciało nic. Oj potrafi to pieroństwo boleć, potrafi. Od tego czasu zastój pojawiał się kilkakrotnie, ale na szczęście tylko pojedyncze guzy. Mi pomogło dokładnie to co opisujesz, gorący okład, przystawianie małej połączone z masowaniem i na koniec okłady z kapusty. Odciągam jak najmniej, tylko tyle, żeby sobie ulżyć bo wydaje mi się, że takim częstym odciąganiem możesz się zapędzić w kozi róg, pokarmu będzie coraz więcej i zastoje będą się robiły częściej. Współczuję i mam nadzieję, że szybko przejdzie

    A i wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko właśnie u mnie jest tak, że jak nie odciągnę wszystkiego, to mogę być pewna, że zrobi się zastój :(
      Dziękuję za życzenia i nawzajem :)

      Usuń
  3. Zastoje... Moja zmora podczas karmienia Starszej...
    Mimo, że miałam niedobory pokarmu, zastoje na porządku dziennym. Sukcesem był tydzień bez 2-3 zastojów.
    Na szczęście nigdy nie doszło do zapalenia, gorączki nigdy nie zaznałam.

    Co pomagało najbardziej?
    Tak jak piszesz, tylko z moimi ulepszeniami.
    Jak prysznic, to nachylałam się do przodu i polewałam piersi ciepłą wodą, jednocześnie nimi potrząsając (pomagało to dodatkowo te zastoje rozruszać). Po karmieniu (odciąganiu) obowiązkowo zimna stłuczona kapusta. Drastycznych masaży nie stosowałam, ale przy karmieniu delikatnie palcem przesuwałam po zastoju. Taki zestaw pomagał w prawie że w trymiga :) Z tym, że niebawem był następny zastój. Ale to już przez małą Ewkę Kopacz - przy każdym przewijaniu kopała mnie po brzuchu, piersiach. Moje zastoje to właściwie zawsze były zastoje pourazowe :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje zastoje wymagają niestety bardziej drastycznego podejścia :( Ale na razie jest lepiej, bo już trzeci dzień nie mam żadnego!

      Usuń
  4. Wszystko brzmi strasznie... Trzymaj się dzielnie!
    A Lenka na tym pierwszym zdjęciu to chyba już jogę ćwiczy, bo taką pozycją zaczynają się każde zajęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lenka jogę ćwiczyła już w brzuchu - na każdym USG miała nogi założone za głowę ;)

      Usuń
  5. rany boskie! Kobieto trzymaj się i nie poddawaj. U mnie czasem w nocy budzę się z twardymi piersiami więc biegnę odciągnąć. Ale zauważyłam, że jak mam za dużo pokarmu to mi po prostu cieknie, leje się jak kranu czasem i budzę się mokra. Wkładki nic nie dają.
    Lenka ma już słodkie fałdki na nóżkach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie z kolei pokarm w ogóle sam nie wypływa. Kupione wkładki laktacyjne leżą nieużywane. Może właśnie w tym problem? Że jakiś trudniejszy wypływ u mnie jest. Jeszcze ani raz nie zdarzyło mi się, żebym miała choć trochę zmoczoną bluzkę.

      Usuń
  6. Życzę Ci powodzenia w karmieniu, żeby nic złego się nie działo :)
    Wszystkiego Najlepszego z Okazji dnia Mamy.. Buziaki :) :*

    OdpowiedzUsuń
  7. O jejciu ale jest słodziachna !
    Najwidoczniej muszą działać geny, bo ja zastoje miewałam często, ale raczej max wielkości piłeczki pingpongowej i zawsze pomagało tylko przystawienie małej albo odciągnięcie. Trzymam kciuki za Was i żeby szło ku lepszemu ! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Na razie (odpukać) jest dużo lepiej.

      Usuń
  8. Nie wiem, czy bym zniosła to wszystko: i odciąganie co dwie godziny plus przystawianie plus ogarnięcie dziecka nie mówiąc już o reszcie. Jestem pełna podziwu dla Ciebie naprawdę. To pewnie coś genetycznego- wąskie kanaliki mleczna albo coś w tym rodzaju. Mam nadzieję, że z czasem wszystko jakoś przejdzie i będziesz się cieszyć karmieniem jak z obrazka. My też ciągle ciągniemy przez nakładki, moje brodawki coraz większe, ale wciąż za małe:/ ciekawe czy kiedyś mi się uda karmić bez nakładek i odstawić mm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby nie to, że jestem u rodziców i mama baaardzo mi pomaga z tym karmieniem, to pewnie rzuciłabym to w cholerę po dwóch tygodniach. Więc nie jestem takim terminatorem, jak może się wydawać ;)

      Usuń
  9. A i zapomniałam napisać, że Lenka wydaje mi się taka dorosła przy mojej niespełna 3-tygodniowej Hance. Wygląda wspaniale- na szczęśliwego dzidziulka!

    OdpowiedzUsuń
  10. Jej, teraz to zaczynam się bać, już mi piersi pociekają a co będzie dalej. No i pamiętam jak kuzynka przy mnie musiała sobie rozbijać zastoje...wesoło nie było.

    OdpowiedzUsuń